mam nadzieję:)
Dziś, podczas spaceru z dziećmi pracowymi ujrzałam bzu czarnego owoce.
I cóż uczyniły rączęta me od minionej soboty mocno znudzone? Narwały owocu zdrowego, a jakże:) Na nudę najlepsze zajęcie wszak każdy MĄDRY to wie.
Tak przy okazji rwania bzu przypomniał mi się dowcip. Starawy już nieco, ale niezwykle akuratny w zaistniałej sytuacji:)
Otóż, działo sie to za czasów Rewolucji Październikowej. Żydzi zamieszkujący w ów niespokojny czas Matkę Rosyję dostali nakaz "wyprowadzki". Och, biada narodowi uciśnionemu, co robić?!!! Aj, waj, decyzja zapadła: WYNOSIMY SIĘ, do Hameryki, tam bogaty kraj, i dobry dla cudzoziemców! Ale... jeden Żyd, Mosze, przemyślał sprawę, pozastanawiał się i uradził z rodziną :ZOSTAJEMY! Gdzie nam będzie lepiej jak już cała konkurencja wyjedzie??? Toż grzech piniądz szykujący się zostawić tak bez opieki! Nie wolno przecież! Zostajemy, wspieramy rosyjską gospodarkę, a ona wesprze i nas, będziemy żyli w dostatku:))).
Jak Mosze postanowił tak zrobił. Mimo próśb, mimo gróźb, mimo sugestii rodziny, przyjaciół i Rabina, został Mosze w kraju szykującym się do zmian wielkich, w kraju co to każdy biedny bogatym miał zostać...
Po kilku miesiącach okazało się jak wielki błąd Mosze popełnił, jak wielkim kłamstwem były składane obietnice (wiadomo bez zbytniego zagłębiania się:>), i westchnął Mosze z rozpaczą, a możliwości wyjazdu już nie było, niestety... i zapłakał Mosze gdy listy od rodziny i przyjaciół zaczęły napływać. a w tych listach czytał Mosze, jaka ta Ameryka bogata, ogromna, mlekiem płynąca, i dolarem się ścieląca. I pytali go w tych listach, jak to Mosze żyje w tym Kraju Rad, czy jest mu tam dobrze, życie w dostatki opływa... I nie wiedział biedny Mosze co odpisać rodzinie ma. Jakich słów użyć, które oddały by cała prawdę, jak napisać żeby CENZOR sie nie przyczepił i na Sybir nie wysłał, no jak???
I wymyślił Mosze, i napisał tak:
Kochani!!!!
Dobrze mi tu!
Taki mi tu dobrze!!!!!
Tak mi tu dobrze!!!!!!
Że dobrze mi tak!!!
Dobre? Dla mnie tak, bo zbierałam dziś ten bez, zachłannie, myśląc jak ten biedny Mosze: narwę, narobię, i będę mieć. Dorwę, dorobię, będę WIĘCEJ mieć. A w domu zapłakałam...
Ach, jaki człowiek głupi bo chciwy!
A jeszcze dzieci pracowe na grzyby wyciągnęły, bez zerwany w krzaczkach ukryłam:), i poszłam przez łąki, do lasku nietypowego. I znalazłam! 15 koźlarzy, 4 prawdziwki, 1 czerwony łepek!
Całe 30 minut mi to zajęło, dzieci maślaczków nazbierały, zdziwione że prawdziweczków nie zauważyły:)
I wróciłam do domu obładowana, rower się uginał od "ciężarów" i stanęłam nad zlewem celem umycia owoców zebranych, i nastawiłam je na sok, a gdy pyrkotały wolniutko za grzybki się zabrałam.
Oj ty głupi Mosze...
I znowu się suszą, znowu się duszą i znowu ...
A po ostatniej sobocie obiecał sobie ten człowiek, który kryje się we mnie, że w najbliższym czasie nie tknie przetworów,nie pójdzie do lasu, nawet jeśli będzie miał ten człowiek na mysli spacerek. Nie pójdzie, bo wie czy sie to skończy! I poszedł głupi... i przyniósł...
A w sobotę przecie kosz WIELKI grzybów przyniósł. I jeszcze jak ten durny latał po lesie i się w głos cieszył do tych najmniejszych podgrzybeczków, co to pięknie będą w marynacie sobie wyglądać, jak durny jakiś... Jak głupi 20 prawdziwków naznosił , i kompletnie zgłupiał bo zdjęcia żadnego nie zrobił, ot, taka durnota! A potem do niedzieli przetwarzał te zbiory woje, i już sie nie cieszył na widok tych najmniejszych podgrzybeczków, już nie...
