Potworzę, ciągle, z niesłabnącym (nie rozumiem czemu?!?!) entuzjazmem potworzę.
Wciąż szukam nowych przepisów, inspiracji, i w międzyczasie (gości mam chałupę pełną, na szczęście rodzina najbliższa:)), potworzę. Zapycham słoje, słoiki i słoiczki wszystkimi kolorami obecnie dostępnymi. Wszystkimi smakami ulubionymi przez mła i familię. Miącham, smakuję, pasteryzuję i nieźle się z tym czuję:)
Dziwne...
Wtorek. Ranek spędziłam na ryneczku gdzie zaopatrzyłam się w warzywka.
Wiem, mam ogródek, no, ale mówiłam też że przecież nie mam w nim "hodowli zimowej":) No, teraz rozumiecie skąd ta ksywka mojego warzywniaka: "ogródek leniwej gospodyni" :D.
Nie powiem pomidory latoś obrodziły, pięknie i dorodnie nawet:)
I ogóreczki startują, co to je siałam DWA razy!!!
Kabaczki i cukinie też są dla nas łaskawe:
I sałaty udane, tu rokietta. Rukola namiętnie pożerana , podobnie jak lodowa - choć w jej przypadku to niezwykle wierni "psyjaciele" Janka chętnie pomagali w jej znikaniu z grządek:) (ślimaki znaczy)
Lubimy warzywka, bardzo, dzięki czemu nie dziwne u nas takie obiadki...
w postaci takiej warzywnej zapiekaneczki, co to ją zapodałam w ubiegłym tygodniu:)
Ziemniaczki pokroić w plasterki, krótko podsmażyć na patelni, przełożyć do naczynia żaroodpornego i dodać np.: cukinię w półtalarkach, pomidorki koktajlowe, cebulkę w piórka skrojoną, ziółka wszelakie: prowansalskie na przykład, i świeże z ogródka: tymianek i rozmaryn, i soli troszkę i pieprzu. A potem można zalać śmietanką z jajeczkiem i do piekarnika. Pod przykryciem ze 35 minut w temp. 180 stopni (z termoobiegiem), a potem jeszcze można sypnąć serkiem żółtym starkowanym. Pycha, która nie zapycha :DDD
A potwory w słoikach? Ot, takie skromne i smaczne wielce:)
Koreczki ogórkowe, co to u mnie w ogóle nie koreczkowe są. Bo ja na mniejsze :elementy" ogórki kroję, znaczy cieńsze plasterki. Wbrew opisowi, szybko się robi, i smaczne są bardzo:)
Przepis: 4 kg ogórków, 3 papryki (czerwone i żółte), 1 korzeń selera, 1 duża cebula.
Ogórki w grube plastry skroić, paprykę w paseczki, cebulę w piórka i seler w paseczki cieniutkie, wymieszać.
Zalać wszystko solanką: 1 szklanka soli kamiennej, 10 szklanek wody - zostawić w niej warzywa na 3 godziny. W tym czasie można umyć słoiki i obiad ugotować, aaaa, i jeszcze zalewę do koreczków przygotować: 2 szklanki octu, 3 szklanki cukru, 4 szklanki wody, 1 łyżka ziela angielskiego :))). Następnie, warzywka odcedzić, przełożyć do słoików,zalać zalewą i pasteryzować 5 min. I już, uwierzcie, niekłopotliwe w przygotowaniu, i smaczne szalenie:))
Ładne, kolorowe i smaczne:)))
Wspominałam że jesień nadciąga.Oto kolejny dowód:
Zdjęcie zrobiłam gdy wracałam któregoś wieczora od koleżanki, stąd mgły, szczególnie że wcześniej deszczyk też popadał.
W międzyczasie ubiegłego tygodnia dziatwę do pracy zagoniłam:)
Choć Janka gonić specjalnie nie musiałam. Zachęcać też, sam mi deseczkę wyrywał i szlifowaniem się zajął. Wieczorową porą deseczkę huśtaną wreszcie zrobiłam wespół zespół z synem, a gładziutko pod pupami po Jankowym szlifowaniu! :). Nareszcie jest też sprawiedliwie, i dwie DOROSŁE huśtawki wiszą! Wcześniej była jedna "dziecięca", z oparciem. Teraz nareszcie oba nasze potomki zadowolone, i wyścigi sobie robią kto szybciej się rozbuja, lub kto wyżej "huśtnie" (nowy słowotwór Johna).
