W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





16 marca 2011

Tragedia

w trzech aktach.
O sklepie dziś opowiem. Tym największym w Polsce, jednym z TYCH bardziej znanych...
Takim co to zakupy bez wychodzenia można zrobić. Z domu wychodzenia. Rozumiecie, ten sklep z kompa.
Opowiem, bo mam mieszane uczucia co do niego.
Najpierw byłam nieufna. Obchodziłam go z daleka, zaglądałam, podglądałam i słuchałam innych którzy SZCZĘŚLIWIE zakupy w nim poczynili.
Osobisty dokonywał zakupów czas już jakiś. Ja nie. Twarda jestem. Osobisty mnie wyśmiewał, na ironię sobie nawet pozwalał! Taki nieczuły!
Złamałam się trzy lata temu.
Dla dziecka córkowego. Otóż dziecko zapragnęło mieć wózek z "budą", czyli "prawdziwy" jak dla dziecka "prawdziwego".
I w zasadzie nie byłoby problemu, gdyby nie fakt iż owo pragnienie było trudniejsze do spełnienia niźli się zdawało. Albowiem wózek miał być odpowiednio RÓŻOWY i z FUNKCJAMI!!!
I weź go idź i znajdź w NORMALNYM sklepie, w ZWYKŁYM mieście...
Święta w pobliżu się pętały, więc okazja w sam raz sprzyjająca do zaprzęgnięcia Mikołaja do roboty. Ja miałam facetowi tylko wskazać.
(Swoją drogą faceci UWIELBIAJĄ takie wskazywanie sobie WSZYSTKIEGO, nawet ci "ŚWIĘCI" ...)
Nie znalazłam.
Nieufna ciągle i niezmiennie zajrzałam chyłkiem o SKLEPU z kompa.
Zajrzałam i przepadłam. Albowiem w sklepie owym różowych było zatrzęsienie! Ło matko z córką, biada ci, zakrzyknęłam, po czym TRZY dni spędziłam na poszukiwaniach tego IDEALNEGO!Znalazłam, nie powiem, pot z czoła płynął niepohamowanym strumieniem. Ciężka to praca odnaleźć JEDEN pośród TYSIĘCY. A każden piękny, a każden z lepszymi funkcjami niż poprzedni, a ile RÓŻOWYCH!
Za moich czasów takich luksusów nie było. Stawało się w kolejce, bo stała, brało się co dawali,  bo wreszcie dawali, a w domu dopiero zastanawiało się co z tym WZIĘTYM zrobić:> A teraz patrzcie ludziska, full wybór normalnie!
Październik był zaznaczam.
Przy "pomocy" Osobistego zamówiłam wózek. Przeraźliwie różowy, czyli TEN NAJPIĘKNIEJSZY i z FUNKCJAMI!!! Mikołaj się ucieszył że tak wcześnie, i czekał...
Minął tydzień. Przyszedł wózek. Otwieram karton a tam... Co? Myślicie że różowa kosiarka???
Nie, wózek oczywiście. Ale nie TEN! Nie różowy, i nie z TYMI funkcjami!
TRAGEDIA - AKT PIERWSZY.
No i się zaczęło. Osobisty na kompie, ja w nerwach... Rodzina w nerwach... Mikołaj też.
Minęło tygodni wiele. Bo sprzedawca a to zapomniał na maila odskrobać, a to się ślizgał po temacie jak piskorz, a to udawał że go niema! Znaczy prawie standard.
A Mikołaj ryczy.
Nastał GRUDZIEŃ. Pamiętacie kiedy był zamawiany  POSZUKIWANY???
Dni mijały w szalonym pędzie. Jak to dni.
Wreszcie, na trzy tygodnie przed świętami i prezentową godziną "0", sprzedawca wózkowy zlitował się, i udzielił łaskawie prawa do wymiany wózka!!!
Odesłaliśmy brzydala. I zaczęliśmy czekać. Sprzedawca się przestał odzywać. Wózek nie przychodził. Mikołaj włosy z brody rwał.
Nerwówka nieziemska. W końcu, na PIĘĆ dni przed świętami sprzedawca dał głos. Uprzedził o wysyłce wózka, i zalecał cierpliwe czekanie! Jak tu czekać cierpliwie w takiej SYTUACJI ?! No jak?!
Mijały dni, nastał 23.12 - WÓZKA NIE MA!!! Mikołaj zastanawiał się nad popełnieniem mordu. Ja jeszcze bardziej! Przyszedł feralny 24.12. Już prezencik zastępczy zakupiony, już łzy wyschły, choć cera zmizerowana.Ale co tam takie łzy wobec nieszczęścia jakie dziecko czeka! Zadzwonił telefon, a w nim głos SZCZĘŚLIWEGO Osobistego: PRZYSZEDŁ!
Chyba pół wsi usłyszało kamień spadający z mojej głowy:> Popołudniu, przed zapakowaniem prezentowym otworzyłam kartonik i oniemiałam. Kolor owszem, ten WYBRANY.
Nie zgadzał się za to rozmiar!
Co zrobiłam? 
Zapakowałam. Co miałam zrobić?
Dziecko córkowe i tak było szczęśliwe, nie rozumiało bo co miało rozumieć? Że sprzedawca wyciulował Mikołaja? Grunt że kolor był TEN a dziecina szczęśliwa zaraz budę nadpsuła. Wózka budę :) Sprzedawca się wykulał dzięki dziecięciu.


