Z wakacji wróciłam cała i szczęśliwa jak wspominałam:)
Co więcej, wróciłam z nadprogramową zawartością obu bagażników.
Bo zwyczajnie nie mogłam się IM oprzeć gdy je TAM zobaczyłam, takie piękne, okrąglutkie, soczyste i słodziutkie...
MIRABELKI smakujące jak najprawdziwsze RENKLODY, tyle że w wersji mini :)))
Byłam niezwykle zaskoczona ich smakiem. Zazwyczaj mirabelki mają w sobie pewną cierpkość, a tu proszę, pełne zaskoczenie!
No i spotworzyłam te złociste kulki:)
Teraz występują w zaszczytnym charakterze oryginalnego dżemu z nutą wanilii i likieru amaretto.
Smakują i wyglądają niezwykle atrakcyjnie :)
Z kolei wczorajszy wieczór spędziłam na potworzeniu ogórków, z których powstała moja ulubiona słodko-kwaśna sałatka ogórkowa z czosnkiem:)
Korzystałam z rzadkiej okazji w minionych tygodniach wakacyjnych prawie wolnego wieczoru, dzieci wyśmienicie bawiły się w towarzystwie wizytującej je koleżanki, przy okazji wciągając w swoje zabawy i swawole Osobistego:) Pełen luz, który bez żenady wykorzystałam:)
Jakiś czas temu zlewałam również, nastawioną jeszcze w czerwcu naleweczkę truskawkową:)
Z czystym sumieniem, po pierwszej degustacji mogę polecić ten trunek, choć jeszcze nie tak dawno nie darzyłam przepisu zbytnim zaufaniem. No bo niby truskawki w alkoholu, nie rozpadną się, nie będzie miazgi nieapetycznej??? Nie było, co więcej same owoce są pyszne i jędrne:)
Doskonale będzie ów przedni trunek smakował w długie zimowe wieczory... nie raz przypomni się wówczas smak minionego lata :)
Jak widać butelczyna już napoczęta... Koleżanki podniebienie również napój zaakceptowało;)))
W sobotę zamierzam pojechać na targ i zaopatrzyć się w kolejną porcję ogórków i innych warzyw.
Bo w planach mam jeszcze spotworzenie, jak co roku, koreczków ogórkowych, i salsy paprykowo - warzywnej. Od koleżanki mam też nowe przepisy na inne rewelacyjne smakowitości do słoiczków, kuszą mnie niezmiernie, więc chyba poddam się i nadchodzące wolne dni spędzę w kuchni na potworowaniu ;)). Ale o tym innym razem:)
Dziś cieszę się że bogaci się moja piwniczka, smakowicieje, zapełniają półki na których równym rzędem dostawiam kolejne słoiczki z apetyczną i zdrową zawartością na nadchodzące, długie zimowe dni.
Tymczasem znikam, ponownie w kuchni a wszystkich zaglądajcych pozdrawiam ciepło :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
25 sierpnia 2011
3 czerwca 2011
Zaczyna się ;)
sezon różanych przetworów. Dziś nazbierane, dziś jeszcze będą przetwarzane. Na początek syrop na zdrowie. Potem pewnie i jaka naleweczka się przytrafi... mniam:)
A tymczasem w kuchni, korzystając z obecności dzieci w domu - taki dzień odpoczynku od przedszkola - najpierw upiekłam...
potem dołożyłam...
I pożarliśmy ze smakiem:)))
Arabski chleb pita (przepis z miesięcznika Dziecko, z dawnych czasów:))
Potrzebujemy: 1,5 dag drożdży, szklankę ciepłej wody, pół łyżeczki cukru, łyżeczkę soli, 3 szklanki mąki, 2 łyżki oleju, plus olej do natłuszczenia blachy.
Wykonanie: Drożdże rozetrzeć z cukrem, wymieszać z połową ciepłej wody i odstawić na kilka minut aż zacznie "pracować". Mąkę i sól wsypać do miski, dodać przygotowany rozczyn, resztę wody i olej. Całość wymieszać łyżką, przełożyć na blat i podsypując mąką wyrobić ciasto aż będzie gładkie i lśniące.
Uformować kulę, przełożyć do wysmarowanej oliwą miski, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce aż ciasto podwoi swoją objętość, na jakieś półtorej godziny.
Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Ciasto podzielić na 6 równych części, każdą rozwałkować na okrągły placuszek, centymetrowej grubości. Leciutko zwilżyć je wodą żeby się nie zrumieniły, i piec 8 minut.
Gdy się zaczną "nadymać" to znak że zaraz będą gotowe:) Upieczone placki napełniać czym się podoba. Jeśli mają być do wykorzystania na później należy je ostudzić i zawinąć w folię żeby nie stwardniały. Można je też mrozić.
Ja lubię pitę moczyć sobie w sosach i zajadać bez niczego. Czasem kroję na wąskie paseczki, podpiekam na patelni z niewielkim dodatkiem oliwy czosnkowej i dodaję do sałatek i letnich surówek.
Proste i pyszne :)
Pozdrawiam miło:)
A tymczasem w kuchni, korzystając z obecności dzieci w domu - taki dzień odpoczynku od przedszkola - najpierw upiekłam...
potem dołożyłam...
I pożarliśmy ze smakiem:)))
Arabski chleb pita (przepis z miesięcznika Dziecko, z dawnych czasów:))
Potrzebujemy: 1,5 dag drożdży, szklankę ciepłej wody, pół łyżeczki cukru, łyżeczkę soli, 3 szklanki mąki, 2 łyżki oleju, plus olej do natłuszczenia blachy.
Wykonanie: Drożdże rozetrzeć z cukrem, wymieszać z połową ciepłej wody i odstawić na kilka minut aż zacznie "pracować". Mąkę i sól wsypać do miski, dodać przygotowany rozczyn, resztę wody i olej. Całość wymieszać łyżką, przełożyć na blat i podsypując mąką wyrobić ciasto aż będzie gładkie i lśniące.
Uformować kulę, przełożyć do wysmarowanej oliwą miski, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce aż ciasto podwoi swoją objętość, na jakieś półtorej godziny.
Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Ciasto podzielić na 6 równych części, każdą rozwałkować na okrągły placuszek, centymetrowej grubości. Leciutko zwilżyć je wodą żeby się nie zrumieniły, i piec 8 minut.
Gdy się zaczną "nadymać" to znak że zaraz będą gotowe:) Upieczone placki napełniać czym się podoba. Jeśli mają być do wykorzystania na później należy je ostudzić i zawinąć w folię żeby nie stwardniały. Można je też mrozić.
Ja lubię pitę moczyć sobie w sosach i zajadać bez niczego. Czasem kroję na wąskie paseczki, podpiekam na patelni z niewielkim dodatkiem oliwy czosnkowej i dodaję do sałatek i letnich surówek.
Proste i pyszne :)
Pozdrawiam miło:)
14 września 2010
Ostatnie podrygi
mam nadzieję:)
Dziś, podczas spaceru z dziećmi pracowymi ujrzałam bzu czarnego owoce.
I cóż uczyniły rączęta me od minionej soboty mocno znudzone? Narwały owocu zdrowego, a jakże:) Na nudę najlepsze zajęcie wszak każdy MĄDRY to wie.
Tak przy okazji rwania bzu przypomniał mi się dowcip. Starawy już nieco, ale niezwykle akuratny w zaistniałej sytuacji:)
Otóż, działo sie to za czasów Rewolucji Październikowej. Żydzi zamieszkujący w ów niespokojny czas Matkę Rosyję dostali nakaz "wyprowadzki". Och, biada narodowi uciśnionemu, co robić?!!! Aj, waj, decyzja zapadła: WYNOSIMY SIĘ, do Hameryki, tam bogaty kraj, i dobry dla cudzoziemców! Ale... jeden Żyd, Mosze, przemyślał sprawę, pozastanawiał się i uradził z rodziną :ZOSTAJEMY! Gdzie nam będzie lepiej jak już cała konkurencja wyjedzie??? Toż grzech piniądz szykujący się zostawić tak bez opieki! Nie wolno przecież! Zostajemy, wspieramy rosyjską gospodarkę, a ona wesprze i nas, będziemy żyli w dostatku:))).
Jak Mosze postanowił tak zrobił. Mimo próśb, mimo gróźb, mimo sugestii rodziny, przyjaciół i Rabina, został Mosze w kraju szykującym się do zmian wielkich, w kraju co to każdy biedny bogatym miał zostać...
