wymyślić, gdy deszcz i wiatr zimny za oknem???
Otóż donoszę że dużo, a nawet BARDZO DUŻO!
Można umyć ścianę... ścierką do podłóg...
można też umyć okna, tą samą ścierką, a jeszcze lepiej gdy użyje się tej do pastowania...
można też na czystą (wreszcie) podłogę wylać pół litra wody po malowaniu plakatówką...
można robić niemiłe psikusy...
można trzaskać drzwiami, bo tak fajnie się zamykają gdy się użyje DUŻO siły...
można konewką ogrodową podlewać kwiaty w domu,
a potem udawać że z konewki pada deszcz ... w domu...
można siąść na krzesło i jeździć nim jak na koniu, po czym gdy się połamie próbować wepchnąć tenże połamany element do kominka - przecież się ładnie spali...
aaaa, i jeszcze można zrobić sobie piaskownicę w wiatrołapie, przecież na dworze pada...
Ale można też inaczej
na szczęście:)
Dziś kolejny raz okazało się jak kreatywnym człowiekiem jest mój pięcioletni syn.
Tiaaaa, te wszystkie powyżej wymienione "MOŻNA" przytrafiły się zupełnie "niechcący" Jasiowi, i prawie wszystkie dzisiejszego dnia... prawie, bo piaskownica, krzesło i konewka były tydzień wcześniej :P
Co jeszcze nie świadczy o niczym, wakacje ciągle trwają, i stale zapowiadają deszcze:P
Kreatywność Janka sięgnęła dziś wyżyn.
Przyznam szczerze że na dłuższą chwilę oniemiałam. Miało to już miejsce po posprzątaniu, względnym domyciu ścian, podłóg, okien, oględzinach drzwi, i najważniejsze mediacjach z poszkodowanymi w wyniku głupkowatych "psikusów".
Wreszcie Jaś usiadł (na MOMENT). I zadumał się na kamieniem (przez chwilę zaledwie).
Po czym wymyślił i zrobił:
Znacie gościa??? To postać z ulubionej bajki moich dzieci:) Baranek Shaun w całej swej twardej okazałości:)
Gdy zobaczyłam do czego zdolny jest mój synek i węsząc chwilowy spokój którego opary zachęcająco zaczynały snuć się na horyzoncie, szybciutko zaproponowałam stworzenie całego stada...
I tak powstało prawie stado owiec:) Ma być stworzony jeszcze pies pasterski... Na razie jak się przed chwilą dowiedziałam stado zostało przetrzebione. Dwie owce potajemnie zmieniły hodowcę... za pieniądze:>
Choć nadal widoki na rozrost stada są obiecujące.
Kilo kamieni czeka na przeobrażenie :)))
A ja mam nadzieję na kreatywnie spędzony czas z Jankiem PRZY SOBIE, znaczy na OKU !!!
Pozdrawiam ciepło:)
10 sierpnia 2011
8 sierpnia 2011
Byłam
Wszyscy którzy mnie znają, wiedzą że mam lekkiego fisia.
Fiś mój jest raczej nieszkodliwy, czasem tylko odbija się na zdrowiu, przeważnie moim na szczęście, niemniej jest, trwa sobie przy mnie i odzywa się co jakiś czas. I nie pozostaje bez wpływu na resztę rodziny :)
Osobisty twierdzi w takich razach że zamieniam się w samolot;)
Ja uważam że jest to "chodzony" bardziej. Jak zwał tak zwał, jedno jest pewne, fiś mój jest niegroźny!
Bo ja fisia mam na punkcie TURYSTYKI.
Zresztą, nie bez przyczyny jednym z moich zawodów jest (ostrzegam, długa nazwa!): operator ruchu turystycznego. Nigdy nie przepracowany, no może za wyjątkiem obecnej pracy gdy przygotowuję jakieś wycieczki dla dzieciaków z gminy, a nabyte wcześniej umiejętności przydają się. Ale to drobiazg, bez znaczenia.