Dałam sklepowi jeszcze jedną szansę...
Czasy obecne. Minione święta. Kolejne marzenie córkowe. Bobasek co to sika, łzy leje i w wannie PRAWDZIWEJ może się z mamą kąpać. Zamówiony w rzeczonym sklepie.
TRAGEDIA - AKT DRUGI:
Przyszedł zasikany bobas po świętach. Sprzedawca sprawę o-kulał... bo mu się nie chciało okazać ludzkiego oblicza przed świętami...

Dałam sklepowi kolejną szansę...
Styczeń. Bieżący.
Tkaniny lniane  zamówione. Adres zapodany. Przesyłki NIE MA!
TRAGEDIA - AKT TRZECI
Wymiana grzecznych zdań sprzedawca - zamawiający. Grzeczność przeszła do słów z gruntu tych nieprzyjemnych. Bez echa.
Wreszcie odkopana informacja (gdzieś w czeluściach netu...) że wysyłają PONOWNIE!
Przyszły! Tkaniny zamówione 24 stycznia, przyszły 7 marca.
Taki drobny poślizg:> I najważniejsza tkanina zamieniona, bo się WYBRANA wyprzedała!
No ale SĄ przecież.


Konkluzja?

- sklep z kompa mnie nie lubi.
- wyjaśniło się wreszcie czemu Mikołaj ma przerzedzoną brodę.
- nieufność pozostała i jakby nawet się zwiększyła :> Dziwne ??


KONIEC

A skoro wszystko dziś wokół dziecka córkowego, na pożegnanie przytoczę wczorajszą z nią prowadzoną rozmowę:)))



