W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

10 października 2011

Szał :)))

Dopiero co pisałam o radości:)
No to teraz ogarnął mnie szał radości :)))))))
Maszynę szyciową mam! Nową, piękną i... całkowicie inną niż ta na której dotąd szyłam:)))
Osobisty się zaangażował, bo już myślałam że nic z tego nie będzie, więc gdyby nie pomoc małżonka mego byłby klops, i znowu obeszłabym się "smakiem"... Bo do tego zakupu dojrzewałam ze dwa lata chyba:P
Teraz zaczynam jej rozgryzanie, maszyny oczywiście rozgryzanie, żeby nie było :). Pewnikiem proste to nie będzie, szczególnie zważywszy na czas jakim dysponuję, a dokładniej na notoryczny jego brak,  jednak wcale się nie martwię, raczej tupię z niecierpliwości:)))) Te nocki niedospane... ech ;))
Szał radości, normalnie szał:)
I planów mnóstwo, chęci jeszcze więcej, gorzej z umiejętnościami :P Ale co tam, do odważnych świat należy, nie spróbuję się nie nauczę przecież :D
Patrzę na to swoje cudo nowoczesnej techniki i wspominam jak to moja babcia siedziała przy swoim starym, zielonym łuczniku i szyła. Najwięcej dla nas, swoich wnuków. Pamiętam gdy mierzyłam skrojone i poszpilkowane bluzeczki czy spodnie - z tymi ostatnimi to dopiero była "uciecha", gdy z gapiostwa  siadało się żeby ułatwić sobie ich zdejmowanie po mierzeniu... krew nie raz się polała z okolic niewymawialnych - a Babcia lojalnie ostrzegała :P
Ta opisywana drzewiej szpilkowa Franka ciągnie się za mną od lat jak widać :)
Jaką piękną miałam białą sukienkę przez Babcię szytą! UWIELBIAŁAM JĄ, jak dziś pamiętam swoje rozczarowanie gdy już z niej wyrosłam. Ten jeden jedyny raz żałowałam wtedy że rosnę, dojrzewam, jakież to było przykre, bo sukienkę wprost kochałam.
Pamiętam też nową babciną maszynę. Łucznik w walizce chowany, który zobaczyłam gdy ponownie przyjechałam do Babci na wakacje.
Jestem w stanie wyobrazić sobie radość którą odczuwała, gdy wracała do domu ze "zdobytą" maszyną w ramionach:))) Pewnie szła chodnikiem i śmiała się sama do siebie, jak ja dzisiaj spoglądając na swoją :)))))
Moja Babcia była samoukiem krawieckim, więc tak sobie myślę że przy mojej desperackiej motywacji też chyba TO ogarnę. Bo plany mam że hohoho, oby czasu i wytrwałości starczyło.
A dziś ta pierwsza babcina maszyna, ten stary, zielony łucznik stoi u mnie w sypialni na komodzie. Ileż to wspomnień, historii... Ile to razy, leżałam na kanapie w pokoju, czytając książki by wreszcie uśpił mnie miarowy stukot pracującej babcinej maszyny. Ach jak tęsknię za tamtymi czasami... bardzo.
Maszyna na której dotąd szyłam to tez Łucznik , i również powiązany z moją Babcią, jakżeby inaczej:)
Bo dzięki Babci właśnie, moja mama mogła zaposiąść własną maszynę. Dlaczego? Bo to właśnie Babcia ją "wystała" w kolejce w której musiała swoje odstać aby ją zakupić - pomyśleć, ile to kolejnych historii, wspomnień, i znowu związanych z tą samą osobą :)
Dziś mamowa maszyna służy mnie, mama szyć nigdy nie lubiła, tak więc ulegając moim naciskom i jęczeniom, kilkanaście lat temu (wreszcie;) przekazała ją mnie. I nareszcie maszynka przeżywa swoje dobre lata - wreszcie robi to do czego została stworzona, szyje :)))) Pierwsze co na niej uszyłam to poszewki na pościel dziecięcą dla mających się wkrótce urodzić siostrzeńców (mojego i męża), jaka to była satysfakcja i radość!! Potem do kołderek uszyłam jeszcze, a jakże!, aniołki, nad którymi się namordowałam, ale fajne wyszły. Dziś żałuję że zdjęć owym swym wytworom nie zrobiłam, ale dumę z pierwszych swych poczynań szyciowych odczuwam po dziś dzień :)
A od teraz  mam jeszcze jedną maszynę, nową, bardziej odlotową :)))) Szał!

