W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzinnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzinnie. Pokaż wszystkie posty

30 czerwca 2013

Truskawki w natraciu, dzieci w amoku, gość na dachu i pięciu w chałupie - czyli wciąż SIĘ DZIEJE :)

Oj dzieje...
Rąk mi pilnie trza dodatkowych.
Znowu nie wyrabiam na zakrętach. Dziś zerknęłam na komputer tylko dlatego że muszę na nim popracować, to i przy okazji skrobnę co nieco, dając znaka zaniepokojonym że mimo wszystko żyję i miewam się okresowo nieźle nawet :)
Pracuję zawodowo intensywnie. Już jest przygotowany plan wypoczynku wakacyjnego dla podopiecznych dziecisków. Stosowne rezerwacje poczynione, inne w trakcie realizacji. Znów będzie szaleństwo...Oj będzie :P
Wokół rodzinnego obejścia równie szaleńczo mknie czas.
Nacieszyliśmy się upałami, czekamy na dalsze - lato musi być gorące!
Basen wreszcie napełniony wodą jako bufor i nadzieja na odciągnięcie szalejącego ogrodniczo Janka od MOICH własnych upraw :)
Taaa, bo Janko odkrył uroki ogrodnictwa i z zapamiętaniem UPRAWIA :) Rzodkiewkę w piaskownicy - WZESZŁA, ale przesadzania już nie wytrzymała... Dynię pośród krzaków poziomek - wciąż jeszcze rośnie, cebulę wysianą pod siatką - pilnie obserwowaną i wyczekiwaną, pomidory w doniczkach - wzrastają ku radości pielęgnującego i buraki wraz z jakimiś "krzaczkami" w podarowanej przez matkę drewnianej skrzynce - wzeszły i rosną "na chłodnik" :))) Plany synu ma większe, ale chyba się matce udało przetłumaczyć żeby realizacja owych odbyła się za rok, ufff :)
Matka plany swoje (bo tyż takie ma), realizuje pomału.
Na ten przykład porządki z Osobistym działa wokół domowe, bo wstyd przed ludźmi okolicznymi i gośćmi przyjezdnymi. Zresztą, matka jak to matka pomysłów ma milion na minutę, szczęściem dla rodziny większość przelatuje jeno przez jej łeb nie zdążywszy się nawet umościć jak należy. TYYYYLE tego wszystkiego się chce, i trzeba, i należy! Ale jak już sobie przypomni... Oj :)
Przecież musi się wreszcie zacząć dziać, za długa ta przerwa była.
Matka wreszcie pozbyła się (liczy że na zawsze) choróbska które ją skutecznie odrywało od prac różnych. Prawie miesiąc trzymało ją wstrętne zapalenie gardła, pomógł dopiero drugi, znacznie silniejszy antybiotyk. Mankamentem jego spożycia było utrzymujące się przez kilka dni znaczne osłabienie, tym samym wspomniane prace różne  poszły mocno w zapomnienie. Za to teraz matka nadrabia, aż zad dymi i boli .
Truskawki przerobione, znaczna ich ilość również pochłonięta przez zachwyconą rodzinę. Matka mniej zachwycona, bo to ona przetwarzała. Matce jednak też się coś dostało, małe co nieco na naleweczkę :) Na zimę jak znalazł, bo chwilowo patrzeć na to małe czerwone już nie może. Ale za pół roku będzie w sam raz, wszelkie antypatie przejdą po pierwszym łyku :P
Letni AMOK dzieci osiągnął apogeum w ubiegłym tygodniu, kiedy to nadeszła całkowicie niespodziewana niespodzianka, mianowicie TRAMPOLINA :) teraz tylko matka musi się wykazać bystrością coby w porę zareagować na zakazane (choć niesłychanie emocjonujące) ewolucje. Biedne jest życie matki reagującej!

I GOŚCIE "tłumnie" nas nawiedzają... Tydzień temu jednego nocną porą gościliśmy na dachu. Niegrzeczny, bo się nie zapowiedział, więc nieprzygotowani byliśmy na TAKIEGO gościa. Niemniej emocji co niemiara :) Przespał noc całą, zasmarował dachówki i rankiem, skoro brzask pierwszy się pojawił poleciał gdzieś... dachówki może padający deszcz zmyje...


