Kilkanaście lat temu wróciłam do domu od fryzjera. Zadowolona :)))
Ujrzał mnie Osobisty i wygłosił wiekopomne: cóż... przyzwyczaję się... ;))))
Wiele lat upłynęło do tamtej pory, ale już zawsze zanim komuś pokażę COŚ co sama zdziałałam, ZAWSZE, ale to ZAWSZE zastanawiam się czy nie usłyszę czegoś w stylu już sławnego: "przyzwyczaję się" ;)))
Bo z przyzwyczajeniem już tak jest, czasem jest krótkotrwałe, czasem staje się druga naturą i trwa sobie w skrytości do końca nieuświadomione, ale uwierające, przeszkadzające, czasem nawet bardzo.
Ja nie mogę się przyzwyczaić do wielu rzeczy, i to w szerokim zakresie. Nie będę ich wszystkich wymieniać, nie o to chodzi, ale jedno co wciąż, stale i niezmiennie mnie prześladuje to niemożność przyzwyczajenia się do upływającego czasu, do życia w ciągłym pędzie i nie NADĄŻANIU za nim...
Ciągle jestem w niedoczasie, wiem, wiem już o tym pisałam, i co z tego kiedy stale mnie to uwiera.
Próbowałam, naprawdę próbowałam to zmienić.
Żyłam już z organizerem w ręku, wytyczającym z dokładnością do 15 minut każdy mój dzień, i system padał za każdym razem gdy zdarzało się coś NIEZAPLANOWANEGO :> A najgorsze w takich razach są wyrzuty którymi zalewa mnie moje WŁASNE sumienie: nie zrobiłaś, nie zdążyłaś, nawaliłaś, olałaś, nie dopilnowałaś... i jeszcze długo w ten deseń :P
Tym razem postanowiłam się nie dać podszeptom WŁASNEGO, nazwijmy rzecz po imieniu, olałam sumienie. Nie dam się w tym roku zwariować. Stawiam na spokój ducha, radość i żywioł. Ten ostatni dawkowany z rozsądkiem, bo jednak to przyzwyczajenie... niemniej nie dam się, będę szczęśliwa z własnymi BRAKAMI :)))
Owe braki to brak idealnego porządku na święta, czy brak stosu KONIECZNYCH potraw (pierogi mam, a to NAJWAŻNIEJSZE, i pierniczki wciąż podjadane przez dzieci - nie wiem czy dotrwają do świąt ;))), i tych innych wszystkich nieznośnych rzeczy które w taki straszny sposób uprzykrzają życie:P
Dziś stawiam na brak nerwowego poganiania, bo MUSI być jak sobie zaplanowałam i basta.
Właśnie że NIE musi, a ja się będę cieszyć nadchodzącymi świętami nawet z tymi brakami :)))
Dlatego w spokoju skończyłam wielkie malowanie, nie domu, biurka, które czekało na ukończenie od października bodajże. Jest takie:
Było takie:
W sobotę postawiliśmy głównie na wiercenie, i nowej półeczki mocowanie, w czym zresztą bardzo dzielnie pomagały dzieci, które o dziwo!, bez wojen odkurzyły nawet swój pokój. Nieważne że potem rura była zatkana, pokój czysty i śliczny jest:) a wojny są nie o to że TRZEBA odkurzyć, tylko KTO ma to zrobić, bo to przecież taka fajna "zabawa" ;)))
Wreszcie też zdjęcia wywołałam i oprawiłam. Mamy teraz swoją własną ścianę "wspominek" :) Fajnie wygląda razem ze wspomnianą półeczką. a na niej świeczki które sobie ozdobiłam na okoliczność nadchodzących świąt, i jakoś tak od razu milej :))) Nawet mimo tych braków, o których wiem :))
Choinka już stoi, czeka na wielkie ubieranie. W tym roku postawiłam na ozdoby wykonane własnoręcznie oraz przez dzieci :) Ale wisi już bombka "koleżeńska", anielista i srebrzysta, i pięknie wygląda:)
Sobotniego wieczoru zrobiłam z Tosią bombki nitkowe. W ubiegłym roku nie miałam ich bo zakopałam się w porządkach :P Tym razem nie odpuściłam i motałyśmy, w czasie gdy nasi mężczyźni pojechali na "łowy" sklepowe :))
Bardzo się cieszę z tych bombek, bardzo je lubię za delikatność i subtelność, a jeszcze bardziej mnie cieszy że znalazłam czas i chęci na ich zrobienie :)))
Nad stołem zawisł mój pomysł na "wieniec adwentowy". Niezwykle prosty, sam wianek powstał na okoliczność Wielkanocy, ale tak ładnie wkomponował się w żyrandol nad stołem, że został i zdobi do dziś. Zmieniają się na nim tylko dekoracje:) Wreszcie mogłam wykorzystać zakupione już jakiś czas temu szklane sopelki :)
Wieczorami szyłam anioły, kolejne w znanym stylu, mam przygotowane jeszcze inne, ale nie wiem czy doczekają wykończenia przed świętami.
