W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





13 marca 2011

Wszystko

przez Hankę z Belgowa:>
Zaprosiła mnie ta Szalona Babka do dziwnej zabawy.
Mam się wyspowiadać. Czyli napisać o sobie coś czego jeszcze o mnie nie wiecie :>
Dziwne. Przecież to co napiszę i tak będzie nieobiektywne, bo to ja sądzę o sobie, ale co tam ...
Hanka mi nagadała od kluch, więc się już nie stawiam ;))))

No i szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć bo nudna jestem okropnie. I wcale nie przesadzam.
Nie to że nuda towarzyszy mi na co dzień, tylko ja sama taka jestem... mało interesująca...

W sumie to już dużo o mnie wiadomo. Wystarczy "poczytać" moje blogowe wypociny...
Mogę jedynie dodać to co następuje:

* Jako dziecko byłam śliczna, i zdziwiona ;))))
Jako nastolatka miałam dużą NIEdowagę i mnóstwo przez to kompleksów. Moja mama była niejednokrotnie podpytywana przez moich nauczycieli, czy ze mną jest wszystko w porządku, ale wystarczyło wskazać na moje "zdrowo pyzate" rodzeństwo i temat na jakiś czas był zamknięty. Zawsze jednak do czasu :> Co ciekawe, uwielbiałam jeść :)))) Potem... Cóż, potem to ja wyszłam za mąż i WSZYSTKO się zmieniło! A myślałam że mi TAK już na ZAWSZE zostanie ;)))) Kompleksy pozostały, ale odwrotnie:)

* Bliznę mam. Właściwie to nawet kilka blizn. Ale jedna jest taka konkretna, bo każdy się pyta. Pomiędzy nosem a wargą mam cienką linię. To "pamiątka". Zdobyłam ją w wieku około dwóch latek. Miałam kota, podobno pięknego i rudego. Kot jak to kot, lubił wysokości, a mieszkałam wówczas na 4 pietrze w bloku, więc wysoko jak na standardy kocie:) Więc ów kot, spacerował sobie któregoś dnia po parapecie, a ja, jako dzielna dwulatka chciałam go uratować od niechybnej śmierci jaka jawiła mi się po upadku kota z wysokości owych czterech pięter. Złapałam biedne zwierzę za ogon, i zaczęłam zdejmować z parapetu, żeby go URATOWAĆ. No i kot spadając hamował... na mojej buzi :> Mam bliznę, każdy kto mnie poznaje prędzej czy później pyta o nią.
A ja tak naprawdę nie bardzo kapuję czemu, bo wydaje mi się że nie jest jakoś specjalnie widoczna.
Zresztą, inny kot wypadł nam przez okno z tego czwartego pietra. Nic mu się nie stało na szczęście. Potem już mieszkałam na parterze... Z którego niejednokrotnie sama skakałam (lub na odwrót, gdy zapomniałam kluczy).

* Jestem spod znaku Raka. Cecha szczególna? 10 kroków do przodu, żeby za chwilę wykonać 20 w tył :> Trochę utrudnia to życie. Czasem nawet paskudnie:>

* Decyzje podejmuję szybko. Co ma być to i tak będzie, nie lubię się zbyt długo zastanawiać nad tym co by było gdyby :) I absolutnie nie umiem dogadać się z fatalistami i pesymistami, wkurzają mnie nieziemsko!

* Mam prywatnego, osobistego Miecia, czasem współdziała ze mną jak należy, czasem powoduje pustki w portfelu, lub co gorsza debet na koncie... nie do opanowania :) Miecio ujawnia się zazwyczaj podczas zakupów z zakresu dom, "kraft", "dzieci", książki... Bardziej osobiste zakupy Miecio omija. Teraz Miecio namawia na tarasik, bo ciągle nie mam, a pragnę nieziemsko :>