W poniedziałek trafił się kolejny gość, wróbel mały ale hardy. Sroki go chciały "zaopiekować", pies mój własny uraczyć niewybredną aczkolwiek żywiołową zabawą, cóż było robić, zabrałam go do domu i karmiłam pół nocy. Zaraz na drugi dzień, odwieźliśmy wróblika do odpowiedniejszego ośrodka, bo hardy niesłychanie i długo go trzeba było namawiać do konsumpcji. Ale pięknota z niego była niesłychana :) Bez fot, bo tak był roztrzęsiony że żal mi było pstrykać bidakowi po oczach, coby bardziej nie przerazić tej kupki nieszczęścia.
A piątek czterech kolejnych gości miałam...
Zaraz po zakończeniu roku szkolnego, tuż obok budynku szkoły zrobił się dziwny dziecięcy harmider.
Oczywiście dokładnie pośrodku całego zdarzenia znajdował się Janek. Jakże by inaczej :P
Po chwili podbiegł do mnie wciskając mi w dłonie malenkiego ptaszka, po drugiej chwili od pozostałych uczniów dowiedziałam się że jakaś szuja rozbiła jaskółcze gniazdo! W efekcie akcji ratunkowej w torebce prezentowej (wobec sytuacji upominek dla pani dany był z ręki - wybaczyła :), wylądowały CZTERY  młode jaskółki. I co, spytacie?
Ano ponownie pojechaliśmy do wyspecjalizowanego Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Ptaków Albatros w Bukwałdzie. I ponownie ptaszyny przygarnięto, wsadzono do INKUBATORA, nakarmiono i ogólnie zaopiekowano :)))


Musicie uwierzyć na słowo że TO są cztery jaskółki - zdjęcie wykonane przez rozemocjonowanego Janka, więc...

Przy okazji dowiedzieliśmy się że nasz hardy wróblik, do końca zachował charrrakterrrek, i gdy tylko nadarzyła się okazja, tuż przed zaobrączkowaniem NAWIAŁ - tupeciarz, wykarmił się, odchował i poooooszedł w świat bez skrupułów :)))
A potem podziwialiśmy, zwiedzaliśmy, KARMILIŚMY ptasich podopiecznych i zachwycaliśmy się bliskim spotkaniem z pierzastą ferajną :))) Sama radość i rewelacyjna lekcja. Aaaa, i jeszcze każde z dzieci po piórze bocianim zarobiło :)



Na zdjęciach głównie bociany, bo najbardziej dostępne - zresztą darzę je miłością i atencją OGROMNĄ :) A inne zdjęcia robił Jan, czarne mu wyszły, więc nie publikuję :P

A teraz proszę GORĄCO i z całego SERDUCHA o jakiekolwiek wsparcie dla Ośrodka. Wiemy, że potrzebują starych ręczników, pszenicy (ziarna dla ptaków), nawet suchej karmy psiej, która po namoczeniu idealnie nadaje się do karmienia niektórych ptaków - aktualnie dla sześciu młodych łabędzi i jednego dorosłego, zresztą nawet bociany "wsuwają" psie sucharki ! Kto jest z okolic niech dowozi, kto może niech wesprze wpłacając na ich konto symboliczną złotówkę - BARDZO, BARDZO PROSZĘ bo naprawdę WARTO, niezwykli ludzie dobro czynią tym braciom naszym najmniejszym :) 
Próbowałam zamieścić link do strony Fundacji, ale cosik ostatnio jest nieaktywny, więc w najbliższym czasie postaram się dowiedzieć co się dzieje, tymczasem skorzystajcie proszę z pomocy wujka google, i poczytajcie sobie o pracy dr Ewy Rumińskiej :)