Wpadło dziewczę do domu rozjaśnione jakieś, roześmiane i tu i tam...
Wpadło i relację z dnia minionego poczęło zdawać:
 - Mamuś, a Karol wyznał że mnie KOCHA!!!
- ojej - zawołała mamuś, okazując tym samym grzeczne, acz nienachalne zainteresowanie.
Nie zdołała nic więcej wyktrzusić albowiem w porę sobie przypomniała iż nie należy zbytnio się emocjonować sprawami uczuciowymi swych dzieci, albowiem mogą się zamknąć. W sobie. Więc okazała owa mamuś zainteresowanie dozwolone w tej sytuacji:
- i co?????
- no i ON powiedział że od dziś będę jego DZIEWCZYNĄ! I zapytał czy może????
- co może????
- no wiesz... - tu nastąpiło zawieszenie głosu, i spojrzenie którym promieniejące dziewczę dawało mi ZNAKI. Zrozumiałam ????
- aaaaa, no tak.... (???????????), i co????
- POZWOLIŁAM MU!!!!
O MATKO!!!!! Zadrżało serce!!!! 
- na co????????
- no wiesz.....
- no nie!!!!!!!!!!!!!!!
- no.... POCAŁOWAŁ MNIE!!!!!- wyznała UŚMIECHNIĘTA od ucha do ucha niczego nie podejrzewająca bo ufna jeszcze ;)
- acha! - rzekła podejrzliwa i nieufna, bo WIE już czym mogą się skończyć takie "miłosne igraszki" :)
- no... w policzek pozwoliłam. Ale ON powiedział że WKRÓTCE będzie w usta, bo jestem jego dziewczyną! Mamo i co mam zrobić????
"O matko - szepnęło w duszy - co mam powiedzieć?????"
Zanim ogłupiała nieco mamuś mogła wydać głos dziewczę dodało samo z siebie, w zamyśleniu przeczesując niedawno podcięte włosy:
- ale dlaczego ON chce chodzić z JESZCZE z pięcioma INNYMI???? Powiedział że wszystkie kocha. Ale tata ma przecież tylko ciebie...
"biedny tata"... załkało gdzieś w trzewiach mamusiowych wcale niewspółczująco ;))))

Osobisty prychał sobie cichutko w kuchni.


Pozdrawiam miło :)))

14 marca 2011

Obrazki

Że wiosna nadciąga wiadomo nie od dziś.
Na wszystkich znajomych blogach rozpoczął się sezon wiosenny. I w domach i zagrodach:)
My również nie byliśmy gorsi i do wypęku wykorzystaliśmy uroki pierwszego prawdziwie wiosennego weekendu.
Dziś głównie obrazki:)

Pączkuje:)
Moja wiśnia japońska.

Znalezisko.
Czyżby pierwsze wiosenne kwiaty???

Pobliski staw ciągle straszy lodem...

Pojęcia nie mam co to za roślina.
Ale kolorem trochę ubarwia suche trawy.

Ogniskowy sezon rozpoczęty :)
Hura!!!!

I przeszczęśliwe dzieciaki. 
Nareszcie wyciągnięte huśtawki...

... i rowery!

Były też pozy i spacery :)

Całe dwa dni spędzone przed domem!!! Dawno już tak nie było :)
A najfajniejsze jest to że mam kalosze, więc wreszcie i mnie błoto niestraszne :)))
Tylko Janek biedaczyna bez gumowego obuwia, bo stracił swoje kaloszki w ubiegłym roku podczas zabawy ze smołą :> Trza dziecku zakupić nowe, wszak sama przyjemność takie taplanie się w kałużach... choć ja nie często czuję bluesa w tym temacie ;> Ale co się dziwić, dwadzieścia kilka lat bez kaloszy, więc od nowa trzeba odkryć w sobie dziecko, będzie fajnie, chyba...:)

Wiosna Panie Sierżancie, wiosna, nadchodzi z miłym dla ucha kląskaniem :)))

Pozdrawiam.

13 marca 2011

Wszystko

przez Hankę z Belgowa:>
Zaprosiła mnie ta Szalona Babka do dziwnej zabawy.
Mam się wyspowiadać. Czyli napisać o sobie coś czego jeszcze o mnie nie wiecie :>
Dziwne. Przecież to co napiszę i tak będzie nieobiektywne, bo to ja sądzę o sobie, ale co tam ...
Hanka mi nagadała od kluch, więc się już nie stawiam ;))))

No i szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć bo nudna jestem okropnie. I wcale nie przesadzam.
Nie to że nuda towarzyszy mi na co dzień, tylko ja sama taka jestem... mało interesująca...