Zdjęcie ze strony sklepu ETI
Prawda że piękna?!!!

Łucznik w zapomnienie nie pójdzie, jednak co postęp techniczny to postęp wiadomo... no chyba że ja nie nadarzę za nim... ale próbować będę, a co ;))))
Matko, jak ja teraz do pracy będę chodzić gdy takie cudo w domu zostanie???? Jak JE zostawić takie samotne w tym wielkim domu... biedactwo moje maleńkie!
Szał, normalnie szał radości mnie rozpiera :))))))))
Nowiuska maszyna, nowiuska i jaka piękna:))))))))))
I moja!!!!

Z ostatniej chwili - innymi słowy, dodatek do powyższej zawartości:)))
 
Maszynę swą już KOCHAM, i nie jest to przesada.
Tyle co zdążyłam poznać wystarczy do wystawienia oceny opartej na samych superlatywach, pokrótce:
- jest niezwykle cicha, wiem co mówię, szyłam na trzydziestoletnim Łuczniku;
- jest śliczna, i zgrabna niezwykle patrz jak wyżej :) Trochę się obawiałam palstikowego plastiku, jednak wizualnie jest bardzo dobrze, a nawet super dobrze ;)))
- posiada niezwykle czytelny wyświetlacz, łatwość manipulowania  nim i wyboru poszczególnych opcji;
- łatwa w obsłudze, najbardziej bałam się nawlekania szpulki, poszło jak z płatka, instrukcja nieco mi zagmatwała, nie mniej w efekcie "samo wyszło" ! Mam nadzieję że juz tak będzie stale, jutro spróbuję automatycznego nawlekania szpulki (chyba tak to się nazywa);
- świetna funkcja przycinania nici !!! Funkacja w którą winna być zaopatrzona każda maszyna, strasznie praktyczna sprawa!
- ogromna ilość ślicznych ściegów! Dla mnie, gadżeciary to naprawdę COŚ:)
- dobrze napisana instrukcja obsługi - to ważne gdy posiadało się: patrz punkt pierwszy ;)
Na razie TYLE :)

Na dziś spokojnie mogę polecić ten model. Dalsze spostrzeżenia niebawem, w oddzielnym poście:)
Jutro zawalczę ze zmianą stopek i igieł, dziś idę spać, padam na paszczę, chyba ta radość tak mnie wypompowała :))))))

Pozdrawiam serdecznie:)