Po kilku miesiącach okazało się jak wielki błąd Mosze popełnił, jak wielkim kłamstwem były składane obietnice (wiadomo bez zbytniego zagłębiania się:>), i westchnął Mosze z rozpaczą, a możliwości wyjazdu już nie było, niestety... i zapłakał Mosze gdy listy od rodziny i przyjaciół zaczęły napływać. a w tych listach czytał Mosze, jaka ta Ameryka bogata, ogromna, mlekiem płynąca, i dolarem się ścieląca. I pytali go w tych listach, jak to Mosze żyje w tym Kraju Rad, czy jest mu tam dobrze, życie w dostatki opływa... I nie wiedział biedny Mosze co odpisać rodzinie ma. Jakich słów użyć, które oddały by cała prawdę, jak napisać żeby CENZOR sie nie przyczepił i na Sybir nie wysłał, no jak???
I wymyślił Mosze, i napisał tak:
Kochani!!!!
Dobrze mi tu!
Taki mi tu dobrze!!!!!
Tak mi tu dobrze!!!!!!
Że dobrze mi tak!!!
Dobre? Dla mnie tak, bo zbierałam dziś ten bez, zachłannie, myśląc jak ten biedny Mosze: narwę, narobię, i będę mieć. Dorwę, dorobię, będę WIĘCEJ mieć. A w domu zapłakałam...
Ach, jaki człowiek głupi bo chciwy!
A jeszcze dzieci pracowe na grzyby wyciągnęły, bez zerwany w krzaczkach ukryłam:), i poszłam przez łąki, do lasku nietypowego. I znalazłam! 15 koźlarzy, 4 prawdziwki, 1 czerwony łepek!
Całe 30 minut mi to zajęło, dzieci maślaczków nazbierały, zdziwione że prawdziweczków nie zauważyły:)
I wróciłam do domu obładowana, rower się uginał od "ciężarów" i stanęłam nad zlewem celem umycia owoców zebranych, i nastawiłam je na sok, a gdy pyrkotały wolniutko za grzybki się zabrałam.
Oj ty głupi Mosze...
I znowu się suszą, znowu się duszą i znowu ...
A po ostatniej sobocie obiecał sobie ten człowiek, który kryje się we mnie, że w najbliższym czasie nie tknie przetworów,nie pójdzie do lasu, nawet jeśli będzie miał ten człowiek na mysli spacerek. Nie pójdzie, bo wie czy sie to skończy! I poszedł głupi... i przyniósł...
A w sobotę przecie kosz WIELKI grzybów przyniósł. I jeszcze jak ten durny latał po lesie i się w głos cieszył do tych najmniejszych podgrzybeczków, co to pięknie będą w marynacie sobie wyglądać, jak durny jakiś... Jak głupi 20 prawdziwków naznosił , i kompletnie zgłupiał bo zdjęcia żadnego nie zrobił, ot, taka durnota! A potem do niedzieli przetwarzał te zbiory woje, i już sie nie cieszył na widok tych najmniejszych podgrzybeczków, już nie...
Soki pozlewane, stygną sobie. Grzyby sie suszą, reszta się udusiła z cebulką. Będzie na jutrzejszy obiad.
Nie narzekam, co to to nie. Chciałam? Mam i się cieszę, naprawdę, ale przez chwilę zwątpiłam, przez chwilkę jeno:))) 2 prawdziwki które dziś znalazłam wyglądały tak:
Oba ZDROWE, zajęły mi 2 "pietra" suszarki. 2 mniejsze były robaczywe, ciekawe...
Pozostałe 2 piętra suszarki zajęły wszystkie koźlarze i czerwony:) Bogaty zbiór, mimo że szybki w uzyskaniu:)))
Spoglądam na gabaryty tych dzisiejszych grzybków, jutro wkleję w tym miejscu zdjęcie historyczne, o tematyce pokrewnej:) Muszę, dla porównania:) Ale to już jutro. Jutro nadeszło:) Oto obiecane zdjęcie:
Na zdjęciu Janek z moja mamą:) Jas miał wówczas 6 m-cy, codziennie chodziłam z nim na spacery wózkowe. W sierpniu był wówczas niesamowity wysyp grzybów. To były pierwsze Jankowe grzybobrania. Ten "grzyb" na zdjęciu to borowik, rósł sobie przy drodze:))) Dodam tylko że kapelusz był cały zdrowy. Teraz rozumiecie miłość mego syna do zbieractwa grzybowego? Wszystko przeze mnie :)))
Poza tymi, jakże frapującymi zajęciami, przerobiłam jeszcze kilka pomidorów, trochę własnych, trochę dokupionych. Ktoś w ostatnich komentarzach dotyczących przetworzenia przecierowego wspomniał że zalewał przecierem własnej roboty, pomidorki koktajlowe. Posiadam sporą ilość tych ostatnich, właśnie zamknęłam je w słoikach, zalawszy przygotowanym uprzednio przecierem pomidorowym, wyglądają niezwykle smakowicie:)))
Na koniec, dla oddechu zdjątka treści ogrodowej pokażę. To ostatnie kwiaty mijającego sezonu letniego, dodam że mocno pojedyncze, jednakowoż urokliwe, to pstrykłam, a co:)))
I tym kwietnym akcentem zakańczam dzisiejsze wynurzenia:)
Oby do jutra:)
Cieplutko pozdrawiam:)
Dziś, podczas spaceru z dziećmi pracowymi ujrzałam bzu czarnego owoce.
I cóż uczyniły rączęta me od minionej soboty mocno znudzone? Narwały owocu zdrowego, a jakże:) Na nudę najlepsze zajęcie wszak każdy MĄDRY to wie.
Tak przy okazji rwania bzu przypomniał mi się dowcip. Starawy już nieco, ale niezwykle akuratny w zaistniałej sytuacji:)
Otóż, działo sie to za czasów Rewolucji Październikowej. Żydzi zamieszkujący w ów niespokojny czas Matkę Rosyję dostali nakaz "wyprowadzki". Och, biada narodowi uciśnionemu, co robić?!!! Aj, waj, decyzja zapadła: WYNOSIMY SIĘ, do Hameryki, tam bogaty kraj, i dobry dla cudzoziemców! Ale... jeden Żyd, Mosze, przemyślał sprawę, pozastanawiał się i uradził z rodziną :ZOSTAJEMY! Gdzie nam będzie lepiej jak już cała konkurencja wyjedzie??? Toż grzech piniądz szykujący się zostawić tak bez opieki! Nie wolno przecież! Zostajemy, wspieramy rosyjską gospodarkę, a ona wesprze i nas, będziemy żyli w dostatku:))).
Jak Mosze postanowił tak zrobił. Mimo próśb, mimo gróźb, mimo sugestii rodziny, przyjaciół i Rabina, został Mosze w kraju szykującym się do zmian wielkich, w kraju co to każdy biedny bogatym miał zostać...
Po kilku miesiącach okazało się jak wielki błąd Mosze popełnił, jak wielkim kłamstwem były składane obietnice (wiadomo bez zbytniego zagłębiania się:>), i westchnął Mosze z rozpaczą, a możliwości wyjazdu już nie było, niestety... i zapłakał Mosze gdy listy od rodziny i przyjaciół zaczęły napływać. a w tych listach czytał Mosze, jaka ta Ameryka bogata, ogromna, mlekiem płynąca, i dolarem się ścieląca. I pytali go w tych listach, jak to Mosze żyje w tym Kraju Rad, czy jest mu tam dobrze, życie w dostatki opływa... I nie wiedział biedny Mosze co odpisać rodzinie ma. Jakich słów użyć, które oddały by cała prawdę, jak napisać żeby CENZOR sie nie przyczepił i na Sybir nie wysłał, no jak???
I wymyślił Mosze, i napisał tak:
Kochani!!!!
Dobrze mi tu!
Taki mi tu dobrze!!!!!
Tak mi tu dobrze!!!!!!
Że dobrze mi tak!!!
Dobre? Dla mnie tak, bo zbierałam dziś ten bez, zachłannie, myśląc jak ten biedny Mosze: narwę, narobię, i będę mieć. Dorwę, dorobię, będę WIĘCEJ mieć. A w domu zapłakałam...
Ach, jaki człowiek głupi bo chciwy!