Chociaż... niby nie wypada, ale dla sprawiedliwości dodać trzeba, iż Toś nasz raczej wykazuje cechy dziewczęcia w niedzielę urodzonego:)
Gdy młodszy brat pracował, ona oddawała się:
Z radością wielką pływała sobie z ojcem swym w basenie przydomowym :)
A huśtawka sobie wisi :D
Zresztą, igraszki wodne towarzyszą nam od początku tych wakacji. Jak nie basen, to jezioro:
W którym dzieci uskuteczniają naukę pływania, skakania do wody z pomostu, oraz denerwowania matki nurkowaniem...
Podobnie dzieje się nad morzem. Ponownie odwiedziliśmy w minioną niedzielę Jantar, gdzie:
I to chyba były ostatnie tak ciepłe dni:( Od wczoraj bowiem deszcz u nas, dziś wręcz co chwila leci woda z nieba. Słońca nie widać, ponuro się zrobiło:(
I tyle. Nie mam czasu żeby rękodzielniczo podziałać. Dużo się dzieje, i grzyby sie pojawiają w okolicznych lasach, a ja maniaczką grzybową jestem, i oprzeć się nie mogę, to i leżą odłogiem moje prace napoczęte Stoją i czekają na lepszy czas. A, i na jeżyny trzeba jeszcze wyskoczyć...
Jakoś to będzie:)))
Pozdrawiam cieplutko:D
19 sierpnia 2010
13 sierpnia 2010
Potwory
... O! Przetwory, przepraszam :P
Znowu narobiłam, i jeszcze dorabiać będę. Ale o tym "jeszcze" kiedy indziej, jak zrobię:)
Tą razą przedstawiam konfitury z owoców róży, co to już o nich pisałam. Teraz sobie leżą grzecznie w słoiczkach i na razie ... wyglądają:) A zapewniam, wyglądają apetycznie:)
Na zdjęciu wszystko co do wczoraj zrobiłam z owoców różanych. Czyli od lewej: syrop leczniczy (się sprawdzi czy pomocniczy w choróbskach:P); naleweczka - wg przepisu również lecznicza :D; i rzeczone konfitury:)
NALEWKA Z OWOCÓW RÓŻY

Znowu narobiłam, i jeszcze dorabiać będę. Ale o tym "jeszcze" kiedy indziej, jak zrobię:)
Tą razą przedstawiam konfitury z owoców róży, co to już o nich pisałam. Teraz sobie leżą grzecznie w słoiczkach i na razie ... wyglądają:) A zapewniam, wyglądają apetycznie:)
Na zdjęciu wszystko co do wczoraj zrobiłam z owoców różanych. Czyli od lewej: syrop leczniczy (się sprawdzi czy pomocniczy w choróbskach:P); naleweczka - wg przepisu również lecznicza :D; i rzeczone konfitury:)
Przepisy? Służę, co mi tam, choć korzystałam, jak wspominałam już we wcześniejszych postach z niezwykłej strony, poświęconej właśnie przepisom na przetworzenie owoców róży w jej wszelakiej postaci, przypomnę: cuda z róży:).
Na konfiturę, przepis rodzinny juz podawałam:) Mogę tylko uzupełnić przepisem na ciasteczka z zastosowaniem tejże :D
SYROP Z OWOCÓW RÓŻY
1 kg owoców róży - juz bez nasion, 1 kg cukru, 6 szklanek wody.
Oczyszczone z pestek owoce opłukać, zmielić w mikserze. W garnku zagotować wodę, dodać cukier i zmielone owoce. Gotować na maleńkim ogniu ok. 30 minut. Przecedzić i jeszcze gorące przelać do butelek. Szczelnie zamknąć i chwilkę pasteryzować.
Działanie: jako lek wzmacniający, przywracający siły po chorobie, pomaga w leczeniu kaszlu, poprawia przyswajanie żelaza, w przemianie materii, wzmacnia wydolność nerek.
Ale! Co zrobić z pozostałymi z syropu zmielonymi owocami???