16 marca 2011

Tragedia

w trzech aktach.
O sklepie dziś opowiem. Tym największym w Polsce, jednym z TYCH bardziej znanych...
Takim co to zakupy bez wychodzenia można zrobić. Z domu wychodzenia. Rozumiecie, ten sklep z kompa.
Opowiem, bo mam mieszane uczucia co do niego.
Najpierw byłam nieufna. Obchodziłam go z daleka, zaglądałam, podglądałam i słuchałam innych którzy SZCZĘŚLIWIE zakupy w nim poczynili.
Osobisty dokonywał zakupów czas już jakiś. Ja nie. Twarda jestem. Osobisty mnie wyśmiewał, na ironię sobie nawet pozwalał! Taki nieczuły!
Złamałam się trzy lata temu.
Dla dziecka córkowego. Otóż dziecko zapragnęło mieć wózek z "budą", czyli "prawdziwy" jak dla dziecka "prawdziwego".
I w zasadzie nie byłoby problemu, gdyby nie fakt iż owo pragnienie było trudniejsze do spełnienia niźli się zdawało. Albowiem wózek miał być odpowiednio RÓŻOWY i z FUNKCJAMI!!!
I weź go idź i znajdź w NORMALNYM sklepie, w ZWYKŁYM mieście...
Święta w pobliżu się pętały, więc okazja w sam raz sprzyjająca do zaprzęgnięcia Mikołaja do roboty. Ja miałam facetowi tylko wskazać.
(Swoją drogą faceci UWIELBIAJĄ takie wskazywanie sobie WSZYSTKIEGO, nawet ci "ŚWIĘCI" ...)
Nie znalazłam.
Nieufna ciągle i niezmiennie zajrzałam chyłkiem o SKLEPU z kompa.
Zajrzałam i przepadłam. Albowiem w sklepie owym różowych było zatrzęsienie! Ło matko z córką, biada ci, zakrzyknęłam, po czym TRZY dni spędziłam na poszukiwaniach tego IDEALNEGO!Znalazłam, nie powiem, pot z czoła płynął niepohamowanym strumieniem. Ciężka to praca odnaleźć JEDEN pośród TYSIĘCY. A każden piękny, a każden z lepszymi funkcjami niż poprzedni, a ile RÓŻOWYCH!
Za moich czasów takich luksusów nie było. Stawało się w kolejce, bo stała, brało się co dawali,  bo wreszcie dawali, a w domu dopiero zastanawiało się co z tym WZIĘTYM zrobić:> A teraz patrzcie ludziska, full wybór normalnie!
Październik był zaznaczam.
Przy "pomocy" Osobistego zamówiłam wózek. Przeraźliwie różowy, czyli TEN NAJPIĘKNIEJSZY i z FUNKCJAMI!!! Mikołaj się ucieszył że tak wcześnie, i czekał...
Minął tydzień. Przyszedł wózek. Otwieram karton a tam... Co? Myślicie że różowa kosiarka???
Nie, wózek oczywiście. Ale nie TEN! Nie różowy, i nie z TYMI funkcjami!
TRAGEDIA - AKT PIERWSZY.
No i się zaczęło. Osobisty na kompie, ja w nerwach... Rodzina w nerwach... Mikołaj też.
Minęło tygodni wiele. Bo sprzedawca a to zapomniał na maila odskrobać, a to się ślizgał po temacie jak piskorz, a to udawał że go niema! Znaczy prawie standard.
A Mikołaj ryczy.
Nastał GRUDZIEŃ. Pamiętacie kiedy był zamawiany  POSZUKIWANY???
Dni mijały w szalonym pędzie. Jak to dni.
Wreszcie, na trzy tygodnie przed świętami i prezentową godziną "0", sprzedawca wózkowy zlitował się, i udzielił łaskawie prawa do wymiany wózka!!!
Odesłaliśmy brzydala. I zaczęliśmy czekać. Sprzedawca się przestał odzywać. Wózek nie przychodził. Mikołaj włosy z brody rwał.
Nerwówka nieziemska. W końcu, na PIĘĆ dni przed świętami sprzedawca dał głos. Uprzedził o wysyłce wózka, i zalecał cierpliwe czekanie! Jak tu czekać cierpliwie w takiej SYTUACJI ?! No jak?!
Mijały dni, nastał 23.12 - WÓZKA NIE MA!!! Mikołaj zastanawiał się nad popełnieniem mordu. Ja jeszcze bardziej! Przyszedł feralny 24.12. Już prezencik zastępczy zakupiony, już łzy wyschły, choć cera zmizerowana.Ale co tam takie łzy wobec nieszczęścia jakie dziecko czeka! Zadzwonił telefon, a w nim głos SZCZĘŚLIWEGO Osobistego: PRZYSZEDŁ!
Chyba pół wsi usłyszało kamień spadający z mojej głowy:> Popołudniu, przed zapakowaniem prezentowym otworzyłam kartonik i oniemiałam. Kolor owszem, ten WYBRANY.
Nie zgadzał się za to rozmiar!
Co zrobiłam? 
Zapakowałam. Co miałam zrobić?
Dziecko córkowe i tak było szczęśliwe, nie rozumiało bo co miało rozumieć? Że sprzedawca wyciulował Mikołaja? Grunt że kolor był TEN a dziecina szczęśliwa zaraz budę nadpsuła. Wózka budę :) Sprzedawca się wykulał dzięki dziecięciu.