* Jestem mistrzynią GAF! Nie ma chyba nikogo kto piękniej je popełnia, nawet nie będę o tym pisać, bo wstyd, Ata już się przekonała :). Inna rzecz, aczkolwiek mi się kojarzy: pięknie spadam z krzeseł, i upadam w ogóle. Taka ze mnie upadła kobieta, hehe ;) Podczas jednej z kolęd spadłam z krzesła, tuż przed nosem księdza, do dziś to wspomina :)

* Kilka lat usiłowałam tańczyć w zespołach folklorystycznych. Najpierw jako nastoletnie dziecko, potem jako "dojrzała" dziewczyna. Efekty? Np. takie że podczas jednego z "ekskluzywnych" występów wykonywałam poloneza w pięknej zwiewnej sukienusi. Wszystko byłoby fajnie, bo wyjątkowo się nie pomyliłam i nie potknęłam, jednak po zejściu ze sceny usłyszałam komentarze dziewczyn obserwujących występ:
- Aśka, czemu Iwona się nie uśmiechała???
- A ty byś się śmiała gdybyś halki na tyłku nie miała ????...
Hmmm, wtedy zrozumiałam czemu panowie tak intensywnie wpatrywali się w te moje "pląsy" .
Aaaa, jedyny plus - nadal miałam wówczas niedowagę, więc przynajmniej "nieźle" wyglądałam:)))
Nie wspomnę ile razy zaplatałam się w kable, kabelki, albo zostałam sama na scenie...
Jakiś czas później zakończyłam karierę "tancerki", nie mniej sentyment do tańców ludowych pozostał:)
W kapeli owego zespołu na skrzypeczkach grał Norbi, bywało śmiesznie :)

* Mam kilka zawodów. W niektórych z nich pracowałam, w innych nie. Najciekawsze posiadane"tytuły": Operator ruchu turystycznego(nie wypracowany) oraz  Czeladnik mechaniki precyzyjnej, specjalność audioprotetyka (12 lat pracy) ;)) Kiedyś koleżanki się śmiały, że za same tytuły techniczne powinnam awansem dostać tytuł magistra:) I tak go dostałam, wcześniej jednak musiałam się trochę o niego postarać - a dyplom od lat nieodebrany, bo nie mam przecież czasu obiegówki wypełnić :>

* Mam kilka dziwnych przypadłości. Z dziwniejszych: jeżeli coś leży na podłodze, i ja WIEM o tym, bo widzę przecież (wzrok mi nie szwankuje), a nie podniosę tego od razu, to więcej niż pewne że za chwilę się o to potknę i przewrócę. Wyobraźcie sobie jak się czułam mając raczkujące dziecko :>
Inna : nie znoszę wyrabiania ciasta, nienawidzę oblepionych ciastem rąk! Ale "kraftować" uwielbiam, mimo obrzydzenia do oblepionych klejem dłoni :> których zresztą nie kremuję, bo NIE MOGĘ!!!

* Uwielbiam zwiedzać. Czasem włącza mi się taki "chodzik" w nogach i głowie że zatrzymać się nie mogę. Właśnie zaczyna mnie nosić. Już bym gdzieś pojechała, zwiedziła, zobaczyła... Tylko czasu ciągle nie mam :>

* Boję się! Bardzo się boję ciemności, KOSMITÓW i wysokości.
Przy czym:
- nie okazuję strachu przed ciemnością przy dzieciach - nie chcę żeby one miały takie lęki, wiem jak bardzo są ograniczające. I młode się nie boją, w ciemno idą w ciemno!!!
- uważam że szybciej mogę spotkać kosmitę, niż ducha:) Staram się nie jeździć przez las po zmroku, bo wtedy kosmitów najwięcej, szczególnie w CIEMNYM lesie :)))
- mimo lęku wysokości uwielbiam góry:) W ten sposób staram się pokonać ten swój lęk:)