Wpadłam na taki pomysł: zalałam je wczoraj 2 litrami przegotowanej wody, i dziś mam schłodzony kompot różany:) Myślę że ugotowane owoce można też zmielić w malakserze dokładniej, i po dodaniu odrobiny cukru, doprawieniu sokiem z cytryny, można przełożyć do słoików - gorące. Otrzymamy doskonałą masa do przekładania wafli, ciast i na chlebek:) Tak myślę...
NALEWKA Z OWOCÓW RÓŻY
0,5 kg owoców róży, 1 szklanka cukru, 1 butelka wina czerwonego lub wódki - przelać/przełożyć do słoja.
Pozostawić w ciepłym miejscu przez ok. tydzień, po czym przelać do butelek.
Zastosowanie: pić 2 razy dziennie, po kieliszku przy anemii, awitaminozie, bezsenności (SIC! :DDD), nerwicach.
Hmmmm, no i zastosowanie kiepsko widzę... No bo niby jak to wprowadzić w czyn? Kiedy ten kieliszek golnąć, przed wyjazdem do pracy, w pracy? Jak tu funkcjonować "pod wpływem", policjant, nawet ten wyrozumiały, nie zrozumie przecież że to w calach leczniczych ten promil się w wydychanym pojawił... Taki dylemacik mnie gnębi, przecież na bezsenność, anemię i nerwicę zwolnień nie dają? A może ja o czymś nie wiem??? ;D
Przepraszam za jakość zdjęcia :P Nijak nie chciało ostre wyjść:P
To zapomniany mus truskawkowy z nutką różaną. Skoro post dziś wybitnie różany (znowu...), to przypomniałam sobie że podczas moich szleństw płatkowych zrobiłam taki oto musik.
Powstał z truskawek i płatków róży co to je gotowałam na potrzeby uczynienia soku truskawkowo - różanego (przepis też na tej magicznej, wspominanej wyżej stronie). Co się miały truskawy zmarnować? Za dużo było żeby tak na raz pochłonąć, choć rodzina możliwości posiada, nie powiem. Zawsze twierdziłam że skąpa jestem :P. Nie dałam na pożarcie bezpośrednie. Wstrzymali się nie bez bólu, ale teraz raczą się długodystansowo:D. A zadowoleni jacy ;DD
Przepis na zaś: Pozostałe po ugotowaniu w płatkach róży owoce truskawek, zmiksować, dodać odrobinę cukru, jeszcze gorące wkładać do słoików. Spasteryzować. Smacznego, a uwierzcie że fajnie czuć róże:)

A to już śliwki w czekoladzie. Przepis zaczerpnięty z najnowszej Werandy Country. Smaczne, bardzo polecam. Troszkę "zmodyfikowałam" przepis, dodając na koniec smażenia tej czekoladowej konfitury (tak, tak, nie pomyliłam się - CZEKOLADOWEJ!), prawdziwej, starkowanej czekolady:D Główni degustatorzy orzekli: PYSZNOŚCI :D. Warto się starać, szczególnie że to doskonały sposób na zastąpienie znanej wszystkim mamom, przeraźliwie słodkiej nutelli:)
I na koniec najnowszy rękoczyn. Wdzięcznie pozujący na zdjęciach od początku dzisiejszego postu:D
Wianek z owoców jarząbu.Jarząb czyli popularna jarzębina :D, owocuje sobie wdzięcznie, wcale nie słysząc mojego cichutkiego zaklinania: poczekaj, jeszcze zbyt wcześnie na jesień, poczekaj...
Jak widać, zaklinanie nie pomaga, i nie mogłam się oprzeć urodzie tych czerwono - pomarańczowych korali.
Wianek sobie uplotłam, na ożywienie bieli panującej gdzieniegdzie w moim domu.
Tym sposobem doszłam do wyjaśnień i tłumaczenia się:P. Nie pokazuję wciąż obiecanych, niejednokrotnie już, zdjęć z wykańczanych podczas urlopu łazienki i sypialni. Przypomniało mi się kilka drobiazgów które muszę dodać zanim nastąpi ostateczne POKAZANIE. Wybaczcie i mocno proszę o cierpliwość.
Tymczasem żegnam się miło i ciepło, korzystając z sierpniowych, ciągle gorących promieni słonecznych.
