W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





16 lipca 2011

Prezent

zrobiłam sobie sama.
Taki skromny, urodzinowy malutki prezencik:)


Ciuch sobie sprawiłam, i cieszę się jak dziecko, choć prezencik naprawdę skromniutki, ale mnie cieszy :))
Kupiłam sobie bluzkę, żaden z niej cud. Taniutka i skromna przeraźliwie wręcz.
Ale ja miałam CEL kupując tę samą prostotę, co więcej miałam cel i wizję nawet :)))
Oto ten cud:

Zwykła, szara w dodatku. Jak mówiłam prostota w każdym calu :)

Była bo już nie jest, bo sobie wymyśliłam, i teraz wygląda tak:




Sama romantyczność, kobiecość i delikatność, taka kobietka ze mnie teraz będzie:)
Tyle, koniec przechwałek, zmykam do dalszych prac.

Papapa:)

14 lipca 2011

Latem...

Lato różnie się plecie. Bywa mokre przez co nieco melancholijne.
Bywa słoneczne, radosne,szalone, rozpędzone.
Jest wówczas leniwe, upalne, pachnące wodą z jeziora. Takie najbardziej lubię.
Jest kolorowe, rozbuchane zieleniami, czerwieniami, bielami i żółciami.
Lato to bociany dostojnie szybujące nad dojrzewającymi łanami zbóż.
I ich młode rozpychające się w gniazdach.
Ale dla mnie to przede wszystkim czas zapachów.
Odurzające zapachy ziół wszelakich w ogrodzie i na łąkach pobliskich; te mięty, majeranki, rozmaryn, lubczyk, nawet polne maki czy rumianki...
Cudny zapach mokrej ziemi i igliwia w lesie po deszczu.Taki świeży, ciepły, parujący.
To domowe zapachy pieczonych buł i bułeczek, podjadanych jagód, truskawek, kalarepy.
I zapach lawendy, nieco ciężki, ale niezwykle silny, aromatyczny - ten zapach chyba najbardziej kojarzy mi się z letnimi upałami.
Zapachowo dziś będzie :)
Dziś pokazuję moje pierwsze, jeszcze nieforemne, niewprawionymi rękami czynione.
Ale z lawendy z własnego ogrodu, i pachnącej intensywnie tak bardzo że aż fioletowo przed oczyma :)
Moje wrzecionka maleńkie, pachnące odurzająco i słonecznie. Latem pachnące :)







Koślawe, ale podczas naszej eskapady podlaskiej w samochodzie na kolanach plecione.
Ich zapach towarzyszył nam podczas całej podróży, moje dłonie pachniały długo, miałam wrażenie że cała jestem osnuta zapachem lawendy :)
Takie małe wspomnienie lata zrobiłam, na nadchodzące długie zimowe wieczory.
Jeszcze nie raz wspomnę...
jeszcze nie raz westchnę, zatęsknię.

12 lipca 2011

no to dalej...

...dziś z kolei pokażę w jakich okolicznościach odbył się opisywany wcześniej piknik.
Tak jak obiecywałam:)
Co więcej udaje mi się chyba nawet zachować jako tako chronologię wydarzeń ;)
Dodać muszę koniecznie że plan wycieczki nie istniał. Prawie wszystkie miejsca odwiedziliśmy całkowicie spontanicznie. Celem głównym była rzeka Hańcza i Augustów. Frajdę miałam ogromną, bo udało nam się pokazać dzieciakom (i młodzieży) miejsca które dla mnie i Osobistego mają znaczenie sentymentalne,dla nas to była podróż w czasie, dla dzieci atrakcja i świetna zabawa:) Ja zrealizowałam swoje pasje turystyczne, odnalazłam miejsca których jeszcze nie znałam, a bardzo mi się spodobały. I bardzo się cieszę że nasze dzieciaki też złapały turystycznego bakcyla:)
Wyjaśnię tylko szybko, iż ta nowa osoba przemykająca na niektórych zdjęciach, to moja siostra cioteczna Agata. To TA siostra wspominana w poście o mojej Babci. Od kilku lat spędza z nami przynajmniej miesiąc wakacji. Jest z nami również teraz :)
No to pokazuję :D
Najpierw zapakowaliśmy się do auta. Każdy siedział w pozycji wygodnej dla niego, ale niekoniecznie dogodnej dla sąsiada :> Przez co wyglądało to mniej więcej tak:



Pierwszym postojem były Mikołajki. Dawno tam nie byłam, dziś miasteczko wypiękniało,  zrobiło się przestronne, zadbane, ale nic nie straciło ze swojego wcześniejszego klimatu:) No i Król Sielaw nie zniknął!








Następnym punktem,  był Augustów, a dokładniej Studzienniczna.







