W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





Pokazywanie postów oznaczonych etykietą również. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą również. Pokaż wszystkie posty

26 marca 2012

Nie wiem jak ona to robi...

Mam koleżankę. No mam, nie ja jedna, więc żadna nowina.
Ale! Moja koleżanka poukładana jest okrutnie. Jak się trza było uczyć, to się uczyła, nie było że film fajny, a do egzaminu tydzień JESZCZE przecież... Nie było że imprezka rewelacyjna, a do egzaminu trzy dni JESZCZE... Nie było bata, obowiązek wpierw, potem zaś przyjemność.
I tak miała zawsze w życiu codziennym, tym "dorosłym" również. Taka poukładana od stóp do głów. I nawet gdy kryzys jaki nagły i nieoczekiwany nastawał też gładko go przechodziła. Bywało więc że zastanawiałam się patrząc z zazdrością na jej to wewnętrzne poukładanie "jak ona to robi ??? " Nie wiem. Przestałam drążyć temat. Szłam dalej,do przodu, po swojemu. Nie dzieje się przez to nic tragicznego, dni mijają bez huku, choć zamieszania w nich sporo. Mam pewien system tzw. organizacji dnia codziennego, i jeśli ktoś mi w nim zbytnio nie namiesza, jakoś toczy się to kółeczko życiem nazywane. Ale nie powiem że wybojów nie ma.
No i ostatnio zbyt szybko się wszystko dzieje, zbyt wiele, mam przesyt doznań WSZELAKICH!
I przypomniała mi się moja Niezawodna Koleżanka, co to teraz daleko mieszka, rzadko się widujemy, choć czasem słyszymy. Przypomniała mi się bo TYLEEEE się wokół mnie wciąż dzieje, że faktycznie, miewam problem z nadążeniem za swoim kółeczkiem. i zapragnęłam choć usłyszeć Jej kojący, spokojem spływający głos w swej komóreczce.Taka moja prywatna terapia:) Zadzwoniłam.
I się zdziwiłam bo po raz pierwszy usłyszałam że ma dość, że nie wyrabia, że dzieci dają w kość, w pracy reorganizacja i zmiany których ona nie ogarnia a w ogóle to ona chce znowu studiować, i się cieszy że dzwonię bo jestem jej kołem ratunkowym, i jeszcze że chce do mnie bo jestem taka ZORGANIZOWANA!!!
W mordkę jeżyka, że niby o MNIE mówi??? Dopytałam nieśmiało co ja pchnęło do wysnucia TAKIEJ właśnie opinii, i co usłyszałam? Otóż okazuje się że ona zawsze o mnie myślała TO WSZYSTKO co ja o niej powyżej. Więcej nawet, zazdrościła że potrafiłam znaleźć czas na zabawę podczas studiów, i jeszcze do egzaminów się przygotować, itp, itd w ten deseń jeszcze troszkę... zamurowało mnie na minutę chyba. Ocknęłam się jednak, bowiem "impulsów" szkoda i lekko przyduszona zakończyłam rozmowę bo Jej dziecię wyciekło z chałupy...- też tak miałam niedawno, pamiętam doskonale, więc równie doskonale rozumiem obłęd jaki słyszałam w jej głosie :P
Uwierzcie, przez jeden moment mojego życia nie myślałam o sobie jako o osobie zorganizowanej i poukładanej, twardo dzierżącej stery swego życia... Dała mi ta rozmowa sporo do myślenia. I wydumałam.
Każda z nas tak ma!!!
Każda z nas babeczek taka właśnie jest. Nie ma bata, musimy organizować, układać, wyprzedzać, analizować, bo kto niby ma to za NAS zrobić, no kto? Facet? Z całym szacunkiem, ale to my pociągamy za sznureczki, wymyślamy, gdy trzeba przenosimy i dźwigamy! Facet jest plasteliną w naszych dłoniach, to my lepimy jego i swoje życie! Ba! I dzieci własnych! Normalnie KOBIETA:)))
Mam w domu koniec malowania salonu - kuchnię też malnęłam z Osobistym, z rozpędu i ku żalowi tegoż wielkiemu. Teraz sprzątanie zarządziłam, ale jakoś nikt się nie kwapi do pomocy. Sprzątałam do 24.00...
W sobotę, malowałam (z Osobistym, żeby nie było), ale oderwaliśmy się dla dobra syna i pojechaliśmy na chwilę do wsi nieopodal na słynną Napoleoniadę. Gdy przybyliśmy Napoleon zdążył już obie poleźć w diabły, a my skorzystaliśmy zfakty schnięcia pierwszej warstwy farby i do znajomków zapowiedzianie wpadliśmy.
Po powrocie dalsze perturbacje malarsko-remontowe, wiem, wiem chciałam to mam ;P
Toś nocą wrócił z turnieju tańczącego (3.00!!!), przy czym od 1.50 otrzymywałam regularne esemski tudzież subtelne telefoniki z informacją: jesteśmy w Ostródzie; Morąg już!, Wypadek!!! O, to mnie skutecznie ocuciło, wysiliłam się na telefon o 2.30 wymagający wyjaśnień! O trzeciej dziewczę dotarło, półprzytomnie rzucając się mi na szyję, równie mało przytomną zresztą:P
Pół tej samej nocy Janko budził nas z rykiem Boeinga - UCHO BOLI!!! GARDŁO BOLI!!! WSZYSTKO BOLI!!! Skoro świt, siódma chyba to była zadzwonił telefon że zastępstwo muszę wziąć w zerówce... udało się je przenieść na jutro, UFF! Bo Janko został jednak w domu ze ze względu na te wszystkie bolączki. A ja, spytacie? Cóż, odkurzyłam rano, umyłam podłogi, wstawiłam pranie, pozbyłam się dzieci podrzucając je dziadkom, i poszłam do pracy. Teraz jest noc.
Mam już przygotowany scenariusz na jutrzejsze zastępstwo, materiały do późniejszej pracy, i notatki... w głowie, o czym absolutnie, ale to absolutnie nie mogę jutro zapomnieć, i jeszcze zamówione biżuty, co je wezmę ze sobą na popołudnie, bo może uda się jakoweś wykończyć. Teraz idę spać. Jutro kolejny dzień, i nie będę myśleć co się znowu nieplanowanego wydarzy, jestem wszak ZORGANIZOWANA  :))))
Różnie się życie układa, bywa że dni wyciekają przez palce, czujemy się zakręcone i zagubione, ale  w ogólnym rozrachunku przeważnie wychodzi do przodu, nieprawdaż?

Pozdrawiam serdecznie wszystkie organizatorki dnia codziennego:)))
a zdjęcia będą jak dogonię swój cień:)