Papapa

11 sierpnia 2010
Urlopowe działania - część I
Zacznę od tego co sprawiło najmniej kłopotu. Robiłam to z prawdziwą przyjemnością i radością:)
Ławeczka którą dostałam jako prezent urodzinowy:), ławeczka którą sobie pomalowałam i uszyłam na nią poduchę. Ławeczka o której marzyłam lat co najmniej osiem, o której wiedziałam że jak już będzie, to sobie stanie w jedynym miejscu w którym miała stanąć od samego początku - przedpokoju, szumnie zwanym holem:))) I choć ściana ciągle jeszcze niepomalowana, choć to co za jej plecami (metalowe drzwiczki) jeszcze nie ukryte, to JEST i cieszy me oko:))))
Poducha z gąbki, obszyta materiałem którego o mały włos bym nie kupiła. Tkanina owa zakupiona bowiem została w sklepie "wysokospecjalistycznym":), a występowała jako narzuta. Kupiłam, nie żałuję, szczególnie że jeszcze metka na niej dyndała radośnie! Znaczy recykling po nowemu:)))
Po drugie, również uszyte:
Bieżnik z... dziurką:))) Dziurka na dziurkę w stole, a ona na parasol ogrodowy:)
Tak patrzę na to zdjęcie i stwierdzam że mało widać, szczególnie ta dziurka zaginęła... Jutro postaram się naprawić to straszliwe niedopatrzenie...
Do kompletu bieżnikowego uszyłam 4 podkładki na stół, na ocieplince (pojedynczej), i przepikowanej po wzorach z tkaniny. Z tej samej tkaniny co obszycie poduszki ławkowej:))) TAAAAKI recykling mi się trafił:)))
Tkaninę jeszcze mam, zostało jej sporo - to była duża narzuta:) Chyba uszyję jeszcze pokrowce na poduchy na krzesła ogrodowe. I będzie ładny komplecik:)))
Przy okazji urlopu, i dzięki obecności Osobistego, któremu bez obaw i żadnej kozery powierzyć mogłam potomstwo, udałam się na malutkie zakupy:)))
Efektem owej wyprawy była prezentowana tkanina min. na bieżnik, ale także ten cudny mini komplet kawowy. Mini, bo skompletowałam sobie cztery filiżanki, do nich talerzyki, 2 duże płytkie talerze na przystawki, oraz cukiernicę i dzbanuszek na mleko. I co, ładny??? Chyba dokupię jeszcze komplet 2 filiżanek z przynależnymi im talerzykami:)))
Komplet ów zakupiony został z myślą o kawkach ogrodowych. Jak widać:)
Tu jeszcze raz chwalę się przepisem zamieszczonym w WC. No bo świetnie pasuje ten chutney do serwisu ogrodowego, przyznajcie sami:)))
Pomyślcie: letni (jeszcze) wieczór, miłe towarzystwo, dzieci pochrapujące w łóżeczkach, winko (dla aromatu), herbatka z różą w ślicznej filiżance, i ... krakersy z roztopionym żółtym serem, pomaziane chutneyem dyniowym, zagryzione świeżym pomidorkiem z własnej uprawy:))) Uwierzcie, smakowite:D I błyskawiczne!
Wyobraźcie sobie jeszcze że komarów też tam nie ma :>
No dobra, trochę oszukana ta sesja. Kawki w filiżankach brak... winka nie zapodałam - zapomniałam:>
Ale krakersiki z chutneyem... pycha. Choć przyznać muszę że sam chutney zbyt wytrawny w smaku. Za to na serach i krakersach - pychota.
Cóż, to prezentacja pierwszej części moich działań urlopowych, ta najprzyjemniejsza. Stanowiła dla mnie odskocznię od prac bardziej uciążliwych, acz niezmiernie przeze mnie pożądanych.
O tym niedługo:D
Tymczasem żegnam się ciepło i miło:)
Papapa
Ławeczka którą dostałam jako prezent urodzinowy:), ławeczka którą sobie pomalowałam i uszyłam na nią poduchę. Ławeczka o której marzyłam lat co najmniej osiem, o której wiedziałam że jak już będzie, to sobie stanie w jedynym miejscu w którym miała stanąć od samego początku - przedpokoju, szumnie zwanym holem:))) I choć ściana ciągle jeszcze niepomalowana, choć to co za jej plecami (metalowe drzwiczki) jeszcze nie ukryte, to JEST i cieszy me oko:))))
Poducha z gąbki, obszyta materiałem którego o mały włos bym nie kupiła. Tkanina owa zakupiona bowiem została w sklepie "wysokospecjalistycznym":), a występowała jako narzuta. Kupiłam, nie żałuję, szczególnie że jeszcze metka na niej dyndała radośnie! Znaczy recykling po nowemu:)))
Po drugie, również uszyte:
Bieżnik z... dziurką:))) Dziurka na dziurkę w stole, a ona na parasol ogrodowy:)
Tak patrzę na to zdjęcie i stwierdzam że mało widać, szczególnie ta dziurka zaginęła... Jutro postaram się naprawić to straszliwe niedopatrzenie...