Teraz matka czyni CZAS dla siebie. Matka bowiem urlop rozpoczęła - cały tydzień, ach! :P
Znaczy znowuż USIŁUJE zająć się tymi swoimi "pierdołami ręcznymi" które, ku żalowi będących w amoku, wcale nie powodują spowolnienia REAGOWANIA. Zresztą, pada, więc reagowanie przeniosło się na grunt domowy w zmienionej nieco formie, aczkolwiek równie upierdliwej dla WSZYSTKICH zainteresowanych, bo matka twarda jest ostatnio  :)))

Do następnego, wierzę że bardziej treściwego w owe pierdoły ręczne, i bardziej spokojnego w kwestii niespodziewanych gości :)

25 lutego 2013

Głupoty

Podczas ostatniej wizyty u lekarza Janek usłyszał (ponownie), o konieczności ograniczenia spożywanej ilości słodyczy. Bo ma z tym synu problem.
Lubi Jasio słodkości niezmiernie, szczęściem zagryza je także owocami. Nie je może ilości potwornych, bowiem rodzice jego jak cerbery jakie pilnują, wydzielają i chowają po kątach słodkie pokusy. Nie mniej nie stroni Janko od słodyczków, nic a nic, a wręcz jakby je przyciągał nawet.
Podczas całej wspomnianej wizyty Jaśko siedział niewzruszony i milczący, kiwając jedynie przecząco zgrabną łepetyną.
Po wyjściu z gabinetu usłyszałam, ironiczne acz spokojne i dobitne:
- Mama, i po co ty słuchasz takich GŁUPOT ?!

Szczerze mówiąc, już sama nie wiem ;P

Tosia jest inna. Słodycze nie są jej do szczęścia potrzebne. Nic a nic.
Potrafi zjeść cuksa, a dziesięć innych odłożyć i zapomnieć o nich.
NA ZAWSZE!
Dziwne.
Ja natomiast zdziwiłam się gdy córka oznajmiła, że na okres wielkiego postu podejmuje zobowiązanie.
I wcale nie zdziwił mnie fakt podjęcia przez Tosię samego zobowiązania, co to to nie. Bardziej zadziwiła mnie forma umartwienia się, bowiem umyśliło sobie dziewczę że zrezygnuje...
ze spożywania słodyczy...
Niby nic dziwnego, wręcz można by powiedzieć że chwalebnie dziecko poczyna sobie.
Ale co z tego, skoro żadne to dla niej wyrzeczenie  ?!

I takie dylematy dosięgły mnie za sprawą dziatwy własnej.
Z jednej strony sprawy poważne, i wagi wielkiej.
Z drugiej... GŁUPOTY ;)))

Inne głupoty dzieją się w ręcach mych. Opornie tym razem i w spowolnieniu pewnym.
Chyba i mnie udzielił się spokój dni wielkiego postu, wszak trza się przygotować przede wszystkim duchowo ;)

Pozdrawiam ciepło wszystkich zaglądających, wyciszenia życząc ;)

17 lutego 2013

Niedzielnie

Dzisiejsza dziecięca Msza Święta. Temat niezwykle aktualny: postanowienia wielkopostne.

Dzieci zostały zapytane z czego mogłyby zrezygnować na czas postu, jakie postanowienia podjęły, by godnie przygotować się na przyjście Pana.
Padały różne propozycje.
Wreszcie odpowiedział Janek: można przestać grać na komputerze w "zabijanki" (sic!), albo w "nawożenie ziemniaków"  ;)... i można nie jeść słodyczy i jeszcze nie oglądać bajek...

Ciekawe, bowiem mój Janek nie grywa w zabijanki, a ziemniaki wirtualnie "nawozi" owszem, w ściśle określonych dniach i godzinach. Przyciśnięty obiecał, że na kompie przestanie grać, i bajek nie będzie oglądał. Ze słodyczy nie zrezygnuje. Bo zwyczajnie nie da rady.
Po powrocie do domu usłyszałam: ale babcia mówiła że postu nie ma od 12.00 w sobotę do 17.00 w niedzielę, możesz włączyć bajki....
Ot, co czyni prawdziwe uzależnienie ;)))