Śledzie się marynują, kapusta wigilijna pyrkoce, chałupka pięknieje, szyje ostatnia dekoracja, a ja napawam się spokojem jaki wreszcie zapanował w sercu:)))
Jesteśmy razem i razem przygotowujemy się do kolejnych ŚWIĄT, i jest pięknie. Mimo braków spowodowanych nieznośnymi przyzwyczajeniami
I tego spokoju serdecznie Wam życzę, nie dajmy się zwariować, oderwijmy się na chwilkę od WIELKICH porządków, przecież najważniejsze jest BYĆ z kimś i dla kogoś:)))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ozdoby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ozdoby. Pokaż wszystkie posty
20 grudnia 2011
28 listopada 2010
Tabun
mój własny zaczynam zakładać:)
Od dawien dawna podziwiam konie:)
Lubię je obserwować podczas wypasu na łące - a mam częstą możliwość bowiem nieopodal nas jest stadnina.
Podczas rodzinnych spacerów częstą trasą jest właśnie TO miejsce, "nasza" stadnina. Konie są tam zadbane, piękne, majestatyczne.
Zawsze też podchodzą do ogrodzenia aby nas przywitać, dzieciaki mają wiele radości z dotykania miękkich chrap, zaglądania im w wielgachne, mokre oczy.
Czasem konie budzą zdziwienie: Mama, popats, one bawią się! Tak jak my :)))
Moja miłośc do tych stworzeń jest niejako platoniczna i opiera się w głównej mierze na zachwycie i podziwie:)
Nie umiem jeździć, niby utrzymam się w siodle, ale czy można nazwać to jazdą ? ;)
I tak, będzie trwać jeszcze ten stan miłości platonicznej czas jakiś.
Na razie, na pociechę stworzyłam sobie własny TABUN, i mam go w domu własnym :)))
Najpierw ten "sklepowy":
Teraz "własnoręczny" :
Zostałam już zapytana czyżby moja anielska miłość miała się skończyć:)
Oczywiście że nie! Anioły uwielbiam od lat co najmniej 18, miłość ma jest trwała i wieczna jak sądzę. Ale serce mam wielkie, wiec czemu by nie wygospodarować w nim miejsca na inne "drobiażdżki' ? ;D
Cos mnie wzięło na tkaniny pastelowe... Może przez to co widać za oknem?
Na koniec, ruszyła wreszcie i u mnie manufaktura świąteczna, oto efekty ostatnio-nocnych prac ręcznych:)
Zdjęcia wykonywane przy braku słońca, toteż blado wypadają, osobiście jestem zadowolona z efektu.
Serduszka maja spełniać rolę "pierniczków" na niby :) Mam pieska i koteczki które uwielbiają choinkowe łakocie...Zresztą nie tylko słodkości, ale mam NADZIEJĘ, być może nieco głupią i złudną, jednak może TE pierniczki się ostaną na chojaczku... Hmmmm... się zobaczy:>
I jeszcze takie dekoracje poczyniłam. Skromniutkie, ale podobnie jak przy serduszkach, wykorzystałam WRESZCIE swoje stemple silikonowe, które doskonale na tkaninie imitują "lukier", w dodatku mocno arabeskowy:) Ręcznie TAK bym nie dała rady:)))
I znowu brak słońca nie oddaje ich uroku. Choinki są bardzo proste, delikatnie zdobione, ze złotym wzorkiem, plus półperełki. Skromność i prostota.