Znaczenie ma to co tu i teraz:) Bo ja mam znowu plany:)
Zaplanowałam bowiem kolejny wyjazd. Potrzebne mi będą tylko wolne dni, wystarczy siedem, dobrze by było więcej, ale nie wiem czy się uda, na razie nie zdradzę szczegółów żeby nie zapeszyć. Bo z tym pechem to też trzy światy mam:P
Pamiętacie jak wspominałam że wybieramy się na rodzinny spływ kajakowy??? A pamiętacie że zrezygnowaliśmy ze względu na pogodę, a dokładniej na ryzyko jej braku ??? Wreszcie, widzieliście co się działo przez ostatni tydzień?????
Osobiście uważam że było fajnie bo przypadała owa PIĘKNA pogoda na czas naszego niezwykle krótkiego urlopu. Jednak gdzieś w głowie kłębiły się od czasu do czasu straszliwe inwektywy pod adresem tejże zdradzieckiej, bo jednak ten spływ... Ech, taki nasz pech... Zresztą, kiedyś również pisałam o naszym pechu pogodowym, nie będę się zatem powtarzała, jest to przypadłość która jest typowa szczególnie dla nas. Zauważyłam jednak że pojawia się ona głównie wtedy gdy wakacje spędzić mamy sami, bez osób uatrakcyjniających pobyt w postaci naszych dobrych znajomych z przychówkiem (to ta atrakcja, rozumiecie przychówek + przychówek = prawie święty spokój :)))
Noooo i oczywiście, a właściwie NA SZCZĘŚCIE !!! Pogoda była jak marzenie, można było podjąć ryzyko spływu, czego jak wiadomo nie zaryzykowaliśmy. Pluć sobie w brodę nie pluję, co to to nie. W sumie, w ogólnym bilansie wypadliśmy całkiem nieźle. W dodatku byliśmy SAMI, bez tych dodatkowych atrakcji ;))
Mało że pogoda świetna, to z czystym sumieniem mogę polecać miejsce w którym spędziliśmy razem te kilka dni, a dokładniej kwaterę którą okupowaliśmy:)))
Jak wiadomo, ponownie wakacje spędziliśmy nad morzem. Tylko tym razem nad tym prawdziwym, nie zatokowym:)
Byliśmy w Jastrzębiej Górze.
Sama Jastrzębia to typowa nadmorska wieś letniskowa, kto był ten wie, żadne cudo. Dla nas ma niezaprzeczalny walor, jest stosunkowo blisko, a wokół sporo atrakcji turystycznych:)
Bawiliśmy się świetnie, moje zapędy turystyczne również mogły zostać zrealizowane. Rodzina zadowolona, czas spędzony ciekawie, intensywnie i RODZINNIE, było naprawdę fajnie.
Było fajnie i w Jastrzębiej, i na Helu, nawet na statku którym pływaliśmy, choć większą furorę wzbudziło muzeum Obrony Wybrzeża. Ach te czołgi, armaty, karabiny, miny, bomby i rakiety, te wszystkie żołnierskie pamiątki :))) A plaże Juraty czy Jastarni!!! Bajka!
W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Gdynię, a tam najważniejsze ( i niestety popularne niezwykle), SUPERSTATKI i akwarium. Dzieciska przeszczęśliwe.
Choć przyznać trzeba iż Janko mierzył swe szczęście własną miarą: od atrakcji o atrakcji. Pomiędzy pojawiały się zgrzyty w postaci niemożności Jankowego samookreślenia się, a polegające na ciągłym i donośnym (!) rozpatrywaniu kwestii: "ale ja chcę" po czym zazwyczaj natychmiast następował nagły zwrot o 180 stopni: "ale ja nie chcę"!!! Zaznaczyć muszę że podobne dylematy towarzyszyły Jankowi podczas całego naszego wakacyjnego pobytu, i nigdy nie zostało dokładnie określone czego to Janko NIE CHCE lub CO CHCE, bowiem wszystkie atrakcje turystyczne były przyjmowane z niezwykłym entuzjazmem i ciekawością, no i morze - najfajniejszy basen świata :)))) A owo chcenie i niechcenie to temat ciągle jeszcze niezrozumiały i nieodkryty, zarówno dla nas jak i samego Janka ;))
TO chyba mija??? Mam taką nadzieję :P
Zanim przejdę do clou dzisiejszego wpisu, podzielę sie pewnym wspomnieniem.