Dałam sklepowi jeszcze jedną szansę...
Czasy obecne. Minione święta. Kolejne marzenie córkowe. Bobasek co to sika, łzy leje i w wannie PRAWDZIWEJ może się z mamą kąpać. Zamówiony w rzeczonym sklepie.
TRAGEDIA - AKT DRUGI:
Przyszedł zasikany bobas po świętach. Sprzedawca sprawę o-kulał... bo mu się nie chciało okazać ludzkiego oblicza przed świętami...

Dałam sklepowi kolejną szansę...
Styczeń. Bieżący.
Tkaniny lniane  zamówione. Adres zapodany. Przesyłki NIE MA!
TRAGEDIA - AKT TRZECI
Wymiana grzecznych zdań sprzedawca - zamawiający. Grzeczność przeszła do słów z gruntu tych nieprzyjemnych. Bez echa.
Wreszcie odkopana informacja (gdzieś w czeluściach netu...) że wysyłają PONOWNIE!
Przyszły! Tkaniny zamówione 24 stycznia, przyszły 7 marca.
Taki drobny poślizg:> I najważniejsza tkanina zamieniona, bo się WYBRANA wyprzedała!
No ale SĄ przecież.


Konkluzja?

- sklep z kompa mnie nie lubi.
- wyjaśniło się wreszcie czemu Mikołaj ma przerzedzoną brodę.
- nieufność pozostała i jakby nawet się zwiększyła :> Dziwne ??


KONIEC

A skoro wszystko dziś wokół dziecka córkowego, na pożegnanie przytoczę wczorajszą z nią prowadzoną rozmowę:)))



Wpadło dziewczę do domu rozjaśnione jakieś, roześmiane i tu i tam...
Wpadło i relację z dnia minionego poczęło zdawać:
 - Mamuś, a Karol wyznał że mnie KOCHA!!!
- ojej - zawołała mamuś, okazując tym samym grzeczne, acz nienachalne zainteresowanie.
Nie zdołała nic więcej wyktrzusić albowiem w porę sobie przypomniała iż nie należy zbytnio się emocjonować sprawami uczuciowymi swych dzieci, albowiem mogą się zamknąć. W sobie. Więc okazała owa mamuś zainteresowanie dozwolone w tej sytuacji:
- i co?????
- no i ON powiedział że od dziś będę jego DZIEWCZYNĄ! I zapytał czy może????
- co może????
- no wiesz... - tu nastąpiło zawieszenie głosu, i spojrzenie którym promieniejące dziewczę dawało mi ZNAKI. Zrozumiałam ????
- aaaaa, no tak.... (???????????), i co????
- POZWOLIŁAM MU!!!!
O MATKO!!!!! Zadrżało serce!!!! 
- na co????????
- no wiesz.....
- no nie!!!!!!!!!!!!!!!
- no.... POCAŁOWAŁ MNIE!!!!!- wyznała UŚMIECHNIĘTA od ucha do ucha niczego nie podejrzewająca bo ufna jeszcze ;)
- acha! - rzekła podejrzliwa i nieufna, bo WIE już czym mogą się skończyć takie "miłosne igraszki" :)
- no... w policzek pozwoliłam. Ale ON powiedział że WKRÓTCE będzie w usta, bo jestem jego dziewczyną! Mamo i co mam zrobić????
"O matko - szepnęło w duszy - co mam powiedzieć?????"
Zanim ogłupiała nieco mamuś mogła wydać głos dziewczę dodało samo z siebie, w zamyśleniu przeczesując niedawno podcięte włosy:
- ale dlaczego ON chce chodzić z JESZCZE z pięcioma INNYMI???? Powiedział że wszystkie kocha. Ale tata ma przecież tylko ciebie...
"biedny tata"... załkało gdzieś w trzewiach mamusiowych wcale niewspółczująco ;))))

Osobisty prychał sobie cichutko w kuchni.