Soki pozlewane, stygną sobie. Grzyby sie suszą, reszta się udusiła z cebulką. Będzie na jutrzejszy obiad.
Nie narzekam, co to to nie. Chciałam? Mam i się cieszę, naprawdę, ale przez chwilę zwątpiłam, przez chwilkę jeno:))) 2 prawdziwki które dziś znalazłam wyglądały tak:
Oba ZDROWE, zajęły mi 2 "pietra" suszarki. 2 mniejsze były robaczywe, ciekawe...
Pozostałe 2 piętra suszarki zajęły wszystkie koźlarze i czerwony:) Bogaty zbiór, mimo że szybki w uzyskaniu:)))
Spoglądam na gabaryty tych dzisiejszych grzybków, jutro wkleję w tym miejscu zdjęcie historyczne, o tematyce pokrewnej:) Muszę, dla porównania:) Ale to już jutro. Jutro nadeszło:) Oto obiecane zdjęcie:
Na zdjęciu Janek z moja mamą:) Jas miał wówczas 6 m-cy, codziennie chodziłam z nim na spacery wózkowe. W sierpniu był wówczas niesamowity wysyp grzybów. To były pierwsze Jankowe grzybobrania. Ten "grzyb" na zdjęciu to borowik, rósł sobie przy drodze:))) Dodam tylko że kapelusz był cały zdrowy. Teraz rozumiecie miłość mego syna do zbieractwa grzybowego? Wszystko przeze mnie :)))
Poza tymi, jakże frapującymi zajęciami, przerobiłam jeszcze kilka pomidorów, trochę własnych, trochę dokupionych. Ktoś w ostatnich komentarzach dotyczących przetworzenia przecierowego wspomniał że zalewał przecierem własnej roboty, pomidorki koktajlowe. Posiadam sporą ilość tych ostatnich, właśnie zamknęłam je w słoikach, zalawszy przygotowanym uprzednio przecierem pomidorowym, wyglądają niezwykle smakowicie:)))
Na koniec, dla oddechu zdjątka treści ogrodowej pokażę. To ostatnie kwiaty mijającego sezonu letniego, dodam że mocno pojedyncze, jednakowoż urokliwe, to pstrykłam, a co:)))
I tym kwietnym akcentem zakańczam dzisiejsze wynurzenia:)
Oby do jutra:)
Cieplutko pozdrawiam:)
14 września 2010
9 września 2010
Nie wiem...
od czego zacząć...
Choć wiem, chyba chcę odsunąć w czasie "sprawę" o której KTOŚ wspomniał w jednym z ostatnich komentarzy... Dlaczego? Zwyczajnie nie lubię TAKICH sytuacji.
No to najpierw coś niezwykle przyjemnego:))) Strasznie się ucieszyłam gdy juz do mnie dotarło:))
O czym mowa? Co będę gadać po próżnicy, pokazuję:
WIESZAK CUDNEJ URODY PRZYSZEDŁ :DDD. Nie sam rzecz jasna przyszedł, tylko przy pomocy poczty, oczywiście:)
Zobaczyłam go u Anity, i dzięki jej uprzejmości stałam się również jego posiadaczką. Zachwyciła mnie jego uroda po zobaczeniu go u Anitki, zapytałam nieśmiało: czy by... Anitka odparła: że by... No i mam:)))
Jest, cieszy me oczy, napawam się nim, jego urodą, kolorem, kształtem.
Będzie wisiał w mojej kuchni.
Będzie. Kiedyś:P
Bowiem kuchnia ciągle czeka na swoją kolej "wykonania", nad czym ja strasznie ubolewam:> Tak więc i ten piękny wieszak będzie czekał. Choć już zaczęłam kombinować gdzie "tymczasem" mógłby sobie zawisnąć i WYGLĄDAĆ:)))
Anitka obdarowała mnie także swymi pięknymi "rękoczynami". Dostałam bowiem, "zaległy"- jak to powiedziała przemiła obdarowująca, zaległy prezent urodzinowy:) Szalenie praktyczny - czyli coś co normalna kobieta uwielbia, a ja, KOBIETA NORMALNA, uwielbiam właśnie prezenty praktyczne:) Zupełnie nie rozumiem jak można mieć problem z kupieniem prezentu? Przecież większość kobiet preferuje prezenty praktyczne, prawda??? No dobra, takie perfumy na przykład to też przyjemny prezent, albo ciuszek jakiś nowy, albo biżu też niegłupie, każdy mówi że to niepraktyczne - ale czy to aby na pewno prawda? Jak dla mnie to najbardziej praktyczne prezenty na świecie:) . Przecież praktyczny prezent nie musi zaraz oznaczać mopa, garnka czy tłuczka, może za to oznaczać właśnie perfumkę, bo praktycznie jest ładnie waniać a nie przeciwnie, albo ładnie być ubranym, bo się innych nie starszy wyglądem niechluja, no rację chyba mam, nie?! Albo proszę uprzejmie takie o cudo:
No i co powiecie??? Prawda że świetny prezent? Śliczny, pięknie wykonany i ... praktyczny!