I wszystko razem. Jest juz troszkę "tego"...
Pozdrawiam cieplutko.
Wkrótce coś nowego. Chyba wróciła do mnie Panna Wena, więc jest nadzieja na stworzenie jeszcze wielu innych cudaków:)
Pozdrawiam cieplutko otulona w śniegową kołderkę:))
Od dawien dawna podziwiam konie:)
Lubię je obserwować podczas wypasu na łące - a mam częstą możliwość bowiem nieopodal nas jest stadnina.
Podczas rodzinnych spacerów częstą trasą jest właśnie TO miejsce, "nasza" stadnina. Konie są tam zadbane, piękne, majestatyczne.
Zawsze też podchodzą do ogrodzenia aby nas przywitać, dzieciaki mają wiele radości z dotykania miękkich chrap, zaglądania im w wielgachne, mokre oczy.
Czasem konie budzą zdziwienie: Mama, popats, one bawią się! Tak jak my :)))
Moja miłośc do tych stworzeń jest niejako platoniczna i opiera się w głównej mierze na zachwycie i podziwie:)
Nie umiem jeździć, niby utrzymam się w siodle, ale czy można nazwać to jazdą ? ;)
I tak, będzie trwać jeszcze ten stan miłości platonicznej czas jakiś.
Na razie, na pociechę stworzyłam sobie własny TABUN, i mam go w domu własnym :)))
Najpierw ten "sklepowy":
Teraz "własnoręczny" :
Zostałam już zapytana czyżby moja anielska miłość miała się skończyć:)
Oczywiście że nie! Anioły uwielbiam od lat co najmniej 18, miłość ma jest trwała i wieczna jak sądzę. Ale serce mam wielkie, wiec czemu by nie wygospodarować w nim miejsca na inne "drobiażdżki' ? ;D
Cos mnie wzięło na tkaniny pastelowe... Może przez to co widać za oknem?
Na koniec, ruszyła wreszcie i u mnie manufaktura świąteczna, oto efekty ostatnio-nocnych prac ręcznych:)
Zdjęcia wykonywane przy braku słońca, toteż blado wypadają, osobiście jestem zadowolona z efektu.
Serduszka maja spełniać rolę "pierniczków" na niby :) Mam pieska i koteczki które uwielbiają choinkowe łakocie...Zresztą nie tylko słodkości, ale mam NADZIEJĘ, być może nieco głupią i złudną, jednak może TE pierniczki się ostaną na chojaczku... Hmmmm... się zobaczy:>
I jeszcze takie dekoracje poczyniłam. Skromniutkie, ale podobnie jak przy serduszkach, wykorzystałam WRESZCIE swoje stemple silikonowe, które doskonale na tkaninie imitują "lukier", w dodatku mocno arabeskowy:) Ręcznie TAK bym nie dała rady:)))
I znowu brak słońca nie oddaje ich uroku. Choinki są bardzo proste, delikatnie zdobione, ze złotym wzorkiem, plus półperełki. Skromność i prostota.
I wszystko razem. Jest juz troszkę "tego"...
Pozdrawiam cieplutko.
Wkrótce coś nowego. Chyba wróciła do mnie Panna Wena, więc jest nadzieja na stworzenie jeszcze wielu innych cudaków:)
Pozdrawiam cieplutko otulona w śniegową kołderkę:))
17 marca 2010
Wiosennie:)
wreszcie i u mnie, choć za oknem śnieżyca:)
Po wielkich dysputach, zadumaniach i przemysleniach, czas na posłodzenie:))
Miniona sobota upłynęła pod znakiem wycieczkowym i fal przełamywania.
Dostałam "chodzonego - wyjazdowego". Miałam tak silną potrzebę wyrwania się z domu, że normalnie mnie nosiło.