*  Na koniec, mam trudne włosy :)))
Są sztywne i proste (choć teraz już się "puszą") Kilka lat temu przed "wielkim wyjściem" spędziłam w salonie fryzjerskim TRZY I PÓŁ godziny! Przy czym fryzjerka, przez pierwsze pół zachwycała się "pięknym, zdrowym włosem", po kolejnych 30stu,  klęła pod nosem... Miałam wówczas krótkie włosy, takie trochę za ucho ;) Potem, gdy chciałam ponownie się umówić na cięcie i czesanie, dziwnym trafem nigdy juz nie miała czasu... Fryzjerka do której dziś chadzam, również nie umawia innych klientek w tym samym czasie co mnie, mimo tego że moje włosy są już zniszczone, więc teoretycznie "łatwiejsze w obsłudze" :)))) I gdybym ich nie farbowała byłabym SIWA:> Taki bonus do posagu od kochających rodziców:))))

I wystarczy. Więcej grzechów nie pamiętam.
Mówiłam, same nudy:>
A do zabawy zapraszam
Atę, Maknetę, Szajenkę, Tukarę.
Znaczy BEREK ;)))

Pozdrawiam ciepło

12 marca 2011

Pająki

i inne dziwolągi.

- Mamo, zostanę kaskaderem! - Oznajmił Jan coś koło tygodnia temu.
Nie przejęłam się zbytnio, dopóki synu nie rozpoczął "legularnych" ćwiczeń. Bo kaskader "sportowy" musi być  "gientki".
I w tym momencie łuska z oczu opadła, a wizja ponownie połamanego dziecięcia skutecznie skrzydeł dodała w ostrzeganiu potomka przed niechybną zgubą, wspominając o zawiłościach losów kaskadera zawodowego. Nie odpuścił jeszcze, tylko ćwiczenia na czas intensywnych przemyśleń zarzucił. Ufff!

Jeden zero dla matki ( w zawieszeniu).

Minął dzień jeden - czyli moment, chwila zaledwie.
Johny wpada do kuchni z pytaniem: Mamo, czy są zawody "spajdermeńskie"????
Matka otumaniona nieco oparami gotowanego obiadu, na zgubę własną, pomyślała (zbyt szybko tym razem), i podpowiedziała uczynnie: Alpinista być może...
Po uzupełnieniu wiedzy w zakresie wykonywania oraz zdobycia niezbędnych uprawnień do wyżej wspomnianego "zawodu" (głupia, głupia matka!), Jan zapalił się do pomysłu, informując nagle struchlałą (opary opadły!) matkę ponownie: Idę ćwiczyć...
I poszedł:>
Kolejna wizja złamań - a ja naprawdę chcę już zapomnieć o wózku spacerowym, na którym to lat temu dwa ciągaliśmy Jana w te i nazad, bo on sam miał gips od palców lewej nogi po pachwinę...  Czyli unieruchomienie skuteczne, na czas dwóch tygodni.
Przez pozostałe trzy śmigał po podłodze, szybciej niż przed gipsem, mimo dodatkowego "dociążenia" posiadanego już gipsu, gipsem budowlanym, dołożonym hojną ręką ojcowską w miejsca dziwnie przetarte... Zbrojenie też nie miało by wpływu na szybkość poruszania się Janka, jak również na trwałość owego gispu. Za to lekarz podczas zdejmowania miał ubaw - bo my ZAWSZE zapewniamy dodatkowe atrakcje, :))))

We wtorek Jan przechodził kryzys. Zawodowy.
Otóż, wreszcie!, dotarło do małej łepetyny, że czyn który "zamierzał" uskutecznić, czyli dobrowolne podstawienie się "ogromniastemu" pająkowi do ukąszenia, celem wiadomym: wykonywanie upragnionego zawodu "spajdermeńskiego", jest zabójczo... bolesny! Tłumaczenie matki że śmiertelnym być nawet może, nie skutkowało jak należy. Ojcowskie objaśnienie kwestii "bólowej" odniosło skutek (facet facetowi tłumaczem). Matka na tym polu nie ma czym zabłysnąć bo "się nie zna" :>
Po chwili słyszymy:
Jan: "Tosia!!!! Daj się ukąsić pająkowi! Będziesz spajdermenką! I będziesz miała MOC!
A ja będę Ci pomagał bić wroga!!! Przysięgam że "fajosko" jest być spajdermenem !!"