Już sobie wisi w prali i służy, a co bardziej istotne również: ZDOBI:))))
Woreczek to takie "cóś" jak napisała Anita, na klamerki, ale może mi służyć w dowolny sposób. W związku z czym iż brakowało mi takiego właśnie "klamerkowca", to wisi w pralni, zgodnie z sugerowanym przez autorkę przeznaczeniem. I dobrze mu tam:)))
Uff, no i najgorsze. Prosiły mnie pewne damy o fotę.
Fotę fryzu który dziś świeżo "nabyłam".
O mamo... jak ja nie lubię "być" na zdjęciach... Wolę sama je robić, sama się czepiać fotografowanych, sama ich ustawiać. Próbowałam w desperacji zrobić sobie dzisiaj te zdjęcia sama... I stwierdziłam że bardziej idiotycznych świat nie widział, więc małżonka poprosiłam. Matko, jaka durna sytuacja.
Nie lubię wiedzieć że ktoś robi zdjęcia, z zasady unikam tegoż procederu ile się tylko da. Wyjątek stanowią zdjęcia rodzinne, mam kilka, nielicznych. Głównie na pamiątkę potomnym, co by wiedzieli że dzieci moje matkę miały, bo mnie z zasady na zdjęciach nie ma... nie lubię siebie na fotach i tyle. Takie małe zboczenie i już. Dobra bez zbędnych wstępów, to ja w nowych włosach :>
Ostrzegam, oglądacie na własną odpowiedzialność :>
Fajna fryzurka??? :)
Jeśli zajrzycie do jednego z ostatnich sierpniowych postów, chyba pt. LUBIĘ to zobaczycie że mam tam dłuższe włosy. Obcięłam je na koniec sierpnia, tak na rozpoczęcie nowego roku. Moja fryzjerka bała się jednak obciąć je od razu tak "krótko" (!), i ściachała jakoś dziwnie, jakby od linijki. Głupio wyglądałam, mało tego, w ogóle się ta moja sierść nie układała. No to wróciłam i zmusiłam biedaczkę do cięcia "ostatecznego" :)
Zestresowana była że hej!!! Z pewnym niepokojem pokazała mi lusterko cobym się od tylca przejrzała. Przejrzałam się, a jakże, i zamilkłam... A ona, po tym moim zamilknięciu,nietypowym zresztą, zaczęła wykrzykiwać: Nooo, wiedziałam!!!! Mówiłam że będzie za krótko!!! Mówiłam, ale nie, się uparła!!! Krótko ciachaj, mówiła!!! To ciachałam!!! I co, teraz... Nie dokończyła, bo zobaczyła że ryczę ze śmiechu, pod tą jej pelerynką, rżałam normalnie jak koń nad owsem:DDDD No bo o taki fryz mi właśnie chodziło przecież!!! A w ogóle, zawsze, jeśli już ciachałam długie włosy (a wiele razy takowe miałam na łbie) to zawsze króciutko, na półmęsko, więc ta dzisiejsza fryzura jest dla mnie raczej półdługa, a nie KRÓTKA. Powiedzcie same, Przecież nie jest krótko, co nie? :D
Mówiłam, nie lubię gdy mi ktoś zdjęcia robi. Nie wiem jak się mam zachować, dlatego modelką nie zostałam ;)))
To najładniejsze zdjęcie.Jedno ze 100 które Osobisty dziś cyknął. I co z tego że fryzury dobrze nie widać? Alem sama prawie naturelle, więc nic nie brząchajcie mi tu:)
A to moje ulubione:)) Od dziś będzie w moim profilu. Chciałam więcej takich, wygłupy to moja specjalność.
Osobisty stwierdził że powinny być "naturalne", to macie, głupota... Pozować w sposób "naturalny"nie umiem, nie lubię i już więcej nie chcę. Nikt mnie już do tego nie zmusi, O!