Niestety, na szybkiego obdzwonione grono najbliższych znajomych nie nadawało się ani na wspólne wycieczki ani na spotkanka - wszyscy chorzy, zasmarkani...a ja miałam chodzonego, jak na złość i wbrew dotychczas mi służącemu wiernemu charakterowi domatora:))
Co tam, zrobimy sobie sami wycieczkę - zakrzyknęłam dziarsko - pojedziemy do Ostródy, myśl przeszła w czyn - zasiedliśmy wszyscy godnie i wygodnie w autku i ruszyliśmy ze śpiewem na ustach.
Żeby nie było zbyt różowo, tematem przewodnim wyprawy były...zakupy! Tak, tak nie inaczej - w lodówce pustki, w spiżarni echo odpowiada radośnie, co robić, trza połączyć pozyteczne z przyjemnym.I tym oto sposobem przełamuję "fale":)
Dlaczego? Już wyjaśniam.
Otóż, mam ogromną awersję do koloru RÓŻOWEGO, nie awersję, WSTRĘT wręcz olbrzymi, ciarki mnie przechodzą w sklepie w dziale ubrań dziewczęcych - moja Tosia ubóstwia ten kolor pasjami, wielbi na kolanach, całuje dostępne fragmenty wsiego różowego brokatem i cekinem poganianego. Szok w majtach! Różowych w dodatku:))) ALLEEE, coś się dziwnego ostatnio ze mną dzieje - myslę że to wynik pracy nade mną dziecka mego dziewczęcego, cos mnie sie stało w głowe tudzież w oczy - wstręt jakby mniejszy jest ostatnimi czasy, nie wzdragam się na wspomnienie, nie mówiąc już o widzeniu tej barwy wesołej:) Kolejny szok! Ten już bez gaci:))
Wracając jednak do meritum niniejszej wypowiedzi czyli naszej WYPRAWY - otóż, zakupy, przy czynnej "pomocy" dziatwy poczyniliśmy sprawnie nawet, bez burz i rejwachu zazwyczaj nam towarzyszącego przy takiej okazji, co wiecej, nawet w milusiej atmosferce:), sprawunki spakowane zostały skrupulatnie do bagaznika, pod czujnym okiem towarzyszącej dziatwy. Wycieczka trwa.
Kolejnym i najważniejszym punktem programu był spacer nad ostródzkim jeziorem przy którym to uczyniono lat kilka temu wspaniałe pomosty spacerowe.Pod nimi kłębił się dziki tłum kaczków, łabądków i innego drobiu - pirza jeno fruwały:)
W atmosferze skupienia i bogobojnego zachwytu moje dziecięcia oba - wiejskiego charakteru zaznaczam, wpatrywały się w toto kwękająco-gulgoczące bractwo, z zaciekawieniem wielkim obserwując jak to towarzystwo kurkowe tam się szarogęsi, kitwasi, rozpycha, krzyczy (zaznaczam że to są dzieci wiejskie, przyzwyczajone do widoków drobiu, cielęciny, wołowiny, koniny i wieprzowiny wdzięcznie się przechadzającej w otaczajacych nas gospodarstawach), tu jakby dziecia się zacukały, przykucnęły, zadumały trochę, zacichły, w skupieniu wielkim przyglądając się temu ptasiemu zbiorowisku.
I gdyby nie mroźne podmuchy wiatru wiejącego od jeziora, stalibysmy tam pewnie do nocy, ale na NASZE szczęście dzieci pomarzły i zarządziły odwrót.
No i wreszcie dochodzimy do meritum niniejszego wywodu (kolejnego już:)).
Wracając od jeziora, oczy me bystre ujrzały niepozornie wygladający sklepik. Nieśmiało zaproponowałam "zwiedzenie" jego zawartości, spotkało sie to z umiarkowanym aplauzem, szczególnie ze strony męża mego osobistego, ale jednak weszliśmy i... achów, ochów, cmoków i ojejów nie mogłam już zatrzymać w paszczy swej (a dziecia rączków wszystkich czterech):). Maleńki ten przybytek zawierał mnóstwo cudnych cudowności, a wiele z nich w przepysznych RÓŻOWOŚCIACH !!!!!
Złamanych, jasniutkich, połączonych z kremami, seledynkami i beżami - no piękne to było po prostu! I takie tanie!!!
Nie opierając się długo kupiłam do domku na wiosny rozpoczęcie te wszystkie pierdółki, przyznać musicie że urocze?