Otóż, dwukrotnie w swoim życiu byłam w Wiedniu. Przy okazji "chodzonego", aczkolwiek był wówczas ON zorganizowany :) Prócz zwiedzania tego co w Wiedniu najważniejsze, dodatkową atrakcją był słynny Prater, a tam ogromny lunapark. Co jest najbardziej widoczne na Praterze? Oczywiście Diabelskie Koło. Jest przeogromne, nigdy nie miałam odwagi skorzystać z tej atrakcji, mam lęk wysokości. Samoleczony zresztą w górach :) Niemniej w drodze na Hel, przejeżdżając przez Władysławowo ujrzałam Diabelskie Koło!!! W związku z żalem niespełnienia, towarzyszącym mi za każdym razem gdy wspomniałam owo wiedeńskie diabelstwo, postanowiłam w drodze powrotnej wleźć na to władysławowskie ustrojstwo i wreszcie spełnić swe marzenie, mimo tych wszystkich wieloletnich obaw.
I wlazłam, i pooooooojechałam do góry, w dodatku sama z dziećmi, bo się Osobisty zbiesił i zaparł że on to nie, bo już gdzieś w świecie był na takim czymś, i wcale mu się nie podobało.
Drżąc o dzieci, drżąc od własnych obaw, nie rozglądając się zbytnio no bo ten lęk, i pilnie stosując się do rad własnych dzieci: NIE PATRZ MAMA W DÓŁ, znalazłam się na górze. I nie mogłam się doczekać żeby zjechać na dół:))) No, byłam, zobaczyłam i już nie muszę TAM bywać:)
Dzieci chciałyby jeszcze, ale noc już była (NA SZCZĘŚCIE!), więc odpuściły, szczególnie że miały w perspektywie gofry (UFFFF!) :))))
Ja BYŁAM!
Teraz wspomniane CLOU wpisu.
Zdjęcia, wykonane przy okazji naszych wakacyjnych eskapad:)
Teraz okropnie żałuję że nie wykonałam reportażu z tego Jankowego "chcenianiechcenia ", byłby świetny materiał, na pamiątkę i doskonałe wypominanki w przyszłości:))))
I koniec, wróciliśmy, na razie pobędziemy w domu, co dalej przyszłość pokaże :)))
Jeszcze "chodzony" nie zaparkował ostatecznie :))))
Pozdrawiam ciepło.
Fiś mój jest raczej nieszkodliwy, czasem tylko odbija się na zdrowiu, przeważnie moim na szczęście, niemniej jest, trwa sobie przy mnie i odzywa się co jakiś czas. I nie pozostaje bez wpływu na resztę rodziny :)
Osobisty twierdzi w takich razach że zamieniam się w samolot;)
Ja uważam że jest to "chodzony" bardziej. Jak zwał tak zwał, jedno jest pewne, fiś mój jest niegroźny!
Bo ja fisia mam na punkcie TURYSTYKI.
Zresztą, nie bez przyczyny jednym z moich zawodów jest (ostrzegam, długa nazwa!): operator ruchu turystycznego. Nigdy nie przepracowany, no może za wyjątkiem obecnej pracy gdy przygotowuję jakieś wycieczki dla dzieciaków z gminy, a nabyte wcześniej umiejętności przydają się. Ale to drobiazg, bez znaczenia.
Znaczenie ma to co tu i teraz:) Bo ja mam znowu plany:)
Zaplanowałam bowiem kolejny wyjazd. Potrzebne mi będą tylko wolne dni, wystarczy siedem, dobrze by było więcej, ale nie wiem czy się uda, na razie nie zdradzę szczegółów żeby nie zapeszyć. Bo z tym pechem to też trzy światy mam:P
Pamiętacie jak wspominałam że wybieramy się na rodzinny spływ kajakowy??? A pamiętacie że zrezygnowaliśmy ze względu na pogodę, a dokładniej na ryzyko jej braku ??? Wreszcie, widzieliście co się działo przez ostatni tydzień?????