Pozdrawiam miło :)))

5 marca 2011

Wreszcie

znalazłam wieszak:)
Nie byle jaki, w dodatku FUNKCJONALNY!
Funkcjonalność jego polega na zastosowaniu.
To wieszak na papier, toaletowy dodam dla wyjaśnienia, więc funkcjonalny niezwykle :)
Brakowało mi tego "gadżetu" niezmiernie, ale też poszukiwałam czegoś... nazwijmy to NIEBANALNYM ;)
I mam, niebanalny, naścienny i żeliwny w dodatku :)
Wyglądał tak:


Teraz wygląda tak:

Wieszak w tej wersji doskonale wpisał się w wystrój łazienki.
Prosta rzecz a cieszy:)
I wisi, zarówno ku ozdobie jak i funkcjonalności ;)


 Przechadzając się po moim ulubionym sklepie, starałam się usilnie wcielić w życie plan pt.: nie będę szaleć...
I chyba przez ciagłe powtarzanie tego zdania, niemal jak mantry, ostatecznie mój plan się powiódł! Udało mi się kupić, prócz wieszaka, "tylko" kilka maleńkich drobiazgów, i to "tylko" dlatego że nie mogłam oprzeć się ich urokowi. No bo przecież nie mogłam :





Naprawdę uważam że wykazałam się niezwykłym spokojem i rozsądkiem, ponieważ towaru o niezwykle kuszącej urodzie w tym sklepie jest MNÓSTWO, niestety ;)
Ale ja dzielna jestem!

Pozdrawiam ciepło:)

7 maja 2010

Bo tak:)

Pojechałam wczoraj do pobliskiego miasta wojewódzkiego celem rejestarcji wozu swego.
Bez wozu jak bez ręki. Szczególnie jak się już człowiek przyzwyczaił do luksusu, za chiny z niego nie zrezygnuje. Termin upłynął 30 kwietnia. Rejestrowałam wczoraj, cóż...

Żeby wyjazd nie był taki całkiem urzędowy, połączyłam przyjemne z pożytecznym, czyli obowiązek rejestracyjny oraz zakupiki. Nie oszukując, oddałam się zakupom rzecz jasna, z niezwykłą przyjemnością acz w tzw. kurcagolpku:))
Ktoś by zapytał, dlaczego musiałaś, przecież zakupików się nie musi (bo musi to na...:)?
Odpowiadam wszystkim dociekliwym pytajnikom: BO TAK!:))
Czasem kobieta tak ma, i już, nie ma co się dopytywać:)
Że chwalić się nieładnie??? Kiedy ja muszę:)
A poza tym, "jedna taka" mi kazała pokazać co sobie sprawiłam:)) Więc mus, nie ma zmiłuj, nękam przez "taką" wszystkich zaglądających:))

Cóż takiego zakupiłam???
Hmmm, głównie realizowałam zamówienia nowo "poznanych" koleżanek:)
Jednakowoż przy okazji pozwoliłam i sobie na maleńką przyjemność i...
zakupiłam...
łala, tralala


Wszystkie moje wczorajsze zakupy, poczynione  w dwóch różnistych sklepach, nie mogłam oprzeć się tej ramce:)) To już druga w moim domu, chyba zaczynam rozumieć taką jedną nudzącą się Matkę - domki coś w sobie mają:)))
A świeczki pachną... mroźnym, świeżym (!!!) powietrzem:))


Dzbaniszcze znalzło swoje przytulne miejsce w mojej łazience. I sobie tam stoi. I zdobi. Bo  ładne jest:))



Tkaniny. Widzicie błękitną krateczkę? Już mam!!! W końcu zakupiłam, osobistego dłużej nie denerwowałam opisem "licznych detali" wydlądu tego przecudnego kraciastego desenia:))

I tyle. Wsio:) I wystarczy. Reszta jest milczeniem. Może same zamawiające pochwalą się co sobie zakupiły poprzez kontakt wirualny:))) Miejcie uszy otwarte, oczy umyte, szyje kręte:))
Nie, jakoś odwrotnie, z tymi oczami i uszami...