Tosia grzecznie i stanowczo ODMÓWIŁA :))) (chyba ciągle woli być KAPCIUSZKIEM. Chyba też niespecjalnie wierzy w entuzjastyczne Jankowe "fajosko")
Za to Jan w ramach rekompensowania sobie utraconych właśnie złudzeń, zapragnął zostać...
 BATMANEM:)))

Dwa zero dla matki. Tymczasem.

Pocieszające jest to że w kraju który radośnie sobie zamieszkujemy, "ogromniaste" pająki w naturze NIE występują (wszak to nie Australia).
Jednakowoż znając możliwości i upór własnego dziecięcia, jego rodziciele nie wykluczają uporczywego poszukiwania terrarium ze zwierzęciem spełniającym kryteria (tak naprawdę szczegółowo znane tylko Johnowi), toteż TYLKO dlatego cała akcja jawi się im jako potencjalnie niebezpieczna. I wcale nie niedorzeczna! Co to, to nie. Nie z Jankiem te numery :)

Na pocieszenie Syna, i z rozpędu, bo zbyt późno wpadł na pomysł  zaposiąścia umiejętności zawodowych "nietoperza", powstało takie coś:




Swoją drogą, taki Batman to też ma przechlapane życie. I skąd ja wytrzasnę radary ??????

Przy okazji monologi z życia codziennego Jana, z racji na obchodzone właśnie święto), dzisiejszy ranek:

-  "Mamo, czy musisz siedzieć przy komputerze i milczeć" ???
- "Mamo, czy mogę na rajstopy założyć te nowe skarpetki ze spajdermenem??? Po potwierdzeniu:
- "Będę wyglądał BOSKO" !!! ;)))
-  Mamo, a mogę nam zbudować "klimazytację"? Ale taką "porfesjonalną"... (cokolwiek to znaczy, brzmi obiecująco, mówią że lato znowu będzie upalne) :))))

Przyszłość szykuje się niezwykle zaskakująca :)

Pozdrawiam ciepło:)

9 marca 2011

Kobieta

Pytanie mnie nurtuje.
Mnie jako kobietę właśnie. Co w świetle minionego Dnia Kobiet jest pytaniem niezwykle aktualnym. Mianowicie, jak to jest z nami kobietami? Czy aby na pewno powinnyśmy umieć to co nam się wmawia że musimy... albo że zgodnie ze stereotypem, powszechnie panującym i właściwie już odgórnie przyjętym, to kobieta zawsze MUSI.
I  nie o byle jakie  MUSI tu chodzi, ale o TO z wydźwiękiem GLOBALNYM.
Pytam tylko, bo mi się pęta po głowie pytań sporo.
I martwić się zaczynam żeby od tego pętania całkowicie się nie zakręcić.
A zaczęło się od tego - co poniższym pytaniem wyjaśnię:

Co robi kobieta, matka dzieciom, przygotowująca urodzinowy kinderbal syna???
Włącza piekarnik.
Normalne.
Co dalej???
Piecze.
Ale co???
Może biszkopcik na torcik???
HA HA HA...
dobre sobie, a jakie banalne...
bowiem...
całkowicie niebanalna kobieta zaczyna od pieczenia...
ale...

...RĘKAWICY KUCHENNEJ!!!!
Niby żadna sztuka, i właśnie mi się udała :>
Smacznego ???
Raczej nie :)
Smrodek i dymek za to wokoło :>

Jak się ma talent, to można. Wszystko można, i różnie też.  Choć takiego przypadku w mojej kuchni jeszcze nie było, a różne cuda się zdarzały.
Jakie to szczęście że to nie kot na przykład, albo baran...
Tzn. baran syna mojego, maskotka taka, bez nóżek już i bez rączek, ale nadal wielbiona i ukochana... i "zapachowa", bo nijak synu nie pozwala wyprać. Dlaczego??? To oczywiste, bo "będzie śmierdziała"...

