I SUPER!!!
Teraz odpocznę ;)
Wszystko na opak, prawda? A to tylko dlatego iż ferie dla mnie to czas niezwykle zintensyfikowanej pracy.
Niby pracuję codziennie, wyłączając urlop i weekendy, ale takie ferie zimowe, które dla niektórych (SZCZĘŚCIARZE!!!) są czasem laby i słodkiego nieróbstwa, dla mnie niestety (albo stety...) są czasem niezwykle pracowitym. I choć teoretycznie pracy się nie boję, to ferie... Oj :)))
Sama wymyśliłam (albo prawie sama...), to miałam :)
A jeśli jeszcze nieopatrznie obieca się dzieciom prywatnym że w ferie pobędą sobie z mamą, również w mamowej pracy, to miałam co chciałam :) SAJGON się to chiba nazywa:)
Się działo bowiem świetlicowo-rodzinnie sporo. Jak nie warsztaty z filcowania (dla prawie 60 osób), to warsztaty z broch szycia (i palenia :)), albo decu żeby było jeszcze ciekawiej - ciekawe że jakoś nie mam kiedy skończyć tego co zaczęłam decupażowo dla siebie, hmm.... I bal maskowy był, wszak karnawał w pełni, a jeszcze karaoke też było, jak wiadomo śpiewać naród lubi, dzieciaki gorsze nie są, ale po wysłuchaniu po raz dziesiąty kolejnej piosenki z repertuaru Dody... cóż, delikatnie mówiąc wymiękłam :). A na zakończenie kręgielnię ukochana dziatwa zaliczyła. I basta!
Właśnie zamierzam ułożyć prywatne dziaciaczki kochane do łóżeczek,a sama oddam się w kierunku różanej sofy w celu złapania oddechu :)
Tymczasem uraczę was kilkoma obrazkami, wykonanymi gdzieś w trakcie tych dwóch tygodni feriowych. Zupełnie nie miałam kiedy wpaść na blog wcześniej!
To zdjęcia sprzed tygodnia. Miniony tydzień upłynął pod znakiem pluchy odwilżowej oraz wichur okropnych. Dziś za oknem biało (i twardo pod stopami - nareszcie), i mrozek nawet nie mały :). Oby do wiosny, bardzo już za nią tęsknię :)
Dziękuję za wszystkie sygnały pamięci i zapytania w stylu: "żyjesz?" :) Donoszę wszystkim zainteresowanym iż żyję, nieźle nawet ,na co przedstawiam dowód w postaci niniejszego posta: zaległego, oraz "świerzynki", czyli wpisu dzisiejszego.
Nie będę przepraszać za nieobecność, powyższy wpis nieco wyjaśnia, ponadto intensywnie wciąż było, i tak jakoś się stało że nie wpadałam na blog... tak wyszło... samo!
Od dziś już jestem :) Mam nadzieję że systematycznie, a to za prawą MOTYWATORA w postaci SZCZĘŚCIA:)))
Spotkała mnie dziś ranną porą RADOŚĆ wielka, mianowicie Iwonka z Niecodziennego Zakątka obdarowała mnie takimi oto ślicznościami:
Prawda że śliczne tkaninki dostałam:)) Obśliniłam się na ich widok,nie szczędząc Iwonie ciepłych słów i myśli w typie: "wariatka"!!! Widzicie tę tkaninę ze słonecznikiem? Ona jest wiejska - sielska, w kury, gęsi, krowiny i stodoły... PIĘKNA! I ta w wisienki, albo w malwy... Matko, szkoda ciąć, tylko w ramki: Zgłupiałam zupełnie, i nie wiem co z nich zrobić, ale że COŚ zrobię to pewne. Na razie musze ochłonąć z radości, bom niepoczytalna lekko, i jeszcze tyle dobra zmarnuję :)))
IWONKO!!! DZIĘKUJĘ OGROMNIE!!!
Skoro w temacie materialnym pozostaję, donieść zamierzam że dokonałam także samodzielnych zakupów tkaninowych, w jednym z najbardziej znanych sklepów w stylu "mydło i powidło", czyli IKEA wkracza na szpalty mojego bloga :). Odwiedziłam ją w miniona sobotę (o czym wiedzą nieliczni :)), w pędzie i z rozwagą.
Rozwaga spowodowana była czasem i obecnością Osobistego, który zakupów nie znosi. Przeginać nie chciałam bowiem wcześniej spędziliśmy razem całą godzinę i dwadzieścia minut w sklepie gdzie nogi naszej rodziny zostały obute, a szczęście moje sięgnęło wyżyn bowiem mam TO:
Kolor? No oczywiście że różowy! Czemu ??? Bo za oknem buro i ponuro, a w ogóle to, kilka osób ostatnio mi zarzuciło że jestem nudna kolorystycznie... więc na przełamanie nudy mam kaloszki w kolorze różu:) Pudrowego żeby nie było, jednak taki odcień jest nadal "bezpieczniejszy" dla mojej duszy i oka :))
I nie wiem doprawdy czy mam dziękować mojej "upartej kolorystycznie" córce - wszak to jej "wina" ten róż...
Aaaaa, a w Ikea zakupów dokonała karta płatnicza Osobistego, miał chłopak gest, dzięki czemu zaposiadłam:
Nożyczki z tego najfajniejsze - nareszcie mam "zębate potwory" :)
Nooo, kupiłam jeszcze troszku szkiełek, o tym wkrótce, a teraz żałuję że tych tkanin nie wzięłam więcej...
Moja zachłanność nie zna jednak granic :). Wizyta w owym sklepie zajęła nam ok 2 godzin, z czego 45 min to był obiad i toaleta - naprawdę starałam się oszczędzać Osobistego, i chyba to docenił, bo kartą machnął przy kasie, bez zmrużenia :))) Wyprawa szybka, miła, bez przygód - znaczy bezpieczna :)
A teraz... znowu spojrzałam na tkaniny od Iwony... Jakie śliczne! :)))
Mam nadzieję że dzisiejszym postem zrehabilitowałam się, i moja nieobecność zostanie wybaczona.
Tymczasem żegnam miło, i zmykam do dalszego napawania się cudami sprezentowanymi przez Iwonkę, aaa, i do pracy czas się szykować !
Papapa:)