Osobiście uważam że było fajnie bo przypadała owa PIĘKNA pogoda na czas naszego niezwykle krótkiego urlopu. Jednak gdzieś w głowie kłębiły się od czasu do czasu straszliwe inwektywy pod adresem tejże zdradzieckiej, bo jednak ten spływ... Ech, taki nasz pech... Zresztą, kiedyś również pisałam o naszym pechu pogodowym, nie będę się zatem powtarzała, jest to przypadłość która jest typowa szczególnie dla nas. Zauważyłam jednak że pojawia się ona głównie wtedy gdy wakacje spędzić mamy sami, bez osób uatrakcyjniających pobyt w postaci naszych dobrych znajomych z przychówkiem (to ta atrakcja, rozumiecie przychówek + przychówek = prawie święty spokój :)))
Noooo i oczywiście, a właściwie NA SZCZĘŚCIE !!! Pogoda była jak marzenie, można było podjąć ryzyko spływu, czego jak wiadomo nie zaryzykowaliśmy. Pluć sobie w brodę nie pluję, co to to nie. W sumie, w ogólnym bilansie wypadliśmy całkiem nieźle. W dodatku byliśmy SAMI, bez tych dodatkowych atrakcji ;))
Mało że pogoda świetna, to z czystym sumieniem mogę polecać miejsce w którym spędziliśmy razem te kilka dni, a dokładniej kwaterę którą okupowaliśmy:)))
Jak wiadomo, ponownie wakacje spędziliśmy nad morzem. Tylko tym razem nad tym prawdziwym, nie zatokowym:)
Byliśmy w Jastrzębiej Górze.
Sama Jastrzębia to typowa nadmorska wieś letniskowa, kto był ten wie, żadne cudo. Dla nas ma niezaprzeczalny walor, jest stosunkowo blisko, a wokół sporo atrakcji turystycznych:)
Bawiliśmy się świetnie, moje zapędy turystyczne również mogły zostać zrealizowane. Rodzina zadowolona, czas spędzony ciekawie, intensywnie i RODZINNIE, było naprawdę fajnie.
Było fajnie i w Jastrzębiej, i na Helu, nawet na statku którym pływaliśmy, choć większą furorę wzbudziło muzeum Obrony Wybrzeża. Ach te czołgi, armaty, karabiny, miny, bomby i rakiety, te wszystkie żołnierskie pamiątki :))) A plaże Juraty czy Jastarni!!! Bajka!
W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Gdynię, a tam najważniejsze ( i niestety popularne niezwykle), SUPERSTATKI i akwarium. Dzieciska przeszczęśliwe.
Choć przyznać trzeba iż Janko mierzył swe szczęście własną miarą: od atrakcji o atrakcji. Pomiędzy pojawiały się zgrzyty w postaci niemożności Jankowego samookreślenia się, a polegające na ciągłym i donośnym (!) rozpatrywaniu kwestii: "ale ja chcę" po czym zazwyczaj natychmiast następował nagły zwrot o 180 stopni: "ale ja nie chcę"!!! Zaznaczyć muszę że podobne dylematy towarzyszyły Jankowi podczas całego naszego wakacyjnego pobytu, i nigdy nie zostało dokładnie określone czego to Janko NIE CHCE lub CO CHCE, bowiem wszystkie atrakcje turystyczne były przyjmowane z niezwykłym entuzjazmem i ciekawością, no i morze - najfajniejszy basen świata :)))) A owo chcenie i niechcenie to temat ciągle jeszcze niezrozumiały i nieodkryty, zarówno dla nas jak i samego Janka ;))
TO chyba mija??? Mam taką nadzieję :P
Zanim przejdę do clou dzisiejszego wpisu, podzielę sie pewnym wspomnieniem.