Do kompletu bieżnikowego uszyłam 4 podkładki na stół, na ocieplince (pojedynczej), i przepikowanej po wzorach z tkaniny. Z tej samej tkaniny co obszycie poduszki ławkowej:))) TAAAAKI recykling mi się trafił:)))
Tkaninę jeszcze mam, zostało jej sporo - to była duża narzuta:) Chyba uszyję jeszcze pokrowce na poduchy na krzesła ogrodowe. I będzie ładny komplecik:)))
Przy okazji urlopu, i dzięki obecności Osobistego, któremu bez obaw i żadnej kozery powierzyć mogłam potomstwo, udałam się na malutkie zakupy:)))
Efektem owej wyprawy była prezentowana tkanina min. na bieżnik, ale także ten cudny mini komplet kawowy. Mini, bo skompletowałam sobie cztery filiżanki, do nich talerzyki, 2 duże płytkie talerze na przystawki, oraz cukiernicę i dzbanuszek na mleko. I co, ładny??? Chyba dokupię jeszcze komplet 2 filiżanek z przynależnymi im talerzykami:)))
Komplet ów zakupiony został z myślą o kawkach ogrodowych. Jak widać:)
Tu jeszcze raz chwalę się przepisem zamieszczonym w WC. No bo świetnie pasuje ten chutney do serwisu ogrodowego, przyznajcie sami:)))
Pomyślcie: letni (jeszcze) wieczór, miłe towarzystwo, dzieci pochrapujące w łóżeczkach, winko (dla aromatu), herbatka z różą w ślicznej filiżance, i ... krakersy z roztopionym żółtym serem, pomaziane chutneyem dyniowym, zagryzione świeżym pomidorkiem z własnej uprawy:))) Uwierzcie, smakowite:D I błyskawiczne!
Wyobraźcie sobie jeszcze że komarów też tam nie ma :>
No dobra, trochę oszukana ta sesja. Kawki w filiżankach brak... winka nie zapodałam - zapomniałam:>
Ale krakersiki z chutneyem... pycha. Choć przyznać muszę że sam chutney zbyt wytrawny w smaku. Za to na serach i krakersach - pychota.
Cóż, to prezentacja pierwszej części moich działań urlopowych, ta najprzyjemniejsza. Stanowiła dla mnie odskocznię od prac bardziej uciążliwych, acz niezmiernie przeze mnie pożądanych.
O tym niedługo:D
Tymczasem żegnam się ciepło i miło:)
Papapa
10 sierpnia 2010
Jeszcze
chwilka, zanim opiszę swoje remonty:>
Darujcie, ale jednak dużo się działo w tym wspominanym "międzyczasie" urlopowym. Na śmierć zapomniałam, ale aparat nie...
No to wspomnień urlopowych międzyremontowych ciąg dalszy:D
Miniony wtorek. Niebo się rozzłościło, spadł grad , ogromne kulki lodu wściekle, z niesamowitą siłą uderzały o ziemię. Osobisty martwił się o szyby w domu. Ja o roślinki. Udało się: szyby całe, roślinki też. Tych drugich jest po prostu jeszcze ciągle zbyt mało żeby coś im się mogło stać :>
Życzenie dzieci: mama, rób nam zdjęcia w chmurach!!! Takie slicne dziś są:)))
Dziś.
Sejm się zlatuje. Szykują się boćki do drogi:( Nad naszą wsią ogromne stado bocianów szybowało, klekocząc, stale zmieniając kierunek lotu. Ciekawe co uradziły...
Tylko takie zbliżenie udało mi się zrobić - musicie uwierzyć na słowo, wiela ich tam było.
No i nasze wioskowe dwa młode boćki.
Wkrótce odlecą. Nadchodzi jesień.