W sumie to już dużo o mnie wiadomo. Wystarczy "poczytać" moje blogowe wypociny...
Mogę jedynie dodać to co następuje:

* Jako dziecko byłam śliczna, i zdziwiona ;))))
Jako nastolatka miałam dużą NIEdowagę i mnóstwo przez to kompleksów. Moja mama była niejednokrotnie podpytywana przez moich nauczycieli, czy ze mną jest wszystko w porządku, ale wystarczyło wskazać na moje "zdrowo pyzate" rodzeństwo i temat na jakiś czas był zamknięty. Zawsze jednak do czasu :> Co ciekawe, uwielbiałam jeść :)))) Potem... Cóż, potem to ja wyszłam za mąż i WSZYSTKO się zmieniło! A myślałam że mi TAK już na ZAWSZE zostanie ;)))) Kompleksy pozostały, ale odwrotnie:)

* Bliznę mam. Właściwie to nawet kilka blizn. Ale jedna jest taka konkretna, bo każdy się pyta. Pomiędzy nosem a wargą mam cienką linię. To "pamiątka". Zdobyłam ją w wieku około dwóch latek. Miałam kota, podobno pięknego i rudego. Kot jak to kot, lubił wysokości, a mieszkałam wówczas na 4 pietrze w bloku, więc wysoko jak na standardy kocie:) Więc ów kot, spacerował sobie któregoś dnia po parapecie, a ja, jako dzielna dwulatka chciałam go uratować od niechybnej śmierci jaka jawiła mi się po upadku kota z wysokości owych czterech pięter. Złapałam biedne zwierzę za ogon, i zaczęłam zdejmować z parapetu, żeby go URATOWAĆ. No i kot spadając hamował... na mojej buzi :> Mam bliznę, każdy kto mnie poznaje prędzej czy później pyta o nią.
A ja tak naprawdę nie bardzo kapuję czemu, bo wydaje mi się że nie jest jakoś specjalnie widoczna.
Zresztą, inny kot wypadł nam przez okno z tego czwartego pietra. Nic mu się nie stało na szczęście. Potem już mieszkałam na parterze... Z którego niejednokrotnie sama skakałam (lub na odwrót, gdy zapomniałam kluczy).

* Jestem spod znaku Raka. Cecha szczególna? 10 kroków do przodu, żeby za chwilę wykonać 20 w tył :> Trochę utrudnia to życie. Czasem nawet paskudnie:>

* Decyzje podejmuję szybko. Co ma być to i tak będzie, nie lubię się zbyt długo zastanawiać nad tym co by było gdyby :) I absolutnie nie umiem dogadać się z fatalistami i pesymistami, wkurzają mnie nieziemsko!

* Mam prywatnego, osobistego Miecia, czasem współdziała ze mną jak należy, czasem powoduje pustki w portfelu, lub co gorsza debet na koncie... nie do opanowania :) Miecio ujawnia się zazwyczaj podczas zakupów z zakresu dom, "kraft", "dzieci", książki... Bardziej osobiste zakupy Miecio omija. Teraz Miecio namawia na tarasik, bo ciągle nie mam, a pragnę nieziemsko :>

* Jestem mistrzynią GAF! Nie ma chyba nikogo kto piękniej je popełnia, nawet nie będę o tym pisać, bo wstyd, Ata już się przekonała :). Inna rzecz, aczkolwiek mi się kojarzy: pięknie spadam z krzeseł, i upadam w ogóle. Taka ze mnie upadła kobieta, hehe ;) Podczas jednej z kolęd spadłam z krzesła, tuż przed nosem księdza, do dziś to wspomina :)

* Kilka lat usiłowałam tańczyć w zespołach folklorystycznych. Najpierw jako nastoletnie dziecko, potem jako "dojrzała" dziewczyna. Efekty? Np. takie że podczas jednego z "ekskluzywnych" występów wykonywałam poloneza w pięknej zwiewnej sukienusi. Wszystko byłoby fajnie, bo wyjątkowo się nie pomyliłam i nie potknęłam, jednak po zejściu ze sceny usłyszałam komentarze dziewczyn obserwujących występ:
- Aśka, czemu Iwona się nie uśmiechała???
- A ty byś się śmiała gdybyś halki na tyłku nie miała ????...
Hmmm, wtedy zrozumiałam czemu panowie tak intensywnie wpatrywali się w te moje "pląsy" .
Aaaa, jedyny plus - nadal miałam wówczas niedowagę, więc przynajmniej "nieźle" wyglądałam:)))
Nie wspomnę ile razy zaplatałam się w kable, kabelki, albo zostałam sama na scenie...
Jakiś czas później zakończyłam karierę "tancerki", nie mniej sentyment do tańców ludowych pozostał:)
W kapeli owego zespołu na skrzypeczkach grał Norbi, bywało śmiesznie :)