Chwilę później.
Dzieci ponownie zapytane z czego tym razem, ich zdaniem, mogą zrezygnować dorośli na czas postu...
Oczywiście zgłasza się Janek.
jak zwykle gorliwie i ochoczo :P
- RODZICE mogą zrezygnować z picia ALKOHOLU, piwa i kawy!!!
...
Cóż... Ja się popłakałam. Ze śmiechu rzecz jasna :)
Choć konkluzja przychodzi do głowy wcale nie śmieszna: patologia normalnie ;)))

Inna msza, gdzieś w październiku. Dzieci długo usiłowały "odgadnąć" w którym to roku Ojciec Święty Jan Paweł II został ogłoszony błogosławionym.
Padały różnorodne propozycje, naprawdę wiele dat i mnóstwo odpowiedzi. Janek zabił wszystkich, bowiem usłyszeliśmy wypowiedziane zachrypniętym, donośnym głosem Janka:  W 2026!!!
Płakało pół kościoła, z księdzem na czele ;)))

Innym razem, w okresie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia, ksiądz opowiadał o ludziach którzy obecnie są traktowani przez Kościół jako osoby Święte.
Tuż przed rozpoczęciem mszy słyszę: mama, kto to jest TO białe, papież?!
Przyjrzałam się plakatowi: Nie synku, to Matka Teresa z Kalkuty.
-Acha...
Po chwili słyszę; mama, kto to był? Czyja matka?
Na moją propozycję wyjaśnienia po mszy, usłyszałam:
- ale co ja powiem jak mnie ksiądz zapyta kto to?! Mów teraz, ja SZYBKO zapamiętam ;)))
Fakt, zapamiętał, zapytał tylko trzy razy... ;))

Janek zawsze bardzo czeka na co niedzielną mszę dziecięcą, pilnie słucha Ewangelii, pilnie słucha pytań zadawanych przez księdza, po czym niezwykle elokwentnie się wypowiada.
Czasem aż nazbyt jak widać :))

Tosia nie lubi się wypowiadać publicznie. Ostatnio zwierzyła mi się:
- Bo wiesz mama, jak wiem że Janek zawsze i tak odpowie to ja nie muszę nic mówić, przecież wiadomo że to MÓJ brat :)))

Od jakiegoś czasu zastanawiam się czy nie zacząć regularnie chodzić na msze dla dorosłych.

26 sierpnia 2012

Gwiazdorsko

Skończyłam latem co wiosną zaczęłam :P

Jakiś czas temu spodobały mi się prezentowane tu i ówdzie naszyjniki kaboszonowe.
Zapragnęłam takowy naszyjnik zaposiąść na własność.
I mam.
Sama sobie zrobiłam, i to cztery, na różne okoliczności i własne humorki ;)))
Są jeszcze kolczyki ale się wzięły i schowały - a bardzo ich już szukam bo ładne...

Chciałam by owe ozdobniki naszyjne były nieco gwiazdorskie, nie to żeby mnie czegoś brakowało, ale fajnie jest jak gwiazda prawdziwa na szyi własnej dynda, i zdobi w dodatku :)
No to mam, same gwiazdy przez duże G...
Choć w tej sytuacji lepiej przez duże S... jak STARS -  stanowczo TAK lepiej ;))))

Oto pierwsza z GWIAZD, moja ulubiona, pełna temperamentu, o cudnych złotych włosach, uwodzicielska i ekscytująca do końca:

Rita

Następną również cenię, pełna uroku, subtelna i dystyngowana, o wielkim sercu:
 

Audrey

I ostatnia, nieco frywolna i kokieteryjna, lecz pełna seksapilu:
 
 Marylin
 
I jeszcze jeden ozdobnik, tym razem arabeska:

 I wszystkie razem:


Muszę przyznać że niezwykle elegancko i kobieco się  owe ozdobniki prezentują.
Na koniec pokazuję ostatni i najpiękniejszy ozdobnik. Tym razem rączkami Jaśkowymi zrobiony:)
Synu prezent urodzinowy dla małej solenizantki sam wymyślił i zrobił, a prezentuje się ów tak:


Kolorowo jak widać :))))