A jeszcze dzieci pracowe na grzyby wyciągnęły, bez zerwany w krzaczkach ukryłam:), i poszłam przez łąki, do lasku nietypowego. I znalazłam! 15 koźlarzy, 4 prawdziwki, 1 czerwony łepek!
Całe 30 minut mi to zajęło, dzieci maślaczków nazbierały, zdziwione że prawdziweczków nie zauważyły:)
I wróciłam do domu obładowana, rower się uginał od "ciężarów" i stanęłam nad zlewem celem umycia owoców zebranych, i nastawiłam je na sok, a gdy pyrkotały wolniutko za grzybki się zabrałam.
Oj ty głupi Mosze...
I znowu się suszą, znowu się duszą i znowu ...
A po ostatniej sobocie obiecał sobie ten człowiek, który kryje się we mnie, że w najbliższym czasie nie tknie przetworów,nie pójdzie do lasu, nawet jeśli będzie miał ten człowiek na mysli spacerek. Nie pójdzie, bo wie czy sie to skończy! I poszedł głupi... i przyniósł...
A w sobotę przecie kosz WIELKI grzybów przyniósł. I jeszcze jak ten durny latał po lesie i się w głos cieszył do tych najmniejszych podgrzybeczków, co to pięknie będą w marynacie sobie wyglądać, jak durny jakiś... Jak głupi 20 prawdziwków naznosił , i kompletnie zgłupiał bo zdjęcia żadnego nie zrobił, ot, taka durnota! A potem do niedzieli przetwarzał te zbiory woje, i już sie nie cieszył na widok tych najmniejszych podgrzybeczków, już nie...
Soki pozlewane, stygną sobie. Grzyby sie suszą, reszta się udusiła z cebulką. Będzie na jutrzejszy obiad.
Nie narzekam, co to to nie. Chciałam? Mam i się cieszę, naprawdę, ale przez chwilę zwątpiłam, przez chwilkę jeno:))) 2 prawdziwki które dziś znalazłam wyglądały tak:
Oba ZDROWE, zajęły mi 2 "pietra" suszarki. 2 mniejsze były robaczywe, ciekawe...
Pozostałe 2 piętra suszarki zajęły wszystkie koźlarze i czerwony:) Bogaty zbiór, mimo że szybki w uzyskaniu:)))
Spoglądam na gabaryty tych dzisiejszych grzybków, jutro wkleję w tym miejscu zdjęcie historyczne, o tematyce pokrewnej:) Muszę, dla porównania:) Ale to już jutro. Jutro nadeszło:) Oto obiecane zdjęcie:
Na zdjęciu Janek z moja mamą:) Jas miał wówczas 6 m-cy, codziennie chodziłam z nim na spacery wózkowe. W sierpniu był wówczas niesamowity wysyp grzybów. To były pierwsze Jankowe grzybobrania. Ten "grzyb" na zdjęciu to borowik, rósł sobie przy drodze:))) Dodam tylko że kapelusz był cały zdrowy. Teraz rozumiecie miłość mego syna do zbieractwa grzybowego? Wszystko przeze mnie :)))
Poza tymi, jakże frapującymi zajęciami, przerobiłam jeszcze kilka pomidorów, trochę własnych, trochę dokupionych. Ktoś w ostatnich komentarzach dotyczących przetworzenia przecierowego wspomniał że zalewał przecierem własnej roboty, pomidorki koktajlowe. Posiadam sporą ilość tych ostatnich, właśnie zamknęłam je w słoikach, zalawszy przygotowanym uprzednio przecierem pomidorowym, wyglądają niezwykle smakowicie:)))
Na koniec, dla oddechu zdjątka treści ogrodowej pokażę. To ostatnie kwiaty mijającego sezonu letniego, dodam że mocno pojedyncze, jednakowoż urokliwe, to pstrykłam, a co:)))
I tym kwietnym akcentem zakańczam dzisiejsze wynurzenia:)
Oby do jutra:)
Cieplutko pozdrawiam:)
29 sierpnia 2010
Szybka
relacja z poczynań międzyczasowych.
Nie jest to jeszcze obiecana relacja z działań urlopowych, raczej jakby około urlopowych:)
Między wyjazdem jednej rodzinki a przyjazdem kolejnej:)))
Najpierw wczasowała się u nas moja mama z bratanicą.
Potem przyjechał brat mamy ze swoją córką, a moją kuzynką:)))
Fajnie było, nareszcie nagrałam się w swoją ulubioną kanastę. Tylko w wakacje udaje mi się zebrać odpowiednią liczbę graczy, no i jeszcze ten czas...jest go zwyczajnie więcej:)) Ależ to były wieczory:)))
Dziś chciałam tak szybciutko pokazać że jestem, bo już mam sygnały świadczące o lekkim zaniepokojeniu moją nieobecnością, ale rozumiecie, ta kanasta... zwyczajnie nie mogłam się oprzeć, więc proszę o wyrozumiałość:))))
Pochwalę się swoimi ostatnimi przeróbkami.
Dawno, dawno temu, rok temu w sumie już będzie, zakupiłam cztery półki, wyglądały sobie tak (to jedna z nich, różnią się tylko wielkością):
Właściwie te półki to był zakup trochę nieprzemyślany. Ale miniony i dłuuugi czas, sprawił że się wreszcie namyśliłam i wreszcie wykorzystałam je należycie, a mianowicie zrobiłam jednej z nich TO:
I podoba mi się wielce co jej uczyniłam:) To półka do łazienki, w której wygląda na razie TAK:
Na razie, bowiem pustawo wokół niej, ale to niebawem nadrobię. Właśnie usilnie namyślam się coby na tę ściankę jeszcze dodać, aby zwielokrotnić efekt i urodę mej łazienki, hahaha:))))
Cieszę się z niej i efektu ostatecznych przeróbek. Gdyby ktoś nie zauważył, dorobiłam SAMA! malutką półeczkę. Oryginał takiej nie ma:)) Sama wyrżnęłam półeczkę, SAMA! :DDDD
Oczywiście widać też brak haczyka w kolorze stare złoto. Zgubił mi się, zapodział w klamotach i znaleźć nie mogę, ale gdy tylko znajdę zaraz jego brak uzupełnię:)))
Półka jest na wzór wiszącej już w mojej łazience, a jako ozdobniki wykorzystałam resztki kamyczków którymi zwieńczona jest moja glazura łazienkowa:)
Są jeszcze dwie mniejsze półeczki, i wiszą sobie w sypialni. I właściwie TYLKO sobie wiszą, no, może nawet dekorują trochę.
No bo niby co miałabym na nich postawić??? Świecznik? Ok:) To może jeszcze wianuszek jarzębinowy? Ok:) I... potem pomyślę. Dziś mówiłam że szybko będzie:)))
Została mi jeszcze jedna (ta niepomalowana), i z tą to już naprawdę pojęcia nie mam co zrobić...
Ha! I wreszcie dorobiłam się także szafeczek wokół których chodzę już od ok roku:) Znalazłam je w swoim ulubionym sklepie, były różne, narożne, prostokątne, bardziej ozdobne i mniej, i wyższe i niższe. Do wyboru, do koloru. Niedawno wystąpiły w niezwykle korzystniej odsłonie cenowej:)) No i mam:
Zobaczyłam je dawno temu, i tak sobie wymyśliłam że będą mi bardzo pasowały do sypialni jako stoliki nocne. I proszę bardzo, dzięki niezwykłej uprzejmości Osobistego zaposiadłam je, i przemalowałam, i teraz są takie O! :
Szikownie, nieprawdaż???:))))
Zadowolona jestem niezwykle, nie tyle z siebie, co z pomysłów na wykorzystanie tego co już posiadałam, i tego co sobie wymarzyłam by zaposiąść. W sumie efekt mnie zadowala, a chyba o to w tym chodzi:)
A tak wyglądają sobie w komplecie z półeczkami:)
Zbyt skromnie??? To część "męska", co można powiesić facetowi, prócz budzika ewentualnie, no i może rameczki ze zdjątkiem motywującym, chili: z podobiznami ukochanej rodziny - taki miły akcent, otwiera Osobisty zaspane oczęta i widzi... po kiego musi wstać z łózia i zasuwać do roboty ;)))))
Kobieca strona wygląda na razie tak.