* Mam kilka zawodów. W niektórych z nich pracowałam, w innych nie. Najciekawsze posiadane"tytuły": Operator ruchu turystycznego(nie wypracowany) oraz  Czeladnik mechaniki precyzyjnej, specjalność audioprotetyka (12 lat pracy) ;)) Kiedyś koleżanki się śmiały, że za same tytuły techniczne powinnam awansem dostać tytuł magistra:) I tak go dostałam, wcześniej jednak musiałam się trochę o niego postarać - a dyplom od lat nieodebrany, bo nie mam przecież czasu obiegówki wypełnić :>

* Mam kilka dziwnych przypadłości. Z dziwniejszych: jeżeli coś leży na podłodze, i ja WIEM o tym, bo widzę przecież (wzrok mi nie szwankuje), a nie podniosę tego od razu, to więcej niż pewne że za chwilę się o to potknę i przewrócę. Wyobraźcie sobie jak się czułam mając raczkujące dziecko :>
Inna : nie znoszę wyrabiania ciasta, nienawidzę oblepionych ciastem rąk! Ale "kraftować" uwielbiam, mimo obrzydzenia do oblepionych klejem dłoni :> których zresztą nie kremuję, bo NIE MOGĘ!!!

* Uwielbiam zwiedzać. Czasem włącza mi się taki "chodzik" w nogach i głowie że zatrzymać się nie mogę. Właśnie zaczyna mnie nosić. Już bym gdzieś pojechała, zwiedziła, zobaczyła... Tylko czasu ciągle nie mam :>

* Boję się! Bardzo się boję ciemności, KOSMITÓW i wysokości.
Przy czym:
- nie okazuję strachu przed ciemnością przy dzieciach - nie chcę żeby one miały takie lęki, wiem jak bardzo są ograniczające. I młode się nie boją, w ciemno idą w ciemno!!!
- uważam że szybciej mogę spotkać kosmitę, niż ducha:) Staram się nie jeździć przez las po zmroku, bo wtedy kosmitów najwięcej, szczególnie w CIEMNYM lesie :)))
- mimo lęku wysokości uwielbiam góry:) W ten sposób staram się pokonać ten swój lęk:)

*  Na koniec, mam trudne włosy :)))
Są sztywne i proste (choć teraz już się "puszą") Kilka lat temu przed "wielkim wyjściem" spędziłam w salonie fryzjerskim TRZY I PÓŁ godziny! Przy czym fryzjerka, przez pierwsze pół zachwycała się "pięknym, zdrowym włosem", po kolejnych 30stu,  klęła pod nosem... Miałam wówczas krótkie włosy, takie trochę za ucho ;) Potem, gdy chciałam ponownie się umówić na cięcie i czesanie, dziwnym trafem nigdy juz nie miała czasu... Fryzjerka do której dziś chadzam, również nie umawia innych klientek w tym samym czasie co mnie, mimo tego że moje włosy są już zniszczone, więc teoretycznie "łatwiejsze w obsłudze" :)))) I gdybym ich nie farbowała byłabym SIWA:> Taki bonus do posagu od kochających rodziców:))))

I wystarczy. Więcej grzechów nie pamiętam.
Mówiłam, same nudy:>
A do zabawy zapraszam
Atę, Maknetę, Szajenkę, Tukarę.
Znaczy BEREK ;)))

Pozdrawiam ciepło

12 marca 2011

Pająki

i inne dziwolągi.

- Mamo, zostanę kaskaderem! - Oznajmił Jan coś koło tygodnia temu.
Nie przejęłam się zbytnio, dopóki synu nie rozpoczął "legularnych" ćwiczeń. Bo kaskader "sportowy" musi być  "gientki".
I w tym momencie łuska z oczu opadła, a wizja ponownie połamanego dziecięcia skutecznie skrzydeł dodała w ostrzeganiu potomka przed niechybną zgubą, wspominając o zawiłościach losów kaskadera zawodowego. Nie odpuścił jeszcze, tylko ćwiczenia na czas intensywnych przemyśleń zarzucił. Ufff!