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem deszczu i zimna. Ucierpiały na tym moje plany ogrodnicze, stosunkowo mocno nawet:>. Co prawda czas ten wykorzystałam szyciowo - Hanusiowo, nie mniej co spojrzałam w kierunku warzywaniaka, kiepsko mi było na duszy. Pracy jeszcze tam dużo, poczynając od (nadal) nawiezienia ziemi, do wysypania ścieżek drobnym kamyczkiem, po wreszcie pierwsze pielenie...gdzie niegdzie:))))
Skoro nie mogę warzywniakiem, bo niema się czym chwalić, to pokażę co sobie rośnie w domu moim. Właściwie w sypialni, bo przestronna jest i mój ulubiony futrzak tam nie wchodzi. Wspominałam kiedyś o resztkach petunii, lobelii, werbeny oraz fuksji, pamiętacie, prawda???
Nauczona przykrym doświadczeniem przeniosłam wszystkie roślinki do swojej sypialni - licząc że może uda się je uratować - chyba się udało:)
A żeby ponownie losu nie kusić, zaniosłam tam również otrzymane w prezencie sadzonki pomidorków.
Małe są, długo usiłowały sobie rosnąć w jednorazowych kubeczkach, pożałowałam ich i przesadziłam do większych doniczek. Liczę że jak się wzmocnią, zaaklimatyzują się w moim warzywaniaku. Na razie czekają na odpowiedni czas:)) Wspaniale już pachną:)


Tu (poniżej)widzicie moje aksamitki wąskolistne. One mi pięknie wzeszły w dwóch doniczkach. Potem przesadzę je do ogrodu, choć śmierdziuszki ale szalenie urokliwe.


A to już dynia ozdobna. Ma niewielkie, bardzo dekoracyjne owoce. Wyrasta mi z mojej butelkowej "szklarni" i jutro (jeśli pogoda pozwoli) przeniosę ją do ogrodu. Czas najwyższy:))


W marcu posiałam również w butelkowej (5litrów) szklarni kabaczki - ale nie wzeszły. Chyba kiepskie miałam nasiona:(( Podobnie zresztą jak nasturcja pnąca, co to miała ślicznie ścielić sie na mojej małej architekturze ogrodowej, wzeszła jedna:< Nie wspominając o tych w ogromnej donicy przed domem - tam nie wzeszła żadna!:(((
Nasiona kabaczków i nasturcji znajdowały się na mojej wczorajszej liście zakupów...
Wróciłam bez nasion...
Bo zapomniałam...
Chyba podjadę jutro do pobliskiej wsi gminnej i zakupię je, o ile jeszcze będą.

Dziś proszę Was abyście pomogły mi zaczarować pogodę na jutro.
Właściwie to chyba odczarować.
Maj powinien słońcem lać z nieba, deszczykiem ciepłym, wiosennym, a nie jesiennym, zimnym i paskudnym:(
Bo ja MUSZĘ, inaczej się uduszę, zrobić porządek w moim "przednim" "ogródku"!!!
Jakiś czas temu dostałam "coś" - nich jeszcze będzie to tajemnicą - co cieszy mnie ogromnie, ślicznie się prezentuje w ... mojej sypialni, a jakże. I nie mam kiedy, zważywszy na pogodę, wykorzystać "tego" tak jak pragnę!!! Zaczynam być zła trochę.
W różnych warunkach pogodowych pracowałam w ogrodzie. Niby zwyczajna jestem, wszak na "biegunie północnym" mieszkamy:> Ale nie mogłam teraz grzebać się w ziemi, zrealizować tego co muszę i powinnam, bo w ten ziąb ledwo w pracy wytrzymywałam:>> Na mojej świetlicy było potwornie zimno, ogrzewanie wyłączone, bo maj przecież, wrrrr. Dlatego przed pracą i po niej, zwyczajnie musiałam się ogrzać w domu. Okropne.  Mam nadzieję że niebawem aura trochę się poprawi.
A ja będę mogła zaprezentować swoją działalność ogrodowo - warzywną;))

Z nadzieją w zgrabiałym sercu żegnam się i życzę miłego weekendu:)))

7 kwietnia 2010

Drugi...