Motyle - wiem ile:), te już celowo, na przełamanie różowości.
Niedużo tego uroczego, bo jednak gdzieś jeszcze mną zatrzęsło, ale jednak, powoli, pomaleńku wychodzi na świat kobieca strona mojej natury:)
I tak pomalutku rozpoczęłam wychodzenie z traumy kolorystycznej, poczynam przepraszanie się z różowościami, jednak ciagle jeszcze muszą się dopowiednio komponować, aby ucieszyć me oko i duszę, i w domku zagościć w ozdobnej wersji, nie tylko jako odzienie mej córy.Azeby nie było że piniądz tylko wydaję to takie jeszcze fiki - miki poczyniłam ręcami swymi:
Jeden z wyżej z prezentowanych kwiaciolków jest jeszcze do podrasowania - dopiero to zauważyłam:)
Te w wersji arystokratycznej niemalże: koronki i "brylanty" :)
A te, to tak na koniec, zaczęłam RÓŻOWOŚCIAMI to i zakończę uprzejmie tym samym - żeby całość w końcu jakąś spójność miała:)
Pozdrawiam cieplutko - jednak ciągle jeszcze nie różowo, wszystkimi barwami wiosennymi, a co!
6 lutego 2010
Antonia
Imię na cześć córki. Tak się prezentuje, to pierwsza lalka tildopodobna w moim wykonaniu. Już rozgryzłam sposób jej szycia toteż rozumiem dziewczyny które tildują na całego. Ogromna satysfakcja i fajna zabawa.
Wiem gdzie popełniłam błędy (np:grubaśne łapki i nóżki, czy też zbyt wąskie spodnie - ale rurki chyba teraz modne?:)), tak to jest gdy nie posiada się dokładnego wykroju z wymiarami, tylko kroi sie na czuja, ale chyba nie jest tak zupełnie najgorzej?
W kazdym razie pierwsze koty za płoty..
A jako że anielista jestem to Antonia rzecz oczywista skrzydła też posiada, a jakże!
Zasiądzie sobie godnie i wygodnie na nowej półce w łazience i będzie podglądać:))...
No to teraz jeszcze "Tilda" kuchenna - na dobre gotowanie i nie przesolenie, "Tilda" plażowiczka bo tak jakoś gabarytowo jest mi bliska;), i jeszcze może jakaś "Tilda" baletniczka dla córy - bo zachwyt wyraziła przemiły.
a potem to juz z górki, szczęsciem dom duży:)
10 stycznia 2010
W klimacie świątecznym
Obiecane, wykonane i wrzucone - zdjęcia moich swiątecznych dekoracji, niektóre goszczą w naszym domu od kilku lat. Tegoroczny jest tylko wianek nad kominkiem oraz choinka z sianka, bowiem czasu brakło przez remonty łazienkowe, więc ten rok ubogi dekoracyjnie pozostał niestety:(Jak wspominałam serduchomania w rozkwicie - prawie, bowiem zdjęcie przedstawia jedno serduszko, musicie uwierzyć na słowo - choinka już rozebrana niestety,lecz serduszek ci u nas dostatek, gdzieś niżej zdjęcie kominka, tam je trochę widać:)
ponownie aniołowo, anioł na szydełku wykonany przez zaprzyjaźnioną szydełkomaniaczkę p. Henię- wielkie dzięki! Ja i szydełko, a szczególnie związane z nim liczenie to nienajlepsze połączenie, ale może kiedyś w przyszłości, kto wie...
wianek nad kominkiem, podobny wisi na drzwiach wejściowych, oczywiście serducha w roli głównej
tak wygląda kominek ozdobiony świątecznie
anieliska, uszyte własnoręcznie, na podstawie wzoru od koleżanki
choineczki eko:)
ponownie eco (powyżej na sianeczku- sianie; poniżej na desce)
I to by było na tyle w temacie świąt. Pochwaliłam się krzynkę i ja, a co! Uwielbiam działać coś manualnie, zresztą przez moja manię rękodzielniczą powstał ten blog. Żeby tylko czasu było więcej, bo na pomysły nie narzekam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