Wracając do pytania nurtującego...
Osobisty właśnie się zastanawia czy ON by tak potrafił. Z tą rękawicą.
Zostawiłam biedaka zadumanego. Niech sobie chłopak poduma. Co mi tam. Mówią że dobrze od czasu do czasu umysł poćwiczyć. Na zdrowie zatem niech mu idzie ;)
Ja tam twierdzę że takie "pieczenie" to żadna sztuka, właściwie gdyby się wcale nie głęboko zastanowić to - bez urazy - każdy głupi umie upiec rękawicę kuchenną...
No i czemu zaraz wyskakiwać z teoriami że tylko kobiecie się to może przytrafić???
Znaczy że co, facet nie umie piekarnika włączyć??? Czy raczej obsłużyć takiej rękawicy???
Osobiście ważne dla mnie pytanie brzmi następująco: jak ta rękawica znalazła się w piekarniku???
Bo tego za groma przypomnieć sobie nie mogę... A to istota całej sprawy, prawda?
A z globalnością to ja się nie zgadzam, nie MUSZĘ wszystkiego, o! I nie wstydzę się być kobietą, bo rękawicę upiekłam pierwszy raz w życiu, a to też jakieś osiągnięcie. I niebanalną być to jest dopiero COŚ :)
 No i żeby nie było że Osobisty to szowinista jakowyś! Co to to NIE! Osobisty KOBIETY w powadze ma i szacunku także :) Tylko czasem nie nadąża za logiką - co bywa logiczne w niektórych sytuacjach:))))

Dla relaksu i zmiany tematu, bo w głowie zaczyna mi się już roić od głupot, a myśli me "nieuczesane" być zaczynają, pokażę co zmajstrowałam sobie .
Miesiąc majstrowałam, wzdychałam  ale majstrowałam, bo tak globalnie... to umiem i czasem mi się chce, a NAWET UDAJE :)))



Kuleczek kilka w tej środkowej części właśnie dodałam przed chwilą. Goło w tym miejscu było, co zdjęcie doskonale wykazało :) A kolorowo, bo się wzorowałam:


I  naszyjnik jakby bogatszy kolorystycznie wyszedł, a mi się już tak bardzo ckni do kolorków!!! Takich z łąki latem wczesnym! Jak ja chcę już tej łąki!

No to idę. Rozejrzę się czy nie zdziałałam znowu czegoś "niebanalnego" w okolicy, i zmykam spać :)))

Papapa

5 marca 2011

Wreszcie

znalazłam wieszak:)
Nie byle jaki, w dodatku FUNKCJONALNY!
Funkcjonalność jego polega na zastosowaniu.
To wieszak na papier, toaletowy dodam dla wyjaśnienia, więc funkcjonalny niezwykle :)
Brakowało mi tego "gadżetu" niezmiernie, ale też poszukiwałam czegoś... nazwijmy to NIEBANALNYM ;)
I mam, niebanalny, naścienny i żeliwny w dodatku :)
Wyglądał tak:


Teraz wygląda tak:

Wieszak w tej wersji doskonale wpisał się w wystrój łazienki.
Prosta rzecz a cieszy:)
I wisi, zarówno ku ozdobie jak i funkcjonalności ;)


 Przechadzając się po moim ulubionym sklepie, starałam się usilnie wcielić w życie plan pt.: nie będę szaleć...
I chyba przez ciagłe powtarzanie tego zdania, niemal jak mantry, ostatecznie mój plan się powiódł! Udało mi się kupić, prócz wieszaka, "tylko" kilka maleńkich drobiazgów, i to "tylko" dlatego że nie mogłam oprzeć się ich urokowi. No bo przecież nie mogłam :





Naprawdę uważam że wykazałam się niezwykłym spokojem i rozsądkiem, ponieważ towaru o niezwykle kuszącej urodzie w tym sklepie jest MNÓSTWO, niestety ;)
Ale ja dzielna jestem!