Również jeszcze bez zdjątka motywującego (adekwatnie do powyższego:)), ale bez przesady, nie od razu Kraków zbudowano... a dziś się prawie już sypie, hehehe :)
(Sorki, taki mam dziś nastrój nieco figlarny, Kraków uwielbiam pasjami:))
I tyle tego mojego przerabiania, fajna, lekka, miła praca. Choć w sumie przez to przecieranie, w celu uzyskania efektu shabby mam od wczoraj katar. Alergia się znowu odezwała co to ją nabyłam w kwiecie wieku, czyli lat 20 - stu, ech... to były czasy ;P
Międzyczas spędziłam też na przetworzeniu:> Dzięki Acie i przy czynnym udziale Osobistego stałam się posiadaczką kilku słoików przecieru pomidorowego. Dlaczego???
A dlatego iż Szanowna Wielce Ata zapytała mnie słodko czy nie posiadam jakiegoś babcino-mamowego przepisu na przecierane pomidory. Nie posiadam niestety, wici na te okoliczność rozsiałam po wsi i tu też jakoś bez echa i zainteresowania nawet. Takie czasy, ludzie gotowce kupują...
Tymczasem Osobisty zaopatrzył rodzinę w sporą ilość pomidorków targowych, zapominając jednakże iż na pożarcie (z apetytem wielkim zresztą:) czekają nasze własne, z przydomowej hodowli tomaty.
No i się zapomidorowałam. Trzeba było przetworzyć bo co się miały zmarnować.
Usiadłam bezczelnie do kompa, poczytałam, doedukowałam się troszkę w kwestii przetwórstwa pomidorowego i tak sobie "przetarłam" parę kilo.Po swojemu zaznaczam. Nie spracowałam się, co to to nie. Jestem wielką zwolenniczką wszelkiego ustrojstwa mechanicznego a wspomagającego urobione (leniwe też;)) gospodynie domowe. Sparzyłam tylko pomidorki, obrałam ze skórek, poćwiartowałam i wrzuciłam do wielkiego gara. Pyrkotałam na małym "gazie" kilka godzin, wraz z drobno pokrojoną dużą cebulą. Wcześniej niedbale je zblenderowałam - to ta pomoc mechaniczna, wielce pożyteczna:). Po tym dłuższym pyrkotaniu, gdy ujrzałam gęstniejącą masę zblenderowałam dokładniej, dodałam przypraw trochę: 3 ząbki czosnku z praski, sól i pieprz - do smaku. Nie wygłupiałam się już z przecieraniem przez sito. Noc i ranek bym chyba zarwała bo sitko mam małe, wyrywna też specjalnie nie jestem do takiej roboty. Zresztą co komu pestki szkodzą, no co??? Pomidory świeże się wsuwa z pestkami, i smakiem to i przecier zblenderowany nie przetarty też się wsunie. I to z apetytem!
Na koniec prac kulinarnych, gorący jeszcze przecier przełożyłam do słoików różnego rozmiaru, albowiem na różne okazje przeznaczone będą, jak nie sosy, to zupy, jak nie zupy to inne delicje. Pasteryzowałam z pięć minutek. I gotowe.
Zdjęć nie będzie, przecier nie przetarty a zmechanizowany, grzecznie już sobie stoi na półce w piwniczce, kto nie wierzy może sobie sprawdzić:)
Dzięki Atuś za natchnienie ;)))
AAAA!!!!! I jeszcze naleweczkę jeżynową nastawiłam! Jaki piękny kolorek będzie:) O smaku nie wspominając:) Przepisik? Robiłam tak jak wiśniową, cukrem zasypałam i poczekałam aż się rozpuści a sok się.. puści:))). Potem wódki dolałam i znowu czekam, mieszając od czasu do czasu:) Już się nie mogę doczekać. I już wkrótce przelewać będę nalewkę z owoców róży. Po degustacji mogę zapewnić: PYCHA!
Pamiętacie jeszcze gdy pisałam o syropie z owoców róży? Dawno to było,ale sobie właśnie przypomniałam. Z tych owoców po syropie zrobiłam konfiturkę - kremik. Drugi gatunek wyszedł w sumie, bo już nie tak aromatyczna jak konfitura z pierwszego "tłoczenia", ale żal mi było nie wykorzystać ( ciągle ten Zawzięty ze Skąpcem mi towarzyszą...), więc... zblenderowałam prawie na krem, dosypałam cukru i gorące wrzuciłam do słoiczków. Jako masa kremowa do smarowania wafelków w sam raz, nieprawdaż? :D
To by było na tyle. Mówiłam że dziś szybciorem będzie:) I prawie wyszło ;).
Zmykam, dziś niedziela imprezowa, szaleństwo normalnie :))
Pozdrawiam serdecznie i miło, mimo końca tego najlepsiejszego czasu letniego laby pełnego:))))
Nie jest to jeszcze obiecana relacja z działań urlopowych, raczej jakby około urlopowych:)
Między wyjazdem jednej rodzinki a przyjazdem kolejnej:)))
Najpierw wczasowała się u nas moja mama z bratanicą.
Potem przyjechał brat mamy ze swoją córką, a moją kuzynką:)))
Fajnie było, nareszcie nagrałam się w swoją ulubioną kanastę. Tylko w wakacje udaje mi się zebrać odpowiednią liczbę graczy, no i jeszcze ten czas...jest go zwyczajnie więcej:)) Ależ to były wieczory:)))
Dziś chciałam tak szybciutko pokazać że jestem, bo już mam sygnały świadczące o lekkim zaniepokojeniu moją nieobecnością, ale rozumiecie, ta kanasta... zwyczajnie nie mogłam się oprzeć, więc proszę o wyrozumiałość:))))
Pochwalę się swoimi ostatnimi przeróbkami.
Dawno, dawno temu, rok temu w sumie już będzie, zakupiłam cztery półki, wyglądały sobie tak (to jedna z nich, różnią się tylko wielkością):
Właściwie te półki to był zakup trochę nieprzemyślany. Ale miniony i dłuuugi czas, sprawił że się wreszcie namyśliłam i wreszcie wykorzystałam je należycie, a mianowicie zrobiłam jednej z nich TO:
I podoba mi się wielce co jej uczyniłam:) To półka do łazienki, w której wygląda na razie TAK:
Na razie, bowiem pustawo wokół niej, ale to niebawem nadrobię. Właśnie usilnie namyślam się coby na tę ściankę jeszcze dodać, aby zwielokrotnić efekt i urodę mej łazienki, hahaha:))))
Cieszę się z niej i efektu ostatecznych przeróbek. Gdyby ktoś nie zauważył, dorobiłam SAMA! malutką półeczkę. Oryginał takiej nie ma:)) Sama wyrżnęłam półeczkę, SAMA! :DDDD
Oczywiście widać też brak haczyka w kolorze stare złoto. Zgubił mi się, zapodział w klamotach i znaleźć nie mogę, ale gdy tylko znajdę zaraz jego brak uzupełnię:)))
Półka jest na wzór wiszącej już w mojej łazience, a jako ozdobniki wykorzystałam resztki kamyczków którymi zwieńczona jest moja glazura łazienkowa:)
Są jeszcze dwie mniejsze półeczki, i wiszą sobie w sypialni. I właściwie TYLKO sobie wiszą, no, może nawet dekorują trochę.
No bo niby co miałabym na nich postawić??? Świecznik? Ok:) To może jeszcze wianuszek jarzębinowy? Ok:) I... potem pomyślę. Dziś mówiłam że szybko będzie:)))
Została mi jeszcze jedna (ta niepomalowana), i z tą to już naprawdę pojęcia nie mam co zrobić...
Ha! I wreszcie dorobiłam się także szafeczek wokół których chodzę już od ok roku:) Znalazłam je w swoim ulubionym sklepie, były różne, narożne, prostokątne, bardziej ozdobne i mniej, i wyższe i niższe. Do wyboru, do koloru. Niedawno wystąpiły w niezwykle korzystniej odsłonie cenowej:)) No i mam:
Zobaczyłam je dawno temu, i tak sobie wymyśliłam że będą mi bardzo pasowały do sypialni jako stoliki nocne. I proszę bardzo, dzięki niezwykłej uprzejmości Osobistego zaposiadłam je, i przemalowałam, i teraz są takie O! :
Szikownie, nieprawdaż???:))))
Zadowolona jestem niezwykle, nie tyle z siebie, co z pomysłów na wykorzystanie tego co już posiadałam, i tego co sobie wymarzyłam by zaposiąść. W sumie efekt mnie zadowala, a chyba o to w tym chodzi:)
A tak wyglądają sobie w komplecie z półeczkami:)
Zbyt skromnie??? To część "męska", co można powiesić facetowi, prócz budzika ewentualnie, no i może rameczki ze zdjątkiem motywującym, chili: z podobiznami ukochanej rodziny - taki miły akcent, otwiera Osobisty zaspane oczęta i widzi... po kiego musi wstać z łózia i zasuwać do roboty ;)))))
Kobieca strona wygląda na razie tak.