Jeden zero dla matki ( w zawieszeniu).

Minął dzień jeden - czyli moment, chwila zaledwie.
Johny wpada do kuchni z pytaniem: Mamo, czy są zawody "spajdermeńskie"????
Matka otumaniona nieco oparami gotowanego obiadu, na zgubę własną, pomyślała (zbyt szybko tym razem), i podpowiedziała uczynnie: Alpinista być może...
Po uzupełnieniu wiedzy w zakresie wykonywania oraz zdobycia niezbędnych uprawnień do wyżej wspomnianego "zawodu" (głupia, głupia matka!), Jan zapalił się do pomysłu, informując nagle struchlałą (opary opadły!) matkę ponownie: Idę ćwiczyć...
I poszedł:>
Kolejna wizja złamań - a ja naprawdę chcę już zapomnieć o wózku spacerowym, na którym to lat temu dwa ciągaliśmy Jana w te i nazad, bo on sam miał gips od palców lewej nogi po pachwinę...  Czyli unieruchomienie skuteczne, na czas dwóch tygodni.
Przez pozostałe trzy śmigał po podłodze, szybciej niż przed gipsem, mimo dodatkowego "dociążenia" posiadanego już gipsu, gipsem budowlanym, dołożonym hojną ręką ojcowską w miejsca dziwnie przetarte... Zbrojenie też nie miało by wpływu na szybkość poruszania się Janka, jak również na trwałość owego gispu. Za to lekarz podczas zdejmowania miał ubaw - bo my ZAWSZE zapewniamy dodatkowe atrakcje, :))))

We wtorek Jan przechodził kryzys. Zawodowy.
Otóż, wreszcie!, dotarło do małej łepetyny, że czyn który "zamierzał" uskutecznić, czyli dobrowolne podstawienie się "ogromniastemu" pająkowi do ukąszenia, celem wiadomym: wykonywanie upragnionego zawodu "spajdermeńskiego", jest zabójczo... bolesny! Tłumaczenie matki że śmiertelnym być nawet może, nie skutkowało jak należy. Ojcowskie objaśnienie kwestii "bólowej" odniosło skutek (facet facetowi tłumaczem). Matka na tym polu nie ma czym zabłysnąć bo "się nie zna" :>
Po chwili słyszymy:
Jan: "Tosia!!!! Daj się ukąsić pająkowi! Będziesz spajdermenką! I będziesz miała MOC!
A ja będę Ci pomagał bić wroga!!! Przysięgam że "fajosko" jest być spajdermenem !!"

Tosia grzecznie i stanowczo ODMÓWIŁA :))) (chyba ciągle woli być KAPCIUSZKIEM. Chyba też niespecjalnie wierzy w entuzjastyczne Jankowe "fajosko")
Za to Jan w ramach rekompensowania sobie utraconych właśnie złudzeń, zapragnął zostać...
 BATMANEM:)))

Dwa zero dla matki. Tymczasem.

Pocieszające jest to że w kraju który radośnie sobie zamieszkujemy, "ogromniaste" pająki w naturze NIE występują (wszak to nie Australia).
Jednakowoż znając możliwości i upór własnego dziecięcia, jego rodziciele nie wykluczają uporczywego poszukiwania terrarium ze zwierzęciem spełniającym kryteria (tak naprawdę szczegółowo znane tylko Johnowi), toteż TYLKO dlatego cała akcja jawi się im jako potencjalnie niebezpieczna. I wcale nie niedorzeczna! Co to, to nie. Nie z Jankiem te numery :)

Na pocieszenie Syna, i z rozpędu, bo zbyt późno wpadł na pomysł  zaposiąścia umiejętności zawodowych "nietoperza", powstało takie coś:




Swoją drogą, taki Batman to też ma przechlapane życie. I skąd ja wytrzasnę radary ??????