Otóż, dwukrotnie w swoim życiu byłam w Wiedniu. Przy okazji "chodzonego", aczkolwiek był wówczas ON zorganizowany :) Prócz zwiedzania tego co w Wiedniu najważniejsze, dodatkową atrakcją był słynny Prater, a tam ogromny lunapark. Co jest najbardziej widoczne na Praterze? Oczywiście Diabelskie Koło. Jest przeogromne, nigdy nie miałam odwagi skorzystać z tej atrakcji, mam lęk wysokości. Samoleczony zresztą w górach :) Niemniej w drodze na Hel, przejeżdżając przez Władysławowo ujrzałam Diabelskie Koło!!! W związku z żalem niespełnienia, towarzyszącym mi za każdym razem gdy wspomniałam owo wiedeńskie diabelstwo, postanowiłam w drodze powrotnej wleźć na to władysławowskie ustrojstwo i wreszcie spełnić swe marzenie, mimo tych wszystkich wieloletnich obaw.
I wlazłam, i pooooooojechałam do góry, w dodatku sama z dziećmi, bo się Osobisty zbiesił i zaparł że on to nie, bo już gdzieś w świecie był na takim czymś, i wcale mu się nie podobało.
Drżąc o dzieci, drżąc od własnych obaw, nie rozglądając się zbytnio no bo ten lęk, i pilnie stosując się do rad własnych dzieci: NIE PATRZ MAMA W DÓŁ, znalazłam się na górze. I nie mogłam się doczekać żeby zjechać na dół:))) No, byłam, zobaczyłam i już nie muszę TAM bywać:)
Dzieci chciałyby jeszcze, ale noc już była (NA SZCZĘŚCIE!), więc odpuściły, szczególnie że miały w perspektywie gofry (UFFFF!) :))))
Ja BYŁAM!
Teraz wspomniane CLOU wpisu.
Zdjęcia, wykonane przy okazji naszych wakacyjnych eskapad:)
Teraz okropnie żałuję że nie wykonałam reportażu z tego Jankowego "chcenianiechcenia ", byłby świetny materiał, na pamiątkę i doskonałe wypominanki w przyszłości:))))
I koniec, wróciliśmy, na razie pobędziemy w domu, co dalej przyszłość pokaże :)))
Jeszcze "chodzony" nie zaparkował ostatecznie :))))
Pozdrawiam ciepło.
1 sierpnia 2011
Przed
W szybkim tempie dziś, bowiem czeka mnie pakowanie i ostatnie prace porządkowe ponieważ jutro
Prochu nie wymyśliłam, to najzwyklejsze przewlekanki, w które nie zdążyłam się zaopatrzyć w sposób tradycyjny - czyli w sklepie. Toteż przeglądając wczorajszą wieczorową porą gry, które ewentualnie chciałabym zabrać na wszelki i niepogodny wypadek, pożałowałam iż nie posiadam owych przewlekanek, toż idealne na nudę, i łatwe do zabawy w czasie podróży! Niewiele myśląc, sprawdziłam ilość posiadanego materiału i zmalowałam nocną porą. I są. Mam nadzieję że skutecznie zajmą dzieci na czas jakiś... może nawet dłuższy ? Dodałam jeszcze kilkanaście kolorów wstążek, które to Osobisty, osobiście "zaklepał" na końcówkach. Teraz możemy jechać:)))))
Na czas naszego wyjazdu prócz wszystkiego co niezbędne na wyjeździe, przygotowuję także dom, oraz nasz ogród warzywny.
Nie wiem kiedy się doczekam jego wykończenia :P Właściwie jest już na dobrej drodze aby cieszyć również oko, nie tylko podniebienie. Do ukończenia i spełnienia mojej wizji potrzeba tylko kilku woreczków z drobnym kamyczkiem, może po urlopie???
Żegnam się miło, pozdrawiam ciepło wszystkich zaglądających, a Tym z Was którzy zaczynają swoje urlopy POGODY życzę :)))
Przy okazji - w imieniu Tosi serdecznie dziękuję za życzenia urodzinowe - rzekłam co kazano :)))))
WYJEŻDŻAMY!!!
Krótki tegoroczny urlop mamy, jednak zdecydowaliśmy się na wybycie z domu, dla zmiany klimatu, otoczenia i oderwania się od codzienności:)
Niestety, ze względu na pogodę, a dokładniej jej brak nie jest to nasza wymarzona wyprawa kajakowa, nad czym boleję straszliwie :((( Dzieci zresztą też, zdążyły już obgadać gdzie kto siedzi w kajaku, co ze sobą zabierają, co TAM działać będą wespół zespół... i klapa :P
Dziś obudziło nas słoneczko, jakby na złość :P
Jednak nie chcemy ryzykować, kajaki zostawiamy na inny czas, natomiast wybywamy nad morze.