Również jeszcze bez zdjątka motywującego (adekwatnie do powyższego:)), ale bez przesady, nie od razu Kraków zbudowano... a dziś się prawie już sypie, hehehe :)
(Sorki, taki mam dziś nastrój nieco figlarny, Kraków uwielbiam pasjami:))
I tyle tego mojego przerabiania, fajna, lekka, miła praca. Choć w sumie przez to przecieranie, w celu uzyskania efektu shabby mam od wczoraj katar. Alergia się znowu odezwała co to ją nabyłam w kwiecie wieku, czyli lat 20 - stu, ech... to były czasy ;P
Międzyczas spędziłam też na przetworzeniu:> Dzięki Acie i przy czynnym udziale Osobistego stałam się posiadaczką kilku słoików przecieru pomidorowego. Dlaczego???
A dlatego iż Szanowna Wielce Ata zapytała mnie słodko czy nie posiadam jakiegoś babcino-mamowego przepisu na przecierane pomidory. Nie posiadam niestety, wici na te okoliczność rozsiałam po wsi i tu też jakoś bez echa i zainteresowania nawet. Takie czasy, ludzie gotowce kupują...
Tymczasem Osobisty zaopatrzył rodzinę w sporą ilość pomidorków targowych, zapominając jednakże iż na pożarcie (z apetytem wielkim zresztą:) czekają nasze własne, z przydomowej hodowli tomaty.
No i się zapomidorowałam. Trzeba było przetworzyć bo co się miały zmarnować.
Usiadłam bezczelnie do kompa, poczytałam, doedukowałam się troszkę w kwestii przetwórstwa pomidorowego i tak sobie "przetarłam" parę kilo.Po swojemu zaznaczam. Nie spracowałam się, co to to nie. Jestem wielką zwolenniczką wszelkiego ustrojstwa mechanicznego a wspomagającego urobione (leniwe też;)) gospodynie domowe. Sparzyłam tylko pomidorki, obrałam ze skórek, poćwiartowałam i wrzuciłam do wielkiego gara. Pyrkotałam na małym "gazie" kilka godzin, wraz z drobno pokrojoną dużą cebulą. Wcześniej niedbale je zblenderowałam - to ta pomoc mechaniczna, wielce pożyteczna:). Po tym dłuższym pyrkotaniu, gdy ujrzałam gęstniejącą masę zblenderowałam dokładniej, dodałam przypraw trochę: 3 ząbki czosnku z praski, sól i pieprz - do smaku. Nie wygłupiałam się już z przecieraniem przez sito. Noc i ranek bym chyba zarwała bo sitko mam małe, wyrywna też specjalnie nie jestem do takiej roboty. Zresztą co komu pestki szkodzą, no co??? Pomidory świeże się wsuwa z pestkami, i smakiem to i przecier zblenderowany nie przetarty też się wsunie. I to z apetytem!
Na koniec prac kulinarnych, gorący jeszcze przecier przełożyłam do słoików różnego rozmiaru, albowiem na różne okazje przeznaczone będą, jak nie sosy, to zupy, jak nie zupy to inne delicje. Pasteryzowałam z pięć minutek. I gotowe.
Zdjęć nie będzie, przecier nie przetarty a zmechanizowany, grzecznie już sobie stoi na półce w piwniczce, kto nie wierzy może sobie sprawdzić:)
Dzięki Atuś za natchnienie ;)))
AAAA!!!!! I jeszcze naleweczkę jeżynową nastawiłam! Jaki piękny kolorek będzie:) O smaku nie wspominając:) Przepisik? Robiłam tak jak wiśniową, cukrem zasypałam i poczekałam aż się rozpuści a sok się.. puści:))). Potem wódki dolałam i znowu czekam, mieszając od czasu do czasu:) Już się nie mogę doczekać. I już wkrótce przelewać będę nalewkę z owoców róży. Po degustacji mogę zapewnić: PYCHA!
Pamiętacie jeszcze gdy pisałam o syropie z owoców róży? Dawno to było,ale sobie właśnie przypomniałam. Z tych owoców po syropie zrobiłam konfiturkę - kremik. Drugi gatunek wyszedł w sumie, bo już nie tak aromatyczna jak konfitura z pierwszego "tłoczenia", ale żal mi było nie wykorzystać ( ciągle ten Zawzięty ze Skąpcem mi towarzyszą...), więc... zblenderowałam prawie na krem, dosypałam cukru i gorące wrzuciłam do słoiczków. Jako masa kremowa do smarowania wafelków w sam raz, nieprawdaż? :D
To by było na tyle. Mówiłam że dziś szybciorem będzie:) I prawie wyszło ;).
Zmykam, dziś niedziela imprezowa, szaleństwo normalnie :))
Pozdrawiam serdecznie i miło, mimo końca tego najlepsiejszego czasu letniego laby pełnego:))))
21 czerwca 2010
Tomaty
No i się zaczyna...
Niby wyszłam z przetworów na jakiś czas, niby...
Bo od soboty na pomidorowo mnie wzięło. I nie tylko na grę "pomidorową" z dziećmi swymi.
Na obiadowo mnie wzięło. I przetworowo też. Znowu...
Po kolei.
Sobota. Pojęcia nie miałam co zrobić na obiad. To wymyśliłam, a jakże, rodzina głodna chodzić przecież nie może. Zrobiłam lazanię, mięsną, z sosem bolońskim, z resztką sera żółtego i sosem beszamelowym.
Zdjęcia nie zdążyłam zrobić. Zniknęła lazania, zostało wspomnienie. Smaku wspomnienie rzecz jasna:))
Hmmmm, ale co by tu zrobić z pomidorami których nakupiliśmy z Osobistym, najpierw on, potem ja...
Jakiś czas temu odkopałam przepis na ketchup. Nazywam go ketchupem Teścia, bo od niego ten przepis dostałam. Co ciekawsze teściem moim jeszcze wówczas nie był. Już jest. Dziś mija trzynaście lat mojego małżeństwa. Za kilka dni, osiemnaście lat od momentu poznania mojego męża, zleciało...:)))
No i co zrobiłam w sobotę??? No co???
Ciasto:) Truskawkowe z kremem i galaretką. Truskawki też miałam, do tego jeszcze koktail truskawkowy, też smaczny:)
Tego dnia nie zdążyłam już nic zdziałać pomidorowo. Bo...
Późnym popołudniem basen ustawialiśmy dla dzieci. No, może nie tylko dla dzieci. Liczymy że i my czasem poplumkamy się, schłodzimy nogi, ostudzimy myśli:) Jeśli dzieci pozwolą:). A że lubimy sobie życie "uprzyjemniać", to wymyśliliśmy aby basen w teren trochę wkopać, dla równości, bo nierówny mamy teren miejscami wieloma:). I wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że trawa na naszej działce jest strasznie mocno ukorzeniona. Darń o gęstości niezwykłej, przez którą przebić się łopatą to nie lada sztuka, więc kopaliśmy, wyrównywaliśmy, poziomowaliśmy. UFFF! Stoi sobie wreszcie basen i czeka na nagrzanie wody. Dzieci tupią wokół niego niecierpliwie, doczekać się nie mogą obiecanych plumkań:)
Wieczorem, po wyczerpującej pracy raczyliśmy się ciachem:)
Niedziela. Pomidory dalej czekają:)
Wymyśliłam obiad, przepyszny, prosty i szybki. Z kuchni węgierskiej w dodatku.
Przepisik? Proszę uprzejmie:)
Potrawa nazywa się Jajka na pomidorach.
Cebulkę pokroić w piórka, zeszklić na patelni. Lekko posolić. Na to wrzucić pokrojone w plastry pomidory. Lekko doprawić: sól, pieprz. Poddusić. Na to jajka, jak na sadzone. Lekko posolić, popieprzyć. Przykryć przykrywką i dusić do ścięcia się jaj. I już , gotowe.