Dzisiejszy spacer, krótki, ale miły:)
A oto efekt dzisiejszego spaceru:
Na obiad zrobiłam risotto:)
RISOTTO
Na rozgrzaną patelnię z oliwą wrzucić pokrojone grzyby ( dużo, mogą być pieczarki, ale najlepsze leśne), dodać pokrojoną w kostkę lub piórka cebulę - dużą. Udusić do miękkości. Można dodać pokrojoną w kostkę szynkę. Delikatnie przyprawić do smaku: sól, pieprz, troszkę vegety.
Gdy wszystko jest już miękkie dosypać suchy ryż (zwykły), nie może go być zbyt dużo, tak żeby nie przeważał pośród głównego dodatku. Trudno jest mi określić ile, po prostu trzeba pamiętać że ryż podwaja swoja objętość, i sypać rozważnie. W dużym naczyniu rozpuścić 2 kostki rosołowe (wrzątkiem), zalać tym bulionem ryż z dodatkami, dusić na malutkim ogniu póki ryż nie podwoi objętości i nie zmięknie (oczywiście najlepiej zamiast bulionu z kostki mamy taki prawdziwy, kurzęcy:)). Często mieszać. Gdy jest już miękki (ale nie na paćkę!) posypać starkowanym żółtym serem, przykryć pokrywą i jeszcze chwilkę dusić póki ser się nie roztopi - na maleńkim ogniu aby się nie przypaliło. Gotowe.
Podawać z surówkami z sałaty, pomidorem, świeżymi ogórkami. Można polać ketchupem - niekoniecznie.
Smacznego życzę i polecam - danie błyskawiczne:D
Pozdrawiam
Darujcie, ale jednak dużo się działo w tym wspominanym "międzyczasie" urlopowym. Na śmierć zapomniałam, ale aparat nie...
No to wspomnień urlopowych międzyremontowych ciąg dalszy:D
Miniony wtorek. Niebo się rozzłościło, spadł grad , ogromne kulki lodu wściekle, z niesamowitą siłą uderzały o ziemię. Osobisty martwił się o szyby w domu. Ja o roślinki. Udało się: szyby całe, roślinki też. Tych drugich jest po prostu jeszcze ciągle zbyt mało żeby coś im się mogło stać :>
Życzenie dzieci: mama, rób nam zdjęcia w chmurach!!! Takie slicne dziś są:)))
Dziś.
Sejm się zlatuje. Szykują się boćki do drogi:( Nad naszą wsią ogromne stado bocianów szybowało, klekocząc, stale zmieniając kierunek lotu. Ciekawe co uradziły...
Tylko takie zbliżenie udało mi się zrobić - musicie uwierzyć na słowo, wiela ich tam było.
No i nasze wioskowe dwa młode boćki.
Wkrótce odlecą. Nadchodzi jesień.
Dzisiejszy spacer, krótki, ale miły:)
A oto efekt dzisiejszego spaceru:
Na obiad zrobiłam risotto:)
RISOTTO
Na rozgrzaną patelnię z oliwą wrzucić pokrojone grzyby ( dużo, mogą być pieczarki, ale najlepsze leśne), dodać pokrojoną w kostkę lub piórka cebulę - dużą. Udusić do miękkości. Można dodać pokrojoną w kostkę szynkę. Delikatnie przyprawić do smaku: sól, pieprz, troszkę vegety.
Gdy wszystko jest już miękkie dosypać suchy ryż (zwykły), nie może go być zbyt dużo, tak żeby nie przeważał pośród głównego dodatku. Trudno jest mi określić ile, po prostu trzeba pamiętać że ryż podwaja swoja objętość, i sypać rozważnie. W dużym naczyniu rozpuścić 2 kostki rosołowe (wrzątkiem), zalać tym bulionem ryż z dodatkami, dusić na malutkim ogniu póki ryż nie podwoi objętości i nie zmięknie (oczywiście najlepiej zamiast bulionu z kostki mamy taki prawdziwy, kurzęcy:)). Często mieszać. Gdy jest już miękki (ale nie na paćkę!) posypać starkowanym żółtym serem, przykryć pokrywą i jeszcze chwilkę dusić póki ser się nie roztopi - na maleńkim ogniu aby się nie przypaliło. Gotowe.