A durszlak do mnie pasuje, z różnych względów, o tym już jednak innym razem.
Dziewczyny, nie proszę o komplementy, ja naprawdę nie lubię siebie na zdjęciach, to raczej ostatnia tego typu sesja. Mam dość. Jestem tak umęczona jakbym co najmniej w kamieniołomach pracowała:>
Koniec balu jak mawiała ulubiona, przyszywana ciotka.
Idę dżem jabłkowy robić, durszlak będzie miał w tym swój mały udział :DDDD
Pozdrawiam
Choć wiem, chyba chcę odsunąć w czasie "sprawę" o której KTOŚ wspomniał w jednym z ostatnich komentarzy... Dlaczego? Zwyczajnie nie lubię TAKICH sytuacji.
No to najpierw coś niezwykle przyjemnego:))) Strasznie się ucieszyłam gdy juz do mnie dotarło:))
O czym mowa? Co będę gadać po próżnicy, pokazuję:
WIESZAK CUDNEJ URODY PRZYSZEDŁ :DDD. Nie sam rzecz jasna przyszedł, tylko przy pomocy poczty, oczywiście:)
Zobaczyłam go u Anity, i dzięki jej uprzejmości stałam się również jego posiadaczką. Zachwyciła mnie jego uroda po zobaczeniu go u Anitki, zapytałam nieśmiało: czy by... Anitka odparła: że by... No i mam:)))
Jest, cieszy me oczy, napawam się nim, jego urodą, kolorem, kształtem.
Będzie wisiał w mojej kuchni.
Będzie. Kiedyś:P
Bowiem kuchnia ciągle czeka na swoją kolej "wykonania", nad czym ja strasznie ubolewam:> Tak więc i ten piękny wieszak będzie czekał. Choć już zaczęłam kombinować gdzie "tymczasem" mógłby sobie zawisnąć i WYGLĄDAĆ:)))
Anitka obdarowała mnie także swymi pięknymi "rękoczynami". Dostałam bowiem, "zaległy"- jak to powiedziała przemiła obdarowująca, zaległy prezent urodzinowy:) Szalenie praktyczny - czyli coś co normalna kobieta uwielbia, a ja, KOBIETA NORMALNA, uwielbiam właśnie prezenty praktyczne:) Zupełnie nie rozumiem jak można mieć problem z kupieniem prezentu? Przecież większość kobiet preferuje prezenty praktyczne, prawda??? No dobra, takie perfumy na przykład to też przyjemny prezent, albo ciuszek jakiś nowy, albo biżu też niegłupie, każdy mówi że to niepraktyczne - ale czy to aby na pewno prawda? Jak dla mnie to najbardziej praktyczne prezenty na świecie:) . Przecież praktyczny prezent nie musi zaraz oznaczać mopa, garnka czy tłuczka, może za to oznaczać właśnie perfumkę, bo praktycznie jest ładnie waniać a nie przeciwnie, albo ładnie być ubranym, bo się innych nie starszy wyglądem niechluja, no rację chyba mam, nie?! Albo proszę uprzejmie takie o cudo:
No i co powiecie??? Prawda że świetny prezent? Śliczny, pięknie wykonany i ... praktyczny!
Już sobie wisi w prali i służy, a co bardziej istotne również: ZDOBI:))))
Woreczek to takie "cóś" jak napisała Anita, na klamerki, ale może mi służyć w dowolny sposób. W związku z czym iż brakowało mi takiego właśnie "klamerkowca", to wisi w pralni, zgodnie z sugerowanym przez autorkę przeznaczeniem. I dobrze mu tam:)))
Uff, no i najgorsze. Prosiły mnie pewne damy o fotę.
Fotę fryzu który dziś świeżo "nabyłam".
O mamo... jak ja nie lubię "być" na zdjęciach... Wolę sama je robić, sama się czepiać fotografowanych, sama ich ustawiać. Próbowałam w desperacji zrobić sobie dzisiaj te zdjęcia sama... I stwierdziłam że bardziej idiotycznych świat nie widział, więc małżonka poprosiłam. Matko, jaka durna sytuacja.