Też fajnie, woda jest, piachu pod dostatkiem, czyli wszystko czego małe misie potrzebują najbardziej :)
Duże się dostosują. Bo duże wolałyby z braku laku góry, ale ten urlop taki krótki :P
Morze bliżej, choć to "prawdziwe" nieco dalej, bo wybieramy się ta razą nad pełne morze, co by zapoznać nowe okolice, nałykać się w szalonym pędzie jodu, a najważniejsze, pobyć razem :)))
Na czas podróży, szybciorem i wczorajszą nocną porą wymyśliłam "zaprzątajki", takie CÓŚ co ma za zadanie odsunąć w niepamięć wszelkie niedogodności podróży, i odwlec na dłużej nieśmiertelne i nieco wkurzające: "daleko jeszcze ?!?!?!"
Oto owe "zaprzątajki":
Prochu nie wymyśliłam, to najzwyklejsze przewlekanki, w które nie zdążyłam się zaopatrzyć w sposób tradycyjny - czyli w sklepie. Toteż przeglądając wczorajszą wieczorową porą gry, które ewentualnie chciałabym zabrać na wszelki i niepogodny wypadek, pożałowałam iż nie posiadam owych przewlekanek, toż idealne na nudę, i łatwe do zabawy w czasie podróży! Niewiele myśląc, sprawdziłam ilość posiadanego materiału i zmalowałam nocną porą. I są. Mam nadzieję że skutecznie zajmą dzieci na czas jakiś... może nawet dłuższy ? Dodałam jeszcze kilkanaście kolorów wstążek, które to Osobisty, osobiście "zaklepał" na końcówkach. Teraz możemy jechać:)))))
Nie są szczytem urody i dokładnością wykonania. działałam z materiałów posiadanych w domu w ilościach sporych, aczkolwiek materiałowi owemu daleko do ideału, bo zwykła to płyta pilśniowa. Nie mniej z braku laku... Z barku czasu obrazki malowane również w nocy, dziś dziurkowane wiertarką, a wiadomo jak dziurka wygląda w pilśniówce... Cóż, następne będą doskonalsze, bo nie robione na ostatnia chwilę, tymczasem sa jakie są, oby zdały egzamin :)
Na czas naszego wyjazdu prócz wszystkiego co niezbędne na wyjeździe, przygotowuję także dom, oraz nasz ogród warzywny.
Nie wiem kiedy się doczekam jego wykończenia :P Właściwie jest już na dobrej drodze aby cieszyć również oko, nie tylko podniebienie. Do ukończenia i spełnienia mojej wizji potrzeba tylko kilku woreczków z drobnym kamyczkiem, może po urlopie???
Tymczasem naprędce ogarnięty ogród odwdzięczył się pięknie wybujałymi ziołami, dziś rankiem zebranymi, powiązanymi w kępki i zawieszonymi do suszenia.
Mianowicie, z braku zielarki "podsufitowej" powiesiłam ziółka na lampie wiszącej nad stołem w jadalni, i powiem szczerze, fajnie to wygląda, ponadto nieziemskie aromaty będą nam dziś towarzyszyć podczas obiadu, sama przyjemność :)))
Kolejny zapach do kolekcji zapachów ziołowych unoszących się w domu:)
Zrobiłam sobie spory bukiet do dekoracji sypialni.
Zapach lata zatrzymany na dłużej:)
Zapach lata zatrzymany na dłużej:)
Żegnam się miło, pozdrawiam ciepło wszystkich zaglądających, a Tym z Was którzy zaczynają swoje urlopy POGODY życzę :)))
Przy okazji - w imieniu Tosi serdecznie dziękuję za życzenia urodzinowe - rzekłam co kazano :)))))
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