Potrawa doskonała na lato, szybka, lekkostrawna. Można podać z pieczonymi ziemniaczkami i suróweczką, pycha:)
Zbyt skromnie??? A pokrójcie proszę bardzo kilka plastrów szynki wędzonej delikatnie, podsmażcie, i dopiero na to cebula, pomidory i jajka. Też dobrze, ale już nie jarsko:)))
A pomidorów nadal sporo zostało. Lubimy bardzo pomidory, pod każda postacią, ale dopóki dzieciaki chodzą do przedszkola odpadają nam typowe rodzinne obiadki. Więc tylkodlatego, sprawa pomidorów tak bardzo poruszana jest w niniejszym poście.
Jak wspomniałam, odkopałam jakiś czas temu przepis na ketchup. Pomidory jeszcze nie bardzo nadają się na przetwarzanie ich, jednak wyjścia nie było, zmarnować się nie mogą. Tak więc zabrałam się do pracy, sparzyłam, obrałam ze skórki 2,5 kg pomidorów, pokroiłam na ćwiartki. Do tego dorzuciłam jabłka, kwaśne, pokrojone na ćwiartki, z delikatnie wybranym gniazdem nasiennym, ale ze skórką. Następnie 0,5 kg cebuli starłam w malakserze na drobny mak:). Wszystko wrzuciłam do garnka i gotowałam na wolnym ogniu, aż do odparowania masy. Przyprawiłam: 2-oma łyżeczkami papryki słodkiej i ostrej, 1-ną płaską łyżeczką czarnego pieprzu, 0,5 szkl. cukru, 5 łyżkami stołowymi octu i 1i 1/2 łyżeczki soli. Na koniec wycisnęłam jeszcze 2 ząbki czosnku. Podgotowałam to jeszcze kilka minut. Przełożyłam do słoiczków, i pasteryzowałam.
I już, zrobione:). Pycha, nie wierzycie?, zróbcie same.
Jednak poczekajcie na sierpniowe pomidorki, najlepsze, najbardziej aromatyczne:)))
Taki ketchup lubi też wariacje na temat...Możecie na ten przykład przed podaniem wymieszać ten ketchup z posiekaną bazylią, możecie wymieszać ze śmietaną, myślę że ilu smakoszy, tyle pomysłów.
Apetycznie?
Pomidorów nadal trochę zostało. Dziś na obiad czysta POMIDOROWA:), Lekka, na skrzydełkach drobiowych. Z makaronem będzie podawana. A może chcecie posmakować kremowej, gęstej pomidorowej???
To polecam "zaklepkę" na mleku. Do szklanki wsypać ze 2-3 łyżki mąki, zalać mlekiem, dokładnie wymieszać i przelać do garnka z gotującą się zupą. Następnie w mleku rozbełtać jajko surowe, i tez do zupy. Podgotować jeszcze chwilkę. Ze tłusto??? Na mleku przecież, poza tym nie musicie:)). Smacznego.
I tyle w tomatach.
Mam dość. Czas wreszcie zrealizować się twórczo:) Jakieś rękodzieło szyciowe może, choć decu też czeka i się niecierpliwi. Oj, tyle planów... Będzie co robić i pokazywać.
Tymczasem pozdrawiam. Pędzę do pracy:)
A wszystkim zainteresowanym polecam stronkę http://www.oczarjk.pl/index.php?act=267/, znajdziecie tam mnóstwo pysznych przepisów na przetwory różane, różne, różniste niezwykle apetyczne:)))
Znalazłam ją w zeszłym roku, notatki z adresem schowałam żeby się nie zgubiło. Znalazłam w piątek, razem z przepisem keczupowym...
Bez komentarza.
Papapa:)))
Niby wyszłam z przetworów na jakiś czas, niby...
Bo od soboty na pomidorowo mnie wzięło. I nie tylko na grę "pomidorową" z dziećmi swymi.
Na obiadowo mnie wzięło. I przetworowo też. Znowu...
Po kolei.
Sobota. Pojęcia nie miałam co zrobić na obiad. To wymyśliłam, a jakże, rodzina głodna chodzić przecież nie może. Zrobiłam lazanię, mięsną, z sosem bolońskim, z resztką sera żółtego i sosem beszamelowym.
Zdjęcia nie zdążyłam zrobić. Zniknęła lazania, zostało wspomnienie. Smaku wspomnienie rzecz jasna:))
Hmmmm, ale co by tu zrobić z pomidorami których nakupiliśmy z Osobistym, najpierw on, potem ja...
Jakiś czas temu odkopałam przepis na ketchup. Nazywam go ketchupem Teścia, bo od niego ten przepis dostałam. Co ciekawsze teściem moim jeszcze wówczas nie był. Już jest. Dziś mija trzynaście lat mojego małżeństwa. Za kilka dni, osiemnaście lat od momentu poznania mojego męża, zleciało...:)))
No i co zrobiłam w sobotę??? No co???
Ciasto:) Truskawkowe z kremem i galaretką. Truskawki też miałam, do tego jeszcze koktail truskawkowy, też smaczny:)
Tego dnia nie zdążyłam już nic zdziałać pomidorowo. Bo...
Późnym popołudniem basen ustawialiśmy dla dzieci. No, może nie tylko dla dzieci. Liczymy że i my czasem poplumkamy się, schłodzimy nogi, ostudzimy myśli:) Jeśli dzieci pozwolą:). A że lubimy sobie życie "uprzyjemniać", to wymyśliliśmy aby basen w teren trochę wkopać, dla równości, bo nierówny mamy teren miejscami wieloma:). I wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że trawa na naszej działce jest strasznie mocno ukorzeniona. Darń o gęstości niezwykłej, przez którą przebić się łopatą to nie lada sztuka, więc kopaliśmy, wyrównywaliśmy, poziomowaliśmy. UFFF! Stoi sobie wreszcie basen i czeka na nagrzanie wody. Dzieci tupią wokół niego niecierpliwie, doczekać się nie mogą obiecanych plumkań:)
Wieczorem, po wyczerpującej pracy raczyliśmy się ciachem:)
Niedziela. Pomidory dalej czekają:)
Wymyśliłam obiad, przepyszny, prosty i szybki. Z kuchni węgierskiej w dodatku.
Przepisik? Proszę uprzejmie:)
Potrawa nazywa się Jajka na pomidorach.
Cebulkę pokroić w piórka, zeszklić na patelni. Lekko posolić. Na to wrzucić pokrojone w plastry pomidory. Lekko doprawić: sól, pieprz. Poddusić. Na to jajka, jak na sadzone. Lekko posolić, popieprzyć. Przykryć przykrywką i dusić do ścięcia się jaj. I już , gotowe.
Potrawa doskonała na lato, szybka, lekkostrawna. Można podać z pieczonymi ziemniaczkami i suróweczką, pycha:)
Zbyt skromnie??? A pokrójcie proszę bardzo kilka plastrów szynki wędzonej delikatnie, podsmażcie, i dopiero na to cebula, pomidory i jajka. Też dobrze, ale już nie jarsko:)))
A pomidorów nadal sporo zostało. Lubimy bardzo pomidory, pod każda postacią, ale dopóki dzieciaki chodzą do przedszkola odpadają nam typowe rodzinne obiadki. Więc tylkodlatego, sprawa pomidorów tak bardzo poruszana jest w niniejszym poście.
Jak wspomniałam, odkopałam jakiś czas temu przepis na ketchup. Pomidory jeszcze nie bardzo nadają się na przetwarzanie ich, jednak wyjścia nie było, zmarnować się nie mogą. Tak więc zabrałam się do pracy, sparzyłam, obrałam ze skórki 2,5 kg pomidorów, pokroiłam na ćwiartki. Do tego dorzuciłam jabłka, kwaśne, pokrojone na ćwiartki, z delikatnie wybranym gniazdem nasiennym, ale ze skórką. Następnie 0,5 kg cebuli starłam w malakserze na drobny mak:). Wszystko wrzuciłam do garnka i gotowałam na wolnym ogniu, aż do odparowania masy. Przyprawiłam: 2-oma łyżeczkami papryki słodkiej i ostrej, 1-ną płaską łyżeczką czarnego pieprzu, 0,5 szkl. cukru, 5 łyżkami stołowymi octu i 1i 1/2 łyżeczki soli. Na koniec wycisnęłam jeszcze 2 ząbki czosnku. Podgotowałam to jeszcze kilka minut. Przełożyłam do słoiczków, i pasteryzowałam.
I już, zrobione:). Pycha, nie wierzycie?, zróbcie same.