Podawać z surówkami z sałaty, pomidorem, świeżymi ogórkami. Można polać ketchupem - niekoniecznie.
Smacznego życzę i polecam - danie błyskawiczne:D
Pozdrawiam
9 sierpnia 2010
Koniec
ależ mi smutno:((((
Koniec urlopu:((((
KONIEC!!!!
Urlop choć nie urlopowy, czyli NIE - leniwy, ospały, powolny i ciągnący się jakby nigdy miał się nie skończyć.
Urlop tegoroczny w wydaniu mojej rodziny to urlop domowy. Znaczy remontowo - wykończeniowy.
Znaczy pracowity. A to znaczy też nadrabiający wszystkie prace do nadrobienia. Prace konieczne i niezbędne. Żebym miała lepsze samopoczucie że coś się w naszym domku rusza. Ja żebym miała, nie Osobisty. Osobisty wcale takiego planu urlopowego nie miał. I starał się biedaczek jak mógł WŁASNY plan zrealizować. Alem i tak chwilami Osobistego dopadała, bo czemu nie??? Przecież też mieszka w NASZYM domeczku, co nie? :)))
Takie życie, co poradzić, było nie brać TAKIEJ żony, co to do łopaty i wiertary pędza:>
Choć z wiertarą to ja się muszę wreszcie zaprzyjaźnić i dogadać. Mańkutna nie jestem, raczki mam jeszcze obie, sprawne nawet, więc się naumiem, głupia wszak nie jestem, tak zupełnie ... Niemało się w życiu naumiałam. Ale jakoś do wiertary dotąd mnie nie ciągnęło. Osobisty zawsze był pod ręką...
Teraz coś się mi Osobisty zawiesza, okresowo późno w domku bywa, i tak wiertara niedzielną porą musi pracować, a Osobisty się biesi. Dzień święty święcić trzeba, tak napisali, a jak się już umie czytać to nie ma mocnych... przestrzegać przepisu napisanego drzewiej też trzeba... I tak się krążek zatacza...
I urlop się skończył, a dziur jeszcze kilka by się przydało. Niektóre to nawet takie fikuśne by były...
Ale co tam. Naumiem się... Kiedyś...
Tymczasem żeby tak całkowicie dziwacznym rozmyślaniom się nie dać, relację zdam z ostatniego dnia urlopu.
Bo namiastkę urlopu okresowo rodzinie też fundowałam. potworem zupełnym nie jestem:>
Nad jeziorko pobliskie jeździliśmy, na kurki chodziliśmy ( i jagody co to same do buziaków wpadały...), i biwak w ogrodzie robiliśmy, i w basenie ogromniastym się pławiliśmy i ze znajomkami się widywaliśmy. Tragicznie nie było, nie nie. Ale żeby pożegnać się z "urlopem" milej, pojechali my nad "wielką wodę":))).
Nad zatokę uściślając. Ze znajomkami świetnie się wybawiwszy, rybki posmakowawszy (niektórzy piachem nawet zagryźli - Jaś:)), do dom nocną porą wróciwszy, w łoża legliwszy (???), z bladym uśmiechem na zmęczonych licach. Było fajnie:)))) Fotorelacja, z zaznaczeniem, podobnych dzieciowych ujęć mam kilkanaście - ciężko takie rozbawione, uchachane towarzystwo do pionu doprowadzić i "rameczkowe" zdjęcie wykonać, oj ciężko:>
Najsampierw plażowaliśmy...
Potem spacerowaliśmy...
I podziwialiśmy...
Międzyczasem nie będę nikogo katować:) Międzyczas spędzony był gnuśnie, leniwie, ospale i powolnie... Prawdziwie urlopowo znaczy. Jak trzeba:)))
I do domu szczęśliwie wróciliśmy:)))
Kończę, jutro mejbi zamieszczę relację z prac przeprowadzonych w domku podczas wspomnianego "urlopu".
Bardziej dociekliwych i zmartwionych z powodu mła i urlopu zapewniam - zadowolona jestem, urlop pracowity, i owszem, męczący nieco, tak, tak, ale nie żałuję. ZADOWOLONA jestem NAPRAWDĘ. Nareszcie zaczyna wyglądać (POWOLI!) tak jak chciałam:))))
Więc wszystkich zaniepokojonych (potencjalnie) uspokajam i na wszelki wypadek za wszelkie przejawy troski pięknie dziękuję:))))))))
Buziaki:)
Koniec urlopu:((((
KONIEC!!!!