Zmierzając do kolejnego miejsca natrafiliśmy na:


Potem zupełnie spontanicznie wpadliśmy do Dowspudy :) A tam ujrzeliśmy:




To pałac Paca, tak, tak z tego powiedzonka o Pacu i jego pałacu :)


Imć Pac wybudował piękny pałac, nie nacieszył się nim jednak długo bowiem za swój udział w Powstaniu Listopadowym został ukarany przez cara wywłaszczeniem. Kolejni dzierżawcy rozgrabili dobra, a ostatni z nich rozebrał cegła po cegle. Te cegły posłużyły do budowanych w tamtym czasie koszar wojskowych w Suwałkach. To co widzicie to jedyny, zachowany do dziś fragment owego pałacu, szkoda, bo był naprawdę niezwykle piękny...
Potem było to co zaplanowane, i tak naprawdę cel całej naszej eskapady czyli:

HAŃCZA


Piknik opisywałam we wcześniejszym poście, więc dziś się już zlituję:)
I ostatnim punktem wycieczki były Wigry, dokładnie Klasztor pokamedulski:) Jego położenie, ten klimat, jego dostojność... przepiękne miejsce, które podobnie jak nas kilka lat wcześniej, dziś zachwyciło również dzieci (i młodzież :))







By po trudach dnia trochę odpocząć bo potem wyruszyliśmy w drogę powrotną, w bardzo dłuuuuuuugą podróż powrotną ...


Wyprawa warta była całego wysiłku, szczególnie że miasto przywitało nas niezwykle malowniczo :)


To tyle, długo, ale to prawie same zdjęcia.
A zamieszczam dla zachęty, jeśli macie tylko okazję, lub brak Wam pomysłu na spędzenie czasu wolnego, koniecznie odwiedźcie Podlasie.
Pokazuję Wam tylko jego fragment, i to ten najbardziej znany i popularny. Ale zapewniam, Podlasie to wiele miejsc cichych spokojnych i pełnych uroku, zatem zachęcam:) No i te przepyszne sery i kiełbasy!!!

Pozdrawiam ciepło :)

10 lipca 2011

Kolejność

mam dziś z nią mały problem ... Tyle się działo, że naprawdę nie wiem od czego mam zacząć, chyba jednak spróbuję po kolei, może się uda :)
Zaczęło się jak to zwykle bywa od planów. Tych wakacyjno-urlopowych.
Planujemy krótki urlop. Żeby jednak uatrakcyjnić ten krótki czas jaki mamy spędzić rodzinnie, padło (WRESZCIE!!!!) na "sporty wodne" ;) Wybieramy się bowiem na spływ kajakowy Hańczą ! Doczekać się już nie mogę, a od dziś niecierpliwią się również dzieci. Dziś, chcąc sprawdzić firmę z której zamierzamy wypożyczyć kajaki, wyruszyliśmy w niesamowitą podróż.
I właśnie w tym momencie zaczyna się ten mój problem z kolejnością... Mam tyle do pokazania i opowiedzenia że naprawdę nie wiem od czego by tu zacząć...
Może jednak dziś będzie krótko, bo późna pora już, dzieci padnięte, śpią. Pies szczęśliwy też śpi, czule tuląc się do moich stóp :). moje stopy jednak tez padają... Więc, krótko ale "treściwie"...
Wiadomo że każda porządna wyprawa wymaga przygotowania porządnej wałówki. I przygotowałam, a jakże ;)
Najsampierw focaccia, inspiracja pochodzi z bloga Beaty Lipov  "Lawendowy dom", która polecała focaccię porzeczkową.
Cóż, jako że ze słodkości zaplanowane było co innego, upiekłam focaccię z tego co akurat miałam w domu, czyli z szynką, cebulką i serami: mocarellą i ementalerem, znaczy konkretnie, aczkolwiek bez przesady :). I powiem tylko PYCHA! Polecam, robi się łatwo, szybko i przyjemnie, jeszcze przyjemniej pachnie, rewelacyjnie wygląda a przede wszystkim doskonale smakuje!

Polecam :)
Dla największych głodomorów (a zaręczam nie byli nimi dorośli...), przygotowałam jeszcze bułeczki pszenne:)  Rewelacyjne w smaku, takie jak te tradycyjne sprzed co najmniej dwudziestu lat. Przepis tez wygrzebany gdzieś w necie (nie pamiętam niestety gdzie dokładnie). Niezwykle smaczne, doskonałe w podróż, nie schną, i doskonale pasują do różnych "farszy". Ja podałam je z tegorocznym dżemem rabarbarowo-truskawkowym. 


Na deser upiekłam muffiny z jagodami, uzbieranymi  w sobotę podczas zbierania kurek ( o tym innym razem, spokojnie ;)) Przepis posiadam od lat, podlega różnorodnym modyfikacjom, nie mniej muffiny, za każdym razem są wyśmienite :)


Podczas wizytowania jednego z odwiedzanych dziś miejsc Osobisty skusił się na zakup swojskiej kiełbaski z kramu, a ja dostałam moje ukochane sery (chyba z Korycina??? zapomniałam skąd dokładnie pochodzą, jeśli ktoś się domyśla poproszę o poprawienie). Znam i uwielbiam sery z Wiżajn, te dzisiejsze są bardzo podobne smakowo, doskonale też, te swojskie specjały wpisały się w nasz stół piknikowy :)))




Kawka też była, a jakże :))) I ogórków DUŻO więcej, ale pewne łapki szybciorem poradziły sobie z ilością, choć wcześniej zarzekły się że TEGO to na pewno nie tkną ;P Zniknęło wszystko, i focaccia, i buły, i ser i kiełbasa i ogórasy małosolne... Tylko muffiny ostały się na kolejny postój w podróży, taka ciekawostka...
Wycieczka niezwykle udana, zarówno pod względem krajoznawczym jak i kulinarnym :D
A wkrótce dokładniej POKAŻĘ gdzie byliśmy, bo tymczasem idę ukoić stopy :)

Pozdrawiam ciepło :)