Jednak poczekajcie na sierpniowe pomidorki, najlepsze, najbardziej aromatyczne:)))
Taki ketchup lubi też wariacje na temat...Możecie na ten przykład przed podaniem wymieszać ten ketchup z posiekaną bazylią, możecie wymieszać ze śmietaną, myślę że ilu smakoszy, tyle pomysłów.
Apetycznie?
Pomidorów nadal trochę zostało. Dziś na obiad czysta POMIDOROWA:), Lekka, na skrzydełkach drobiowych. Z makaronem będzie podawana. A może chcecie posmakować kremowej, gęstej pomidorowej???
To polecam "zaklepkę" na mleku. Do szklanki wsypać ze 2-3 łyżki mąki, zalać mlekiem, dokładnie wymieszać i przelać do garnka z gotującą się zupą. Następnie w mleku rozbełtać jajko surowe, i tez do zupy. Podgotować jeszcze chwilkę. Ze tłusto??? Na mleku przecież, poza tym nie musicie:)). Smacznego.
I tyle w tomatach.
Mam dość. Czas wreszcie zrealizować się twórczo:) Jakieś rękodzieło szyciowe może, choć decu też czeka i się niecierpliwi. Oj, tyle planów... Będzie co robić i pokazywać.
Tymczasem pozdrawiam. Pędzę do pracy:)
A wszystkim zainteresowanym polecam stronkę http://www.oczarjk.pl/index.php?act=267/, znajdziecie tam mnóstwo pysznych przepisów na przetwory różane, różne, różniste niezwykle apetyczne:)))
Znalazłam ją w zeszłym roku, notatki z adresem schowałam żeby się nie zgubiło. Znalazłam w piątek, razem z przepisem keczupowym...
Bez komentarza.
Papapa:)))
16 czerwca 2010
Ojejku:)
Jak w tytule, ojejku, się zaróżowiłam i zaróżowałam:)
W poniedziałek od świtu niemalże wzięłam się za przetworzenie:) Przetworzyłam otóż płatki róż, i to co już siedziało sobie w słoju od kilku dni. Siedziało, mocy nabierało.
Mowa o... płatkach róż:). Również, też:). Monotematycznie dziś będzie, ostrzegam lojalnie.
Płatki, pisałam o nich we wcześniejszym poście, mocy nabierały od kilku dni. Kolor wytrącił się z nich nieprzyzwoicie babski:). Nie powiem żebym się przy tym specjalnie spracowała. Co to to nie.
Zerwać płatki to, za przeproszeniem, każdy głupi potrafi. Syropkiem słodziutkim zalać też. Żadna to filozofia przecież. Przelać po naciągnięciu do buteleczek też żadna sztuka, ważne by celować dobrze coby się nie rozlały skarby różowe. Ewentualne dolanie procentów tez nie nastręcza większych problemów, no chyba że wieku się nie ma po temu odpowiedniego... ale to mnie nie dotyczy, więc lałam:)
Ale potem... . Potem to już się dzieje.
Dzieje się za sprawą skąpstwa. Mojego rzecz jasna, albowiem płateczki po naciągnięciu aromatu sporo jeszcze posiadają, można zatem, wręcz należy je wykorzystać, i basta! Nie wyrzucę, skoro ranną rosą zbierałam, pająki z twarzy swej ściągałam, żuczki i inne stwory różolubne z płatków eksmitowałam. I ma sie to marnować??? Nie, nie i jeszcze raz nie!
Uczyniłam to co w tej sytuacji uczynić winnam, przetworzyłam! Ba, więcej nawet, dorobiłam przetworzenia sobie jeszcze. To co w słoju to przysłowiowy już i modny szalenie pikuś, Pan Pikuś. Ja, romantyczka od siedmiu boleści, poszłam w poniedziałkowy poranek po kolejną partię płateczków. Po co spytacie??? Bom zachłanna, już nie tylko skąpa, zachłanna zachłannością skąpca!
Wymyśliłam sobie że z płatków konfiturek przetworzę. Nazbierałam płatków 3,5 litra. Bo przepis mam na litry, nie na kilogramy - NA SZCZĘŚCIE! I zaczęłam ucieranie. Początkowo z zapałem i swadą ułańską, po półgodzinie zgubiłam swadę, został jeszcze zapał, po kolejnej półgodzinie zapał też zaczął mnie opuszczać...
Dotrwałam jednak bo w międzyczasie upór wkroczył, po ułańsku:). Po 2 godzinach UTARŁAM!!! Ułan zwiał. Zachłanność zaspokojona.
Teraz już rozumiecie skąd tytułowe OJEJKU!:)))
Żeby to był koniec. Wspominałam jeszcze o siedzącym we mnie o skąpcu. Spojrzał on moimi oczyma na te płatki odcedzone z syropku, takie jeszcze aromatyczne, rozsiewające woń perfumerii wokoło. Westchnął ten ułan głuptasek, bo zajrzał właśnie do kuchni, i zapłakał bo wiedział już co go czeka. Przesypał te płatki ponownie do odstawionej już makutry, cukru dosypnął, i... ucierać zaczął, ojejku, westchnął, ała, zakwilił...
Tym razem jednak szybciorem poszło. Tylko godzina i dwadzieścia minut! Ułan nieodwołalnie zwiał. Skąpiec zadowolony usiadł na zadzie. Kawkę wypił, mlasnął i po chwili wstał i zaczął te skarby upychać do słoiczków.
Sześć sztuk mu wyszło. Skąpiec i ten drugi, Zachłanny rozczarowany troszkę był, nie powiem. TYLKO sześć słoiczków? Tyle kręcenia, chlipania i zawodzenia i tylko sześć??? Ojejku...
na to odezwał się Rozum - inni nawet sześciu nie mają! O! I to prawda najprawdziwsza! Niektórzy nawet tego nie mają i nie rozpaczają a ty człecze masz tyle i jeszcze ci mało!
Jeden słoiczek się nie zamknął. Nie chciało mi się już szukać lepszej pokrywki. Wymyśliłam sobie że wykorzystam ów niedomknięty słoiczek i bułeczek jakichś upiekę. W tygodniu, żeby tak pracowicie dnia nie kończyć. Przelałam jeszcze różane procenty do butelek (3 półlitrowe i jedna ćwierćlitrowa - niezły zbiór!:)), i poszłam do pracy.
W pracy jak to w pracy, z dziećmi pracuję to i wymyślam. Pogoda fajna to na spacer wyciągnęłam towarzystwo. Patrzę, a tu bez czarny nareszcie rozkwitł! I już się cieszę na te syropki które naprodukuję.
Jutro, postanowiłam twardo! I wróciłam do pracy.
Ale coś nie dawało mi spokoju,wiecie, ten bez. No bo on teraz tak kwitnie sobie ładnie, a jakby przyszły burze??? Albo wiatry ogromne??? Może nawet sztorm jakiś! Nigdy nic nie wiadomo przecież, mamy takie zmiany klimatyczne! Ojejku! Takie straty!
I co zrobił Zachłanny, ciągle jak się okazało, towarzyszący mi w ów poniedziałek. No co??
Poszedł po pracy bzu narwać. Siatę wielką, ogromną przytachał. I co zrobił???
Rogaliki z konfiturą płatkową co to się nie zawekowała, żeby się nie zmarnowała!!!
Fotki już człek zmarnowany nie zrobił. Pary nie starczyło, ale pięknie w chałupie mu pachniało, ojejku jak pięknie:))).
Ok. godziny 22.00, począł Zachłanny syropu bzowego warzenie. Płukał kwiaty, odliczał do trzydziestu i przekładał do kadzi kamionkowej. 120 kwiatów narwał, wcześniej wodą zagotowaną, ostudzoną i ocukrzoną z kwasem cytrynowym zalał. Brakło mu jednak tej wody słodzonej, to siedział i gotował kolejne dwa litry, i tak godzina duchów go zastała. I przyszedł duch jakiś, pochylił się nad Zachłannym i rzekł jowialnie: GŁUPEK, postukał się w czoło i zniknął...
I rację miał.
Dziś wieczór przelewam syrop bzowy do butelek.
Zaraz zacznę je myć.
Jutro przetwarzam kolejne płatki róż, właściwie to co zostało z nastawu :P. Tym razem było 50dkg płatków:P. Płatki też utrę, żeby się nie zmarnowały (zachłanny jeszcze nie odpuszcza), a syrop przeleję do buteleczek, będzie smacznie i zdrowo zimą.