Przy okazji monologi z życia codziennego Jana, z racji na obchodzone właśnie święto), dzisiejszy ranek:

-  "Mamo, czy musisz siedzieć przy komputerze i milczeć" ???
- "Mamo, czy mogę na rajstopy założyć te nowe skarpetki ze spajdermenem??? Po potwierdzeniu:
- "Będę wyglądał BOSKO" !!! ;)))
-  Mamo, a mogę nam zbudować "klimazytację"? Ale taką "porfesjonalną"... (cokolwiek to znaczy, brzmi obiecująco, mówią że lato znowu będzie upalne) :))))

Przyszłość szykuje się niezwykle zaskakująca :)

Pozdrawiam ciepło:)

9 marca 2011

Kobieta

Pytanie mnie nurtuje.
Mnie jako kobietę właśnie. Co w świetle minionego Dnia Kobiet jest pytaniem niezwykle aktualnym. Mianowicie, jak to jest z nami kobietami? Czy aby na pewno powinnyśmy umieć to co nam się wmawia że musimy... albo że zgodnie ze stereotypem, powszechnie panującym i właściwie już odgórnie przyjętym, to kobieta zawsze MUSI.
I  nie o byle jakie  MUSI tu chodzi, ale o TO z wydźwiękiem GLOBALNYM.
Pytam tylko, bo mi się pęta po głowie pytań sporo.
I martwić się zaczynam żeby od tego pętania całkowicie się nie zakręcić.
A zaczęło się od tego - co poniższym pytaniem wyjaśnię:

Co robi kobieta, matka dzieciom, przygotowująca urodzinowy kinderbal syna???
Włącza piekarnik.
Normalne.
Co dalej???
Piecze.
Ale co???
Może biszkopcik na torcik???
HA HA HA...
dobre sobie, a jakie banalne...
bowiem...
całkowicie niebanalna kobieta zaczyna od pieczenia...
ale...

...RĘKAWICY KUCHENNEJ!!!!
Niby żadna sztuka, i właśnie mi się udała :>
Smacznego ???
Raczej nie :)
Smrodek i dymek za to wokoło :>

Jak się ma talent, to można. Wszystko można, i różnie też.  Choć takiego przypadku w mojej kuchni jeszcze nie było, a różne cuda się zdarzały.
Jakie to szczęście że to nie kot na przykład, albo baran...
Tzn. baran syna mojego, maskotka taka, bez nóżek już i bez rączek, ale nadal wielbiona i ukochana... i "zapachowa", bo nijak synu nie pozwala wyprać. Dlaczego??? To oczywiste, bo "będzie śmierdziała"...

Wracając do pytania nurtującego...
Osobisty właśnie się zastanawia czy ON by tak potrafił. Z tą rękawicą.
Zostawiłam biedaka zadumanego. Niech sobie chłopak poduma. Co mi tam. Mówią że dobrze od czasu do czasu umysł poćwiczyć. Na zdrowie zatem niech mu idzie ;)
Ja tam twierdzę że takie "pieczenie" to żadna sztuka, właściwie gdyby się wcale nie głęboko zastanowić to - bez urazy - każdy głupi umie upiec rękawicę kuchenną...
No i czemu zaraz wyskakiwać z teoriami że tylko kobiecie się to może przytrafić???
Znaczy że co, facet nie umie piekarnika włączyć??? Czy raczej obsłużyć takiej rękawicy???
Osobiście ważne dla mnie pytanie brzmi następująco: jak ta rękawica znalazła się w piekarniku???
Bo tego za groma przypomnieć sobie nie mogę... A to istota całej sprawy, prawda?
A z globalnością to ja się nie zgadzam, nie MUSZĘ wszystkiego, o! I nie wstydzę się być kobietą, bo rękawicę upiekłam pierwszy raz w życiu, a to też jakieś osiągnięcie. I niebanalną być to jest dopiero COŚ :)
 No i żeby nie było że Osobisty to szowinista jakowyś! Co to to NIE! Osobisty KOBIETY w powadze ma i szacunku także :) Tylko czasem nie nadąża za logiką - co bywa logiczne w niektórych sytuacjach:))))