Mało mnie ostatnio na blogu, a to za sprawą rozlicznych obowiązków. 
Zawodowo odpoczywam od tygodnia. Ale mnóstwo się dzieje i tak naprawdę ledwo wyrabiam z czasem.
Od początku sierpnia rodzina przebywa u nas na wczasach. Zaliczyliśmy także wesele, a gdzieś w międzyczasie staram się także pokończyć co zaczęłam wiosenną porą - a jest tego sporo. 
Po wczorajszym nadrabianiu tych wielomiesięcznych zaległości na plecy "zapadłam" i ledwo chodzę, mam nadzieję że do jutra wydobrzeję, bo MUSZĘ koniecznie skończyć to co wczoraj zaczęłam, szczególnie że tak mało już mi zostało. A potem będę prezentować. A co ;))))
Bo u nas bywa ostatnio tak:
 
 
Jak widać, również GWIAZDORSKO ;)))
 
 Pozdrawiam miło, i do następnego ;)

21 czerwca 2012

Zaległości

Dziś ciąg dalszy zaległości, a że warte wspomnienia to zamieszczam :)
Czerwiec to jeden z moich bardziej ulubionych miesięcy. Czereśnie, kwiaty, słońce, bób, młode bociany, ciepło, pierwsze przetwory, możliwość biegania na bosaka, długie dni, miłe wieczory, spotkania, choćby i takie przy płocie z kawą w ręku ;))) Chce się żyć, nawet gdy czasu na te wszystkie przyjemności braknie, jak u mnie w tym roku ;)

Ale najsampierw był wielki dzień MŁODYCH.
My jeden dzień MŁODYCH przerabialiśmy przez trzy dni. I ogromnie się cieszę, że mimo zabiegania i przygotowań do zamorskiego wyjazdu znalazłam chwilę na oderwanie się, takie zupełnie całkowite...
Pierwszy dzień Młodych - naszych i zaprzyjaźnionych Młodych ze swoimi Starszymi z Mruwkowiska świętowaliśmy jak należy w piątek Pierwszego. Było kameralnie, sympatycznie, smacznie i wesoło:)






Się działo jak widać:) Młode bawiły się wyśmienicie, nawet Mruwa udowadniała że wciąż własny "garnitur" posiada :). Dzieciaki piekły kiełbaski nad ogniskiem,by w przerwach między kolejnymi kęsami przygotowanych smakowitości, buziaki własne wymazać oraz zamienić się w twórców ogromniastych baniek mydlanych - cyrk normalnie, we własnym ogrodzie :)



 Było miło, nawet mimo niezbyt sprzyjającej pogody :) - zdjęcia w ruchu, przy snującym się ogniskowym dymie, więc takie sobie, za co przepraszam.
 Kolejny dzień, 2.06 - sobota, to  dzień WIELKIEJ PRZYGODY. Pojechaliśmy ranną porą w okolice Giżycka i tam...


TAM zaczęło się wielkie ŻEGLOWANIE. Musicie uwierzyć że było wielkie, bo mało że na WIELKICH jeziorach, to jeszcze przy WIELKIM wietrze! Dzieciaki mimo początkowych obaw (bo niezłe przechyły były ;)), stosunkowo szybko się oswoiły, i nawet myśleć nie chciały o powrocie do domu. Zatem noc spędziliśmy na jachcie, by następnego dnia kontynuować naszą  WIELKĄ żeglarską przygodę ;))) I wcale nie straszne nam były chłody, wiatry i deszcze niespokojne! Wszak prawdziwy żeglarz niczego się nie boi :)
Szant mi jedynie brakło, coś tam sobie ponuciłam, coś tam dzieciaki podchwyciły, bo znają, jednak dzienne żeglowanie i wieczorne szantowanie to coś co żeglarskie misie lubią najbardziej - a ja mam  lekki niedosyt.
Uwielbiam wodę, i to co z nią związane, nawet mimo dostatecznych umiejętności pływackich w stylu bardzo dowolnym, lubię żagle i kajaki. Osobisty również polubił ten sposób relaksu już jakiś czas temu. Teraz mam radochę że także dzieci złapały bakcyla. Pewnie podobne przygody nie będą zdarzały się zbyt często, jednak ich pozytywne reakcje z całą pewnością wpłyną na potrzebę częstszego organizowania takich wypraw. A ja się cieszę  jak nie wiem kto ;))))





 "Ooooo, przechyły i przechyły,
Ooooo, za falą fala mknie..."