...sklep wspominany we wczorajszym poście. Ten w którym okazało się ze nie przyjmują kart płatniczych- zawsze tak było, ale ja zabyła...
Wczoraj wypatrzyłam w nim coś, co po małych malarskich przeróbkach będzie pasowało do mojej sypialni, łazienki lub kuchni. Oto cuda które bystre me oczka upatrzyły, i się zasmuciły bo gotóweczka w domciu się ostała:

Na początek trochę ceramiki,

Pamiętacie pojemniki zakupione na "poprawę humoru"? Teraz dołączyły do nich: dzbanek i micha, prawda że ładniste?:))


O, jeszcze taki wieszaczek serduszkowy, zwyczajnie nie mogłam się oprzeć, przemaluję, przeszlifuję i będzie przepięknej urody, pasującej do jednych ze wspomnianych pomieszczeń.


Tu domeczek na fotkę, może zamiast fotki może jakaś fajna rodzinno -domowa sentencja? Oczywiscie do przemalowania.


Gwóźdź zakupów! Deska na zapiski! Serduszka to magnesiki:) Po przemalowaniu, do kuchni, ale chyba zakupię jeszcze jedną, będzie do przyszłego craftroomu:))) No śliczna jest po prostu:)

UWAGA! Nie miałabym tych śliczności, gdyby nie wczorajsze wykorzystanie cuda techniki w postaci telefonu komórkowego z aparatem cyfrowym! Oskara temu kto to wymyślił! Pokazałam te cuda wczorajszą wieczorową porą mężowi swemu. Nie liczyłam że zapamięta to wszystko ze zdjęć z telefonu, co więcej, że zrealizuje moje marzenie. Mąż osobisty ma jeszcze bardziej zawodną pamięć niż ja:) Ale jakoś zapamiętał, chyba widział jak mi zależało:))) No i się cieszę, rogal zakwitł mi na pysku i zejść nie zamierza chyba przez tydzień:)

Pojęcia nie mam czemu takie duperelki cieszą mnie bardziej niż nowy ciuch, kino, kolacja w super restauracji... Tak już mam, że szybciej kaskę wydam na chałupkę i na dzieci niż na siebie, choć naprawdę potrzebuję zrobić remanent w swojej garderobie. Cóż, nie miała baba kłopotu, kupiła sobie dzbanek i deseczki, se założy, hihi;))

Na koniec przedstawiam wspomniany również wczoraj "trejaż". Ciągle jeszcze nie sprawdziłam czy to poprawna nazwa, ale jak zwał tak zwał, grunt żeby swa funkcję spełniał, a wygląda to tak:


Zamknijcie oczy. Wyobraźcie sobie pnącą się po tym czymś nasturcję, a główna tego ozdoba to margerytki...
Ja to widzę, i już mi się podoba:)))
Oczywiście technika wykonania pozostawia wiele do życzenia. Nadal nie jest to zbyt estetycznie wykończone, chyba problem stanowią zbyt krótkie pędy wierzbiny, a może jej "starość". Nie wiem, muszę dokładniej zapoznać się z technikami plecenia wikliny, wówczas popełnię pewnie mniej błędów. Tymczasem mam co mam, i tak mnie cieszy:)

Pozdrawiam ciepło:)

31 stycznia 2010

Zagadka

Co robi Prawdziwa Kobieta, jeśli musi polepszyć sobie nastrój???
Kupuje nową bluzkę? A może perfumy? A może jedzie do spa???
Nic z tych rzeczy.
Owszem, chodzi o zakupy, lecz Prawdziwa Kobieta dokonuje ich w sklepie z pięknymi rzeczami dla domu i kupuje... piękne, ceramiczne pojemniki w których może przechowywać ciastka dla swoich dzieci:))). Oczywiście Prawdziwa Kobieta nie byłaby sobą gdyby owe pojemniki nie były kolejnymi jakie posiada, i tak naprawdę wcale nie są jej potrzebne, ale po pierwsze są przecież takie śliczne, a po drugie, po co kupować sobie nową bluzkę, ulotne perfumy czy marnować czas w spa? Prawdziwa Kobieta jest szczęśliwa bo szczęśliwa jest jej rodzina uwielbiająca ciasteczka:)
Ach! I jeszcze korzysta z uprzejmości koleżanki, która akurat zupełnie "przypadkowo" przejeżdżała w okolicy IKEA i zakupiła na prośbę Prawdziwej Kobiety 4 metry tkaniny - bo się przyda przecież:)