Nie lubię wiedzieć że ktoś robi zdjęcia, z zasady unikam tegoż procederu ile się tylko da. Wyjątek stanowią zdjęcia rodzinne, mam kilka, nielicznych. Głównie na pamiątkę potomnym, co by wiedzieli że dzieci moje matkę miały, bo mnie z zasady na zdjęciach nie ma... nie lubię siebie na fotach i tyle. Takie małe zboczenie i już. Dobra bez zbędnych wstępów, to ja w nowych włosach :>
Ostrzegam, oglądacie na własną odpowiedzialność :>
Fajna fryzurka??? :)
Jeśli zajrzycie do jednego z ostatnich sierpniowych postów, chyba pt. LUBIĘ to zobaczycie że mam tam dłuższe włosy. Obcięłam je na koniec sierpnia, tak na rozpoczęcie nowego roku. Moja fryzjerka bała się jednak obciąć je od razu tak "krótko" (!), i ściachała jakoś dziwnie, jakby od linijki. Głupio wyglądałam, mało tego, w ogóle się ta moja sierść nie układała. No to wróciłam i zmusiłam biedaczkę do cięcia "ostatecznego" :)
Zestresowana była że hej!!! Z pewnym niepokojem pokazała mi lusterko cobym się od tylca przejrzała. Przejrzałam się, a jakże, i zamilkłam... A ona, po tym moim zamilknięciu,nietypowym zresztą, zaczęła wykrzykiwać: Nooo, wiedziałam!!!! Mówiłam że będzie za krótko!!! Mówiłam, ale nie, się uparła!!! Krótko ciachaj, mówiła!!! To ciachałam!!! I co, teraz... Nie dokończyła, bo zobaczyła że ryczę ze śmiechu, pod tą jej pelerynką, rżałam normalnie jak koń nad owsem:DDDD No bo o taki fryz mi właśnie chodziło przecież!!! A w ogóle, zawsze, jeśli już ciachałam długie włosy (a wiele razy takowe miałam na łbie) to zawsze króciutko, na półmęsko, więc ta dzisiejsza fryzura jest dla mnie raczej półdługa, a nie KRÓTKA. Powiedzcie same, Przecież nie jest krótko, co nie? :D
Mówiłam, nie lubię gdy mi ktoś zdjęcia robi. Nie wiem jak się mam zachować, dlatego modelką nie zostałam ;)))
To najładniejsze zdjęcie.Jedno ze 100 które Osobisty dziś cyknął. I co z tego że fryzury dobrze nie widać? Alem sama prawie naturelle, więc nic nie brząchajcie mi tu:)
A to moje ulubione:)) Od dziś będzie w moim profilu. Chciałam więcej takich, wygłupy to moja specjalność.
Osobisty stwierdził że powinny być "naturalne", to macie, głupota... Pozować w sposób "naturalny"nie umiem, nie lubię i już więcej nie chcę. Nikt mnie już do tego nie zmusi, O!
A durszlak do mnie pasuje, z różnych względów, o tym już jednak innym razem.
Dziewczyny, nie proszę o komplementy, ja naprawdę nie lubię siebie na zdjęciach, to raczej ostatnia tego typu sesja. Mam dość. Jestem tak umęczona jakbym co najmniej w kamieniołomach pracowała:>
Koniec balu jak mawiała ulubiona, przyszywana ciotka.
Idę dżem jabłkowy robić, durszlak będzie miał w tym swój mały udział :DDDD
Pozdrawiam
8 września 2010
Takie nic
Nic mi się nie chce.
No niby powsadzałam w słoje kolejne, "dostane" ogórki. Zrobiłam je wg przepisu Aty. Z miodem nawet, więc kolejne zaprawy zdziałane, piwniczka pęcznieje, i niby się dzieje... Ale to takie właściwie... nic... drobiażdżek.
Bo w tym roku te zaprawy to same mi się robią, jakoś łatwo i bez problemu, dlatego "nic":)
Mam już w szkicowniku "projekt" rękodzielniczy. Od jakiegoś czasu już go sobie tam mam. I... nic, ech.
Z braku weny (znowu do kogoś polazła wredota), i na zamknięcie ust swych krasnych - bo ziewałam dnia dzisiejszego jak szalona, kwiatków nazbierałam ;).
Jak rusałka jaka "pląsałam" po łące przed domem, kwiatuszki zbierałam początkowo w celu ich ususzenia, no bo sobie COŚ wymyśliłam, w tych przerwach między kolejnym ziewnięciem :P
I nic... plan zmieniłam, bo... sama nie wiem, pewnie przez to ziewanie nie wyszło co miało wyjść.
Koniec końców, wianuszki uplotłam, bo kwiatki urocze już zerwane, co się miały marnować, choć przecież ususzyć mogłam, jak planowałam :P. No ale ziewałam przecież...