Oto kolejna zaległa relacja z tego co się u nas czerwcową porą wydarzyło:) I tak sobie myślę że nadrobiłam. Wkrótce troszkę tego się w między czasie "stworzyło ręcami memi" w wolnych chwilkach :)


Papapa ;))

Piętnastka ;)

Zawsze uważałam że piątka to w pewien sposób moja szczęśliwa liczba.
Coś w tym jest.
Wielokrotność piątki również bywa dla mnie łaskawa. Nigdy ni wykorzystuję tej mojej "słabości" bo np. nie gram w totka, nie ustawiam ważnych spotkań akurat w dni "piątkowe", po prostu nie przywiązuję do tego specjalnej wagi.
Ale jeśli pięć razy przed spaniem powtórzę sobie coś o czym rano muszę pamiętać, to pamiętam :)
Lubię piątkę i już :).
A dziś wraz z Osobistym obchodzimy piętnastą rocznicę ślubu :))) . Piętnastą, czyli trzy piątki:)
To także dwudziesta rocznica naszego z Osobistym poznania się - czyli cztery piąteczki:) Fajnie nie?!
No i skoro to taka ŁADNA liczebnie rocznica to postanowiłam napisać o tej  mojej słabości do piątki :)))
A przypomniała mi o dzisiejszym święcie moja osobista Teściowa... My sami z Osobistym zapomnieliśmy! Ja chyba pierwszy raz w życiu, bo dotąd bardzo pilnowałam dat wszelakich a ważnych rodzinnie. Czyżby to objaw nadchodzącej sklerozy?


Urodziny wkrótce również będę miała, a wtedy same okrąglutkie piąteczki... nie powiem ile, strach się bać, ale może... ZAPOMNĘ?!  ;))

Swoją drogą, kiedy to zleciało?!?!?!?

26 maja 2012

Najważniejsze słowo

MAMA

i nic więcej nie trzeba mówić







9 czerwca 2011

Kiedyś.

Odkąd pamiętam spędzałam jakoś wakacje. Jeździłam na kolonie, obozy, wczasy.
Ale tymi najpiękniejszymi były wakacje spędzane u mojej Babci. I wcale na żadnej wsi! Choć miasto to też nie było, jednak mieścina była to maleńka, i nawet nie położona wśród jezior, gór, czy lasów zielonych. Właściwie, atrakcji żadnych tam wówczas nie było, a le to właśnie do tamtych wakacji najczęściej wracam myślami...
Do mojej Babci.