Dla relaksu i zmiany tematu, bo w głowie zaczyna mi się już roić od głupot, a myśli me "nieuczesane" być zaczynają, pokażę co zmajstrowałam sobie .
Miesiąc majstrowałam, wzdychałam  ale majstrowałam, bo tak globalnie... to umiem i czasem mi się chce, a NAWET UDAJE :)))



Kuleczek kilka w tej środkowej części właśnie dodałam przed chwilą. Goło w tym miejscu było, co zdjęcie doskonale wykazało :) A kolorowo, bo się wzorowałam:


I  naszyjnik jakby bogatszy kolorystycznie wyszedł, a mi się już tak bardzo ckni do kolorków!!! Takich z łąki latem wczesnym! Jak ja chcę już tej łąki!

No to idę. Rozejrzę się czy nie zdziałałam znowu czegoś "niebanalnego" w okolicy, i zmykam spać :)))

Papapa

5 marca 2011

Wreszcie

znalazłam wieszak:)
Nie byle jaki, w dodatku FUNKCJONALNY!
Funkcjonalność jego polega na zastosowaniu.
To wieszak na papier, toaletowy dodam dla wyjaśnienia, więc funkcjonalny niezwykle :)
Brakowało mi tego "gadżetu" niezmiernie, ale też poszukiwałam czegoś... nazwijmy to NIEBANALNYM ;)
I mam, niebanalny, naścienny i żeliwny w dodatku :)
Wyglądał tak:


Teraz wygląda tak:

Wieszak w tej wersji doskonale wpisał się w wystrój łazienki.
Prosta rzecz a cieszy:)
I wisi, zarówno ku ozdobie jak i funkcjonalności ;)


 Przechadzając się po moim ulubionym sklepie, starałam się usilnie wcielić w życie plan pt.: nie będę szaleć...
I chyba przez ciagłe powtarzanie tego zdania, niemal jak mantry, ostatecznie mój plan się powiódł! Udało mi się kupić, prócz wieszaka, "tylko" kilka maleńkich drobiazgów, i to "tylko" dlatego że nie mogłam oprzeć się ich urokowi. No bo przecież nie mogłam :





Naprawdę uważam że wykazałam się niezwykłym spokojem i rozsądkiem, ponieważ towaru o niezwykle kuszącej urodzie w tym sklepie jest MNÓSTWO, niestety ;)
Ale ja dzielna jestem!

Pozdrawiam ciepło:)

4 marca 2011

Piąteczka

To moja ulubiona liczba. Chyba nawet szczęśliwa? Lubię liczbę pięć, a dziś jeszcze chyba bardziej.
Bo dziś mój syn kończy PIĘĆ LAT :)


Wyciągnęłam albumy ze zdjęciami, i tak sobie przedłużając ranek, po wyekspediowaniu rodziny do prac i przedszkoli, ległam w łóżku.
Otoczona zdjęciami wpadłam w "odmęty  wspomnień"...
Mój Janek ma pięć lat!
Niesamowite, jak ten czas szybko zleciał... Dopiero był maleńki



Mijały tygodnie, tygodnie zmieniały się w miesiące...




... miesiące zmieniły się w lata...
I mój mądry Johny poszedł do przedszkola...
Nareszcie spełniło się jego marzenie! Mógł chodzić TAM razem z siostrą:)


Dziś mój dzielny, mądry synek ma PIĘĆ LAT!
Kiedy to się stało???

Na tym zdjęciu z babcią Kazią:)
Roczny Janek z  Babcią - Solenizantką - 4.03. to dzień imienin mojej Mamy:)
Mamuś, wszystkiego NAJ NAJ NAJ!!

A tobie Synku życzę spełnienia wszystkich marzeń,
 rośnij mądry, zdrowy i szczęśliwy.
Niech nigdy nie zabraknie Ci tej dziecięcej radości, 
Bądź kochany i kochający.
Bądź sobą:)

No i się pobeczałam...
Zmykam, bo coś tkliwie się zrobiło.

Papa