Pozdrawiam ciepło:)

4 marca 2011

Piąteczka

To moja ulubiona liczba. Chyba nawet szczęśliwa? Lubię liczbę pięć, a dziś jeszcze chyba bardziej.
Bo dziś mój syn kończy PIĘĆ LAT :)


Wyciągnęłam albumy ze zdjęciami, i tak sobie przedłużając ranek, po wyekspediowaniu rodziny do prac i przedszkoli, ległam w łóżku.
Otoczona zdjęciami wpadłam w "odmęty  wspomnień"...
Mój Janek ma pięć lat!
Niesamowite, jak ten czas szybko zleciał... Dopiero był maleńki



Mijały tygodnie, tygodnie zmieniały się w miesiące...




... miesiące zmieniły się w lata...
I mój mądry Johny poszedł do przedszkola...
Nareszcie spełniło się jego marzenie! Mógł chodzić TAM razem z siostrą:)


Dziś mój dzielny, mądry synek ma PIĘĆ LAT!
Kiedy to się stało???

Na tym zdjęciu z babcią Kazią:)
Roczny Janek z  Babcią - Solenizantką - 4.03. to dzień imienin mojej Mamy:)
Mamuś, wszystkiego NAJ NAJ NAJ!!

A tobie Synku życzę spełnienia wszystkich marzeń,
 rośnij mądry, zdrowy i szczęśliwy.
Niech nigdy nie zabraknie Ci tej dziecięcej radości, 
Bądź kochany i kochający.
Bądź sobą:)

No i się pobeczałam...
Zmykam, bo coś tkliwie się zrobiło.

Papa

28 lutego 2011

Ponownie

prezentowo:)
Sobotę spędziliśmy bardzo rodzinnie i bardzo gościnnie:)
Przedpołudnie spędziliśmy na "proszonej" podwójnej imprezie urodzinowej. Podwójnej, bowiem dwóch braciszków obchodzi swoje urodziny prawie w jednym czasie, więc razem gości zapraszają i dobrze się bawią:)


Jako że starszy z braci uwielbia CZYTAĆ KSIĄŻKI - dodać muszę, że czytał płynnie w wieku pięciu lat, prezenty były ksiązkowe, zarówno dla jednego rozrabiaki jak i drugiego:) Bo młodszy ma stale zaszczepianą miłość do książek - dzięki starszemu bratu który często młodziakowi czyta! Tak więc książeczki zakupione. Ale co dalej? Nie miałam pomysłu zupełnie.Na pomoc przyszła mama chłopaków, która zasugerowała uszycie zakładek do owych książek, twierdząc że chłopaki mają braki w tym zakresie. I tak powstały takie o to zakładeczki :


Teraz chłopaki mogą pędzić... pędzić do wiedzy :))) Choć mam nadzieję że z tym pędem nie przesadzę... bo matka może nie nadążyć, a to może stanowić problem :)))
Dodam że obszycie to tzw haft swobodny, który w moim wydaniu jest... mocno swobodny:)
Dorzuciłam jeszcze jeden drobiazg od siebie:

Uszyłam "anielskich braciszków" - aniołki do powieszenia na ścianę, wspólnego pokoju chłopaków. Teraz jeszcze "ktoś" prócz mamy, ma oko na rozrabiaków:)

W domu przygotowałam niespodziankę dla mojej rodziny. Obiadową.
Niespodzianka polegała na konieczności przygotowania swojego dania samodzielnie:)
A do tego celu wykorzystaliśmy takie coś:

Ktoś już zgadł co to???
Wyjaśniam. To mój zaginiony od lat garnek do founde! Przepadł, i żadne ogłoszenia, nie przynosiły efektu. Czynione wielokrotne próby poszukiwawcze również były bez celowe:> 
I wreszcie, po planowanych od dawna porządkach w naszych "szafach eko" - czyli kartonach przeprowadzkowych (tak, wiem ile to czasu ...), odnalazłam kartonik z tak pożądaną zawartością:)))


I tak, w przygotowanym dzień wcześniej pysznym bulionie każdy mógł SAM przygotować sobie na obiad to na co miał ochotę. Polecam, pyszna zabawa:)

Pozdrawiam ciepło i SŁONECZNIE!