Kiedyś...
Kiedyś, gdy Babcia żyła świat był inny, bardziej bezpieczny, spokojny, kolorowy.
Kiedyś uwielbiałam robić Babci psikusy w postaci szybciorem przestawionych mebli, czy niespodziewanie wysprzątanego domu, tak bez zachęty z Babci strony, i podczas jej nieobecności w domu :) I zawsze taki poprzestawiany układ pozostawał do czasu naszego wyjazdu.
Moja Babcia nigdy nie zabroniła nam nocować na balkonie! Nie mieliśmy namiotu, a babciny balkon stawał się nim, z dachem z kocy i narzut - jaka przednia to była zabawa! "Znikaliśmy" na cały dzień:) Nigdy na nim nie spaliśmy (parter!), ale też Babcia nigdy nie zabroniła tego tak zwyczajnie, tylko gdy już wymościliśmy sobie z kołder "łóżka" w naszym "namiocie", zaglądała do środka, chwaliła, a potem głośno się zastanawiała czy: aby burz nie będzie w nocy, bo właśnie zapowiadali..." ;))) Brała nas sprytem, a my nigdy nie buntując się grzecznie wracaliśmy do naszych "normalnych" łóżek, bo burze to poważna sprawa dla namiotu z kocy :))))
Kiedyś...
Uwielbiałam czas spędzany u Babci i z Babcią. Niespecjalnie poszukiwałam towarzystwa koleżanek, wystarczała mi sama Jej obecność.
Gdy chciałam zarobić sobie parę groszy jeździłam Babciną czarną damką, z  koleżankami na wiśnie i maliny. Mało że zarabiałam to jeszcze opychałam się tymi owocowymi słodkościami ze smakiem. A przywiezione do domu przemieniały się w pyszne kompoty za sprawą babci. Dziś owoce już mi tak nie smakują, jak tamte wtedy. A rower był o wiele za duży dla mnie, a może to ja byłam o wiele na niego za mała? :) To były moje pierwsze zarobione pieniądze, i pamiętam gdy potem pojechałam do pobliskiego Inowrocławia na "zakupy", cudne było uczucie posiadania własnych "pieniędzy" jak również uczucie inne... to przez które ciężko było te pieniądze wydać:)
A jeśli było strasznie gorąco jechałam również z koleżankami i bratem na bagażniku,wykąpać się  nad staw. Jechało się daleko, łąkami, białymi kamienistymi dróżkami, pośród pól zbożowych. A z rosnących w zbożu chabrów zrobiłam kiedyś winko:) Babcia potem twierdziła że bardzo jej smakowało, teraz domyślać się tylko mogę że kręciła aż miło :)))
Gdy już byliśmy nad tym stawem to po kąpieli (kiepsko wówczas pływałam!), wyciągało się z bawełnianej torby szklaną butelkę (po napoju stricte wyskokowym:)) z herbatą, kanapki - najlepsze były te z babcinym smalcem i skwarkami, i robiliśmy piknik, a jeszcze potem, leżąc na kocu wypatrywało się na niebie chmur o ciekawych kształtach:)
Kiedyś...
To właśnie podczas wakacji u Babci zrobiłam swoje pierwsze w życiu pierogi. Z własnoręcznie uzbieranymi poziomkami na Górze Harcerskiej :) Twarde były jak piorun, ale wszyscy je zjedliśmy, i żałowaliśmy że tak ich mało było:)
Babcia umiała dziergać na drutach, prawdziwe cuda wianki dziergała, nawet firany robiła. Dziś wspominam to z podziwem, bowiem zrobienie firan do naszego dużego pokoju, na blokowe dwa duże okna, dwa wąskie i okno balkonowe, to dla mnie nie lada wyczyn! A te firany były w dodatku od sufitu do podłogi! I swetry Babcia nam robiła, sukienki ażurowe i bluzeczki. Nie  wspomnę o haftowanych serwetkach, obrusach i bieżnikach. To dzięki Babci umiem dziś jako tako wyszywać, cerować i coś tam kumam w drutach (prawo-lewo, ale zawsze;)). To Babcia zaraziła mnie maszynoszyciem - szyła nam ubranka jak najlepsza krawcowa!
I ser topiony umiała zrobić, nie przepadałam za nim niestety :), ale za to roladę z bitą śmietaną robiła rewelacyjną, i korniszony :)
Kiedyś...
Bardzo lubiłam chodzić z Babcią na jej działkę. I tam sama nauczyłam Babcię jeść kanapki ze smalcem i młodą marchewką, pycha ! Babcia hodowała kury, czasem kaczki lub gęsi i prosiaczka:) Pamiętam koguta wariata, który nie znosił jak się ręce podnosiło nad głowę. Wiedziałam o tym, Babcia nas wcześniej ostrzegła, ale ja tak starsznie się bałam tego koguta, że gdy do mnie podbiegł podniosłam z przestarchu ręce do góry, a ten wariat rzucił się na mnie!!! Uratowała mnie Babcia :)
Pamiętam też, gdy w czasie ferii zimowych siedzieliśmy wszyscy (ja i moje rodzeństwo) wokół ławy, na fotelach. Wszyscy mieliśmy robótki w rękach, wtedy akurat wyszywaliśmy (nawet mój brat!), opowiadaliśmy sobie różne historie z naszego życia szkolnego i śmialiśmy się do łez, a najbardziej "śmiała się" nasza Babcia;)
I pamiętam gdy Babcia przyniosła do domu małego wróbelka, którego gdzieś znalazła. Uratowaliśmy go, karmiliśmy, pieściliśmy, a on spał na babcinym ramieniu podczas szycia:)
Kiedyś...
To były najpiękniejsze lata mojego życia. Nie tęsknię do szkoły, choć niektórzy to przepowiadali, nie tęsknię do lat młodzieńczych choć mówią że są najpiękniejsze. Nie tęsknię tak naprawdę za niczym minionym.
Ale tęsknię każdego dnia do tamtych chwil u Babci, do jej uśmiechu i złości udawanej gdy kłóciliśmy się z rodzeństwem, a Ona wpadała do pokoju i "krzyczała" na nas: uspokójcie się, pierniki jedne!" :)
Kiedyś...
Moja Babcia sama wychowywała trójkę dzieci. Moja mama miała trzy lata gdy zmarł jej ojciec, a mąż Babci. Najmłodszy brat mamy miał wtedy półtora roku. Była sama, zdruzgotana, ale dzielna, nie poddała się. Poszła do pracy na kolei, nie było jej łatwo. Jej dzieci musiały szybko dorosnąć. Ale Babcia nigdy się nie skarżyła. Jest dla mnie wzorem samodzielności, zaradności, mądrości życiowej, to od Niej czerpałam i czerpię siłę.
Dzięki pracy Babci mieliśmy nie raz okazję przejechać się lokomotywą parową czy elektryczną:)