Wczoraj nadgarstki i dłonie odpoczywały. Skąpiec i Zachłanny gdzieś poszli w diabły. I świetnie!
Pewnie kogoś innego nękały.
Dziś sprzątam. Wieczorem przelewam. Jutro przetwarzam i kręcę:P
Postaram się skończyć przed godziną duchów, jakoś nie lubię gdy mi ubliżają:D
P.S. No i chyba zaczynam rozumieć wielbicieli koloru PINK, serio:) Piękne są te przetworzone przetwory, apetyczne i niezwykłe:))
P.S.II - syrop bzowy rozlałam do butelek godzinę przed pracą - 22 butelki mam:))))
Po pracy za truskawki się biorę, pozazdrościłam tej Matce co się nudzi i konfiturki tudzież dżemy przetworzę:)))
Różane buziaki Wam ślę:)))
W poniedziałek od świtu niemalże wzięłam się za przetworzenie:) Przetworzyłam otóż płatki róż, i to co już siedziało sobie w słoju od kilku dni. Siedziało, mocy nabierało.
Mowa o... płatkach róż:). Również, też:). Monotematycznie dziś będzie, ostrzegam lojalnie.
Płatki, pisałam o nich we wcześniejszym poście, mocy nabierały od kilku dni. Kolor wytrącił się z nich nieprzyzwoicie babski:). Nie powiem żebym się przy tym specjalnie spracowała. Co to to nie.
Zerwać płatki to, za przeproszeniem, każdy głupi potrafi. Syropkiem słodziutkim zalać też. Żadna to filozofia przecież. Przelać po naciągnięciu do buteleczek też żadna sztuka, ważne by celować dobrze coby się nie rozlały skarby różowe. Ewentualne dolanie procentów tez nie nastręcza większych problemów, no chyba że wieku się nie ma po temu odpowiedniego... ale to mnie nie dotyczy, więc lałam:)
Ale potem... . Potem to już się dzieje.
Dzieje się za sprawą skąpstwa. Mojego rzecz jasna, albowiem płateczki po naciągnięciu aromatu sporo jeszcze posiadają, można zatem, wręcz należy je wykorzystać, i basta! Nie wyrzucę, skoro ranną rosą zbierałam, pająki z twarzy swej ściągałam, żuczki i inne stwory różolubne z płatków eksmitowałam. I ma sie to marnować??? Nie, nie i jeszcze raz nie!
Uczyniłam to co w tej sytuacji uczynić winnam, przetworzyłam! Ba, więcej nawet, dorobiłam przetworzenia sobie jeszcze. To co w słoju to przysłowiowy już i modny szalenie pikuś, Pan Pikuś. Ja, romantyczka od siedmiu boleści, poszłam w poniedziałkowy poranek po kolejną partię płateczków. Po co spytacie??? Bom zachłanna, już nie tylko skąpa, zachłanna zachłannością skąpca!
Wymyśliłam sobie że z płatków konfiturek przetworzę. Nazbierałam płatków 3,5 litra. Bo przepis mam na litry, nie na kilogramy - NA SZCZĘŚCIE! I zaczęłam ucieranie. Początkowo z zapałem i swadą ułańską, po półgodzinie zgubiłam swadę, został jeszcze zapał, po kolejnej półgodzinie zapał też zaczął mnie opuszczać...
Dotrwałam jednak bo w międzyczasie upór wkroczył, po ułańsku:). Po 2 godzinach UTARŁAM!!! Ułan zwiał. Zachłanność zaspokojona.
Teraz już rozumiecie skąd tytułowe OJEJKU!:)))
Żeby to był koniec. Wspominałam jeszcze o siedzącym we mnie o skąpcu. Spojrzał on moimi oczyma na te płatki odcedzone z syropku, takie jeszcze aromatyczne, rozsiewające woń perfumerii wokoło. Westchnął ten ułan głuptasek, bo zajrzał właśnie do kuchni, i zapłakał bo wiedział już co go czeka. Przesypał te płatki ponownie do odstawionej już makutry, cukru dosypnął, i... ucierać zaczął, ojejku, westchnął, ała, zakwilił...
Tym razem jednak szybciorem poszło. Tylko godzina i dwadzieścia minut! Ułan nieodwołalnie zwiał. Skąpiec zadowolony usiadł na zadzie. Kawkę wypił, mlasnął i po chwili wstał i zaczął te skarby upychać do słoiczków.
Sześć sztuk mu wyszło. Skąpiec i ten drugi, Zachłanny rozczarowany troszkę był, nie powiem. TYLKO sześć słoiczków? Tyle kręcenia, chlipania i zawodzenia i tylko sześć??? Ojejku...
na to odezwał się Rozum - inni nawet sześciu nie mają! O! I to prawda najprawdziwsza! Niektórzy nawet tego nie mają i nie rozpaczają a ty człecze masz tyle i jeszcze ci mało!
Jeden słoiczek się nie zamknął. Nie chciało mi się już szukać lepszej pokrywki. Wymyśliłam sobie że wykorzystam ów niedomknięty słoiczek i bułeczek jakichś upiekę. W tygodniu, żeby tak pracowicie dnia nie kończyć. Przelałam jeszcze różane procenty do butelek (3 półlitrowe i jedna ćwierćlitrowa - niezły zbiór!:)), i poszłam do pracy.
W pracy jak to w pracy, z dziećmi pracuję to i wymyślam. Pogoda fajna to na spacer wyciągnęłam towarzystwo. Patrzę, a tu bez czarny nareszcie rozkwitł! I już się cieszę na te syropki które naprodukuję.
Jutro, postanowiłam twardo! I wróciłam do pracy.
Ale coś nie dawało mi spokoju,wiecie, ten bez. No bo on teraz tak kwitnie sobie ładnie, a jakby przyszły burze??? Albo wiatry ogromne??? Może nawet sztorm jakiś! Nigdy nic nie wiadomo przecież, mamy takie zmiany klimatyczne! Ojejku! Takie straty!
I co zrobił Zachłanny, ciągle jak się okazało, towarzyszący mi w ów poniedziałek. No co??
Poszedł po pracy bzu narwać. Siatę wielką, ogromną przytachał. I co zrobił???
Rogaliki z konfiturą płatkową co to się nie zawekowała, żeby się nie zmarnowała!!!
Fotki już człek zmarnowany nie zrobił. Pary nie starczyło, ale pięknie w chałupie mu pachniało, ojejku jak pięknie:))).
Ok. godziny 22.00, począł Zachłanny syropu bzowego warzenie. Płukał kwiaty, odliczał do trzydziestu i przekładał do kadzi kamionkowej. 120 kwiatów narwał, wcześniej wodą zagotowaną, ostudzoną i ocukrzoną z kwasem cytrynowym zalał. Brakło mu jednak tej wody słodzonej, to siedział i gotował kolejne dwa litry, i tak godzina duchów go zastała. I przyszedł duch jakiś, pochylił się nad Zachłannym i rzekł jowialnie: GŁUPEK, postukał się w czoło i zniknął...
I rację miał.
Dziś wieczór przelewam syrop bzowy do butelek.
Zaraz zacznę je myć.
Jutro przetwarzam kolejne płatki róż, właściwie to co zostało z nastawu :P. Tym razem było 50dkg płatków:P. Płatki też utrę, żeby się nie zmarnowały (zachłanny jeszcze nie odpuszcza), a syrop przeleję do buteleczek, będzie smacznie i zdrowo zimą.
Wczoraj nadgarstki i dłonie odpoczywały. Skąpiec i Zachłanny gdzieś poszli w diabły. I świetnie!
Pewnie kogoś innego nękały.
Dziś sprzątam. Wieczorem przelewam. Jutro przetwarzam i kręcę:P
Postaram się skończyć przed godziną duchów, jakoś nie lubię gdy mi ubliżają:D
P.S. No i chyba zaczynam rozumieć wielbicieli koloru PINK, serio:) Piękne są te przetworzone przetwory, apetyczne i niezwykłe:))
P.S.II - syrop bzowy rozlałam do butelek godzinę przed pracą - 22 butelki mam:))))
Po pracy za truskawki się biorę, pozazdrościłam tej Matce co się nudzi i konfiturki tudzież dżemy przetworzę:)))
Różane buziaki Wam ślę:)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