Urlop choć nie urlopowy, czyli NIE - leniwy, ospały, powolny i ciągnący się jakby nigdy miał się nie skończyć.
Urlop tegoroczny w wydaniu mojej rodziny to urlop domowy. Znaczy remontowo - wykończeniowy.
Znaczy pracowity. A to znaczy też nadrabiający wszystkie prace do nadrobienia. Prace konieczne i niezbędne. Żebym miała lepsze samopoczucie że coś się w naszym domku rusza. Ja żebym miała, nie Osobisty. Osobisty wcale takiego planu urlopowego nie miał. I starał się biedaczek jak mógł WŁASNY plan zrealizować. Alem i tak chwilami Osobistego dopadała, bo czemu nie??? Przecież też mieszka w NASZYM domeczku, co nie? :)))
Takie życie, co poradzić, było nie brać TAKIEJ żony, co to do łopaty i wiertary pędza:>
Choć z wiertarą to ja się muszę wreszcie zaprzyjaźnić i dogadać. Mańkutna nie jestem, raczki mam jeszcze obie, sprawne nawet, więc się naumiem, głupia wszak nie jestem, tak zupełnie ... Niemało się w życiu naumiałam. Ale jakoś do wiertary dotąd mnie nie ciągnęło. Osobisty zawsze był pod ręką...
Teraz coś się mi Osobisty zawiesza, okresowo późno w domku bywa, i tak wiertara niedzielną porą musi pracować, a Osobisty się biesi. Dzień święty święcić trzeba, tak napisali, a jak się już umie czytać to nie ma mocnych... przestrzegać przepisu napisanego drzewiej też trzeba... I tak się krążek zatacza...
I urlop się skończył, a dziur jeszcze kilka by się przydało. Niektóre to nawet takie fikuśne by były...
Ale co tam. Naumiem się... Kiedyś...
Tymczasem żeby tak całkowicie dziwacznym rozmyślaniom się nie dać, relację zdam z ostatniego dnia urlopu.
Bo namiastkę urlopu okresowo rodzinie też fundowałam. potworem zupełnym nie jestem:>
Nad jeziorko pobliskie jeździliśmy, na kurki chodziliśmy ( i jagody co to same do buziaków wpadały...), i biwak w ogrodzie robiliśmy, i w basenie ogromniastym się pławiliśmy i ze znajomkami się widywaliśmy. Tragicznie nie było, nie nie. Ale żeby pożegnać się z "urlopem" milej, pojechali my nad "wielką wodę":))).
Nad zatokę uściślając. Ze znajomkami świetnie się wybawiwszy, rybki posmakowawszy (niektórzy piachem nawet zagryźli - Jaś:)), do dom nocną porą wróciwszy, w łoża legliwszy (???), z bladym uśmiechem na zmęczonych licach. Było fajnie:)))) Fotorelacja, z zaznaczeniem, podobnych dzieciowych ujęć mam kilkanaście - ciężko takie rozbawione, uchachane towarzystwo do pionu doprowadzić i "rameczkowe" zdjęcie wykonać, oj ciężko:>
Najsampierw plażowaliśmy...
Potem spacerowaliśmy...
I podziwialiśmy...
Międzyczasem nie będę nikogo katować:) Międzyczas spędzony był gnuśnie, leniwie, ospale i powolnie... Prawdziwie urlopowo znaczy. Jak trzeba:)))
I do domu szczęśliwie wróciliśmy:)))
Kończę, jutro mejbi zamieszczę relację z prac przeprowadzonych w domku podczas wspomnianego "urlopu".
Bardziej dociekliwych i zmartwionych z powodu mła i urlopu zapewniam - zadowolona jestem, urlop pracowity, i owszem, męczący nieco, tak, tak, ale nie żałuję. ZADOWOLONA jestem NAPRAWDĘ. Nareszcie zaczyna wyglądać (POWOLI!) tak jak chciałam:))))
Więc wszystkich zaniepokojonych (potencjalnie) uspokajam i na wszelki wypadek za wszelkie przejawy troski pięknie dziękuję:))))))))
Buziaki:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