25 lutego 2011

Dojrzewam

od pewnego czasu,
dobra, ściemniać nie będę, wyznam szczerze, od kilku miesięcy już dojrzewam...
Dojrzewa, kiełkuje, wzrasta w mojej głowie COŚ :)
Wzrasta, czyli od dawna "chodzi" za mną pewien projekt. Przez kilkanaście dni najpierw klarował się, dojrzewał, żeby zacząć pączkować i... wtedy zaczęły się schody.
Schody w postaci braku możliwości wykonania, z głupiego powodu - brak ELEMENTU:(. Znaczy zima znowu przymroziła ... I poooszło w miesiące...
Bo DŁUUUUGO poszukiwałam ostatniego, niezbędnego COSIA do wykonania mego pączkującego wciąż PROJEKTU.
Tupałam z niecierpliwości. Poszukiwałam intensywnie, angażując w to różne osoby. Nie poddawałam się, nie traciłam nadziei. I kicha. Pączek zaczął usychać.
Normalnie jak w melodramacie.
Wreszcie ujrzałam światełko  w ogrodzie :)
Dorwałam ów brakujący "element" . Pączek znowu dostał szansę na rozkwit.
Jak wspomniałam, projekt jest w głowie,  w odmętach "myśli nieuczesanych", nieco już ewaluował, wyklarował się i rozjaśnił i...
na razie czeka na DECYZJĘ o ROZPOCZĘCIU prac :> Czyli, w wolnym tłumaczeniu, na odejście "zimy tfórczej" :>
Bo nagle odwaga mnie opuściła :> I zapał jakby też.
Znaczy mrozi!
Jak długo może trwać dojrzewanie w TAKICH warunkach?

Więc dla odprężenia, i dalszego skutecznego (mam nadzieję), dojrzewania skupiłam się na zamówieniu filcowym.
Znajoma znajomej zażyczyła sobie kolczyków. A żebym się nie nudziła poprosiła o kolczykowe słoneczniki.
I przestałam zawracać sobie głowę ewaluującym miesiącami PROJEKTEM :> Na razie :)))
Czemu? A usiłowała któraś trafić igłą w malusienieczki strzępek filcyku?
No tak, zapomniałam do kogo "gadam". Wiem że to zrobiłyście, pewno nie raz nawet.
Tylko że ja niewprawna nadal jestem. No i mam...
Pierwsze igłą dziaranie. To znaczy pierwsza próba słonecznikowa
Wyszło takie coś. I nijak nie przypominało to słoneczników...



Nagietki już raczej.
I straciłam zapał na chwilkę :> Odmarznę, wena powróci i udziergam inne. Bo pomysł już mam, jednak na tę chwilę i okoliczności urlopowe, zrealizuję go dopiero jak mi się rodzina z domu wyprowadzi do palcówek edukująco-pracowniczych :)
Znaczy dojrzeję...
Całkowicie niedawno pokazywałam tu korale koloru czeko z turkusem. Dla dalszej sąsiadki, ale po "widzeniu" bliższa sąsiadka zapałała miłością tkliwą i namiętną do filcoków w wydaniu biżu, i koniecznie zapragnęła takie zaposiąść, na własność, i szyję swą własną.
Udała mi się sąsiadka. Wiecie jak bywa. Czasem ludziska sąsiedzkie horrory opisują. Ja tak nie mam. I oby tak pozostało. Więc żeby nie kusić licha, wzięłam sąsiadkę na swe gabinety, na których rozliczana jestem z sumiennego wykonywania obowiązków zawodowych. A że integrować się ze społecznością wiejską należy nie tylko w wydaniu dziecięcym, to takie "starocie" wstęp na świetlicę również mają. WOLNY!  :) Kawę zrobiłam (bom gościnna), matę rozłożyłam, mydlinki przygotowałam - niespodziewanie wzbudziły niemałe zainteresowanie :))) I przystąpiłam do instruktarzu.
Po krótkim wstępie nastąpiło słynne już kulanie. Sąsiadka bystra jest, w lot pojęła o co chodzi i podczas kulania PIERWSZEJ kulki jej zapał wziął i ... skisł.
Nie rozumiem czemu. Kawę miała, i mnie do towarzystwa instruktażowego...
Skuszona chyba najbardziej wizją kórali pięknych, własnych i naszyjnych,  skutecznie wizualizowaną przez wciąż obecną, judzącą instruktorkę, przebolała dzielnie fakt pogłębiającej się maceracji skóry dłoni (i z drobną pomocą - dolewanie kawy:) - wykonała TO:



Mnie się podobają. Nawet z tym różem :))
A Bliska Sąsiadka?
Też zadowolona. Wszak zrobiła je sama, więc satysfakcja SAMODZIELNIE zagwarantowana:)))
(zaproponowałam jeszcze żeby sobie wykulała kolczyki do kompletu, ale mnie wyśmiała, no to spytałam czy MI pożyczy czasem swoje filcoki, na co usłyszałam miłe: "kulaj się sąsiadka"... :)))
I pewnie wkrótce znowu będę kawę parzyć, bo w trakcie naszego sąsiedzkiego kulania, kolejne sąsiadki dalszowioskowe wpadły na pogawędki. I też zapragnęły zaposiąść TAKIE cuda na szyjach:) Chyba muszę duże warsztaty zrobić, bo co się będę rozdrabniać na pojedyńcze sąsiadki? A tak, za jednym zamachem (i maceracją rączek), pół wioski będzie kulało filcowe kórale. I by szyku i elegancji zadać, na Sumę sobie założy, przez co drugie pół będzie dumnie oprowadzało te swoje ślicznie wystrojone pierwsze -  mężów i "chłopaków" przecież się posiada  :).


Inna koleżanka, Zdzicha jej wdzięczna ksywka brzmi, po obejrzeniu zdjątek owych Blisko Sąsiadkowych koralików, również zapragnęła zaposiąść takie na własność. Jej prośba także spotkała się ze zrozumieniem. Wszak nic bardziej nie uraduje kobiety niż błyskotka uwieszona na ciele KOBIETY:) A szczególnie jeśli KOBIETA ta niedawno obchodziła osiemnaste urodziny! Jednakowoż, nauczona doświadczeniem zaproponowałam niewinnie, wspólne kulanie, a bo kolorek można  pośród różnistych czesanek sobie wybrać, pomacać, poobracać, i pogwarzyć miło, nawet rączęta wymoczyć na błysk...
Niestety. Koleżanka Zdzisława okazała się niezwykle mało wytrwałym kompanem kulania. Bowiem po pierwszej kulce Jej zapał zdechł nieodwołalnie. Żadne namowy, żadne jawiące się perspektywy, posiadania w bardzo niedalekiej przyszłości, odzieży umajonej własnoręcznie wykulną biżu, nie odniosły pożądanego efektu... Zaparła się i tyle...
Szczęściem była na owym kulaniu również zaprawiona w bojach Bliska Sąsiadka, zakasała rękawy (choć obiecywała że mydełka nie tknie), pomogła w wykulaniu kilku kulek, aby powstało TO:



Kolorystycznie tak sobie, ale to moje zdanie. Kolory wybierała sobie NAJBARDZIEJ zainteresowana, czyli Zdzicha, o słabej woli :))) Ma jak chciała, tera się wypowie czy ło to chodziło:)))

A ja tymczasem zmykam dojrzewać, może rozkwitnie wreszcie ten mój projektowy pączek:))
I w międzyczasie ukulam se kórale...
Bez niczyjej łaski, O!

Pozdrawiam miło

EDIT - ZDZICHA właśnie znalzłam jeszcze 2 kulki zielone, bogaciej będzie!!!! Zaraz orabiam, efekt mniej więcej ten sam, tylko zieleń na końcach.