 Kiedyś...
Dziś przypada kolejna rocznica śmierci mojej Babci. Już dziewiętnasta. Odeszła po długiej chorobie, wiem że na pewno jest w tym lepszym świecie, wiem że przygląda się nam z góry, czasem słyszę jej głos "pierniki jedne"...
Ale też nadal często łapię się na chęci opowiedzenia czegoś Babci, napisania do Niej pocztówki. Tęsknię do jej spojrzenia które zawsze jakimś cudem "mówiło" że nas kocha.
Żałuję że nie poznała mojego męża, moich dzieci, ale wierzę że ciągle nad nami czuwa.
Byłam jej ukochaną wnuczką. Dowiedziałam się o tym w kilka lat po jej śmierci. Nigdy tego nie odczułam jakoś specjalnie, bo nigdy nie faworyzowała nikogo z naszej trójki, była sprawiedliwa. Dla nas wszystkich była i pozostanie na zawsze naszą ukochaną  Babcią, TĄ NAJLEPSZĄ.
I czekała, jak zawsze uparta, czekała aż urodzi się jej ostatnia wnuczka, moja siostra cioteczna. Dopiero potem odeszła... obie były w tym samym szpitalu.
Dziewiętnaście lat temu skończył się jeden z piękniejszych etapów mojego życia. Wiem że wiele zawdzięczam Tej której już nie ma. Odeszła, choć dla mnie ciągle żyje, dzięki takim właśnie wspomnieniom.
Niewiele mam po Niej pamiątek, kilka zdjęć, kilka serwetek szydełkowych, jakiś sweter, zegarek i  niepełen serwis w niezapominajki. Babcia chciała żebym go miała. To resztki z dużej zastawy stołowej, pięć filiżanek, dzbanek, sosjerka, cukiernica i mlekownik. Niekompletny, a dla mnie bezcenny. O ten zestaw drżałam najbardziej podczas przeprowadzki.

Mam też starą maszynę, dziś stoi w mojej sypialni.
Niewiele tego, ale dla mnie te rzeczy maja niezwykłą wartość. Nie tylko sentymentalną, wartość samą w sobie, życiową, ponieważ jest to świadectwo życia kogoś dla mnie ważnego, bardzo bliskiego, kogoś kogo brak zawsze odczuwam. Mojej Babci.
Mam też to, co najcenniejsze, niektóre wypłowiałe, niektóre już niepełne, przymglone minionymi latami, ale dla mnie najważniejsze. Moje wspomnienia. Wspomnienia pięknych chwil i pięknego dzieciństwa.
Za te wspomnienia dziękuję Jej każdego dnia. I pielęgnuję je starannie.