I mam, takie tam...
Takie właśnie wianuszeczki zdziałałam dziś, i... wymiękłam :).
A śliczne są, maleńkie, niebieściutkie i delikatne. Wiszą sobie w mojej sypialni, na nowych (wciąż) półeczkach. I są, bo mi się podobają:) A takie nic przecież:)
Nareszcie też ulubione zdjęcia moich dzieci zyskały oprawę.
W ramki włożyłam podobizny moich pociech, niezbyt aktualne, lecz to ujęcia z gatunku tych"najulubieńszych", to są, i wyglądają:
Te ramki robiłam jeszcze w ubiegłym roku, oczywiście zapomniałam o nich :P
Nie bardzo mi "leżą" TE zdjęcia w TYCH ramkach, ale póki nie będzie mi się chciało tak bardzo jak mi się teraz nie chce, będzie tak jak pokazuję... (dobrze widzicie - zdjęcia czarno-białe są :). Stoją sobie w sypialni, po mojej stronie łóżka, i patrzą... :D
A wianuszki niebieściutkie takie... ładne...
Nie wiem czy i Wy też tak teraz macie. Czy też taki leń Was ogarnął, jak mnie.
Niby ciągle coś robię, niby ciągle się krzątam, ale w ogóle nie widać efektów mojej pracy. Wszystko jakieś takie rozmemłane, niedokończone, nieporządkowane, takie... nic właśnie :P
Wiecie co? Koniec biadolenia, ide do wanny. Może się poprawi?
Mimo kiepskiego stanu umysłu (ależ to brzmi!) i tak serdeczności ślę na pożegnanie dnia dzisiejszego:)
Do jutra uczeszę "myśli swe rozczochrane", nawet dosłownie, bowiem fryzjer mnie czeka, może wraz ze zmianą koafiury, zmieni się też mój stosunek do siebie i świata?
W każdym razie światełko się pojawiło, słabe, ale zawsze:)
I dzień słoneczny był dziś i cieplutki - to też już coś, prawda? :DDD
No niby powsadzałam w słoje kolejne, "dostane" ogórki. Zrobiłam je wg przepisu Aty. Z miodem nawet, więc kolejne zaprawy zdziałane, piwniczka pęcznieje, i niby się dzieje... Ale to takie właściwie... nic... drobiażdżek.
Bo w tym roku te zaprawy to same mi się robią, jakoś łatwo i bez problemu, dlatego "nic":)
Mam już w szkicowniku "projekt" rękodzielniczy. Od jakiegoś czasu już go sobie tam mam. I... nic, ech.
Z braku weny (znowu do kogoś polazła wredota), i na zamknięcie ust swych krasnych - bo ziewałam dnia dzisiejszego jak szalona, kwiatków nazbierałam ;).
Jak rusałka jaka "pląsałam" po łące przed domem, kwiatuszki zbierałam początkowo w celu ich ususzenia, no bo sobie COŚ wymyśliłam, w tych przerwach między kolejnym ziewnięciem :P
I nic... plan zmieniłam, bo... sama nie wiem, pewnie przez to ziewanie nie wyszło co miało wyjść.
Koniec końców, wianuszki uplotłam, bo kwiatki urocze już zerwane, co się miały marnować, choć przecież ususzyć mogłam, jak planowałam :P. No ale ziewałam przecież...
I mam, takie tam...
Takie właśnie wianuszeczki zdziałałam dziś, i... wymiękłam :).
A śliczne są, maleńkie, niebieściutkie i delikatne. Wiszą sobie w mojej sypialni, na nowych (wciąż) półeczkach. I są, bo mi się podobają:) A takie nic przecież:)
Nareszcie też ulubione zdjęcia moich dzieci zyskały oprawę.
W ramki włożyłam podobizny moich pociech, niezbyt aktualne, lecz to ujęcia z gatunku tych"najulubieńszych", to są, i wyglądają:
Te ramki robiłam jeszcze w ubiegłym roku, oczywiście zapomniałam o nich :P
Nie bardzo mi "leżą" TE zdjęcia w TYCH ramkach, ale póki nie będzie mi się chciało tak bardzo jak mi się teraz nie chce, będzie tak jak pokazuję... (dobrze widzicie - zdjęcia czarno-białe są :). Stoją sobie w sypialni, po mojej stronie łóżka, i patrzą... :D
A wianuszki niebieściutkie takie... ładne...
Nie wiem czy i Wy też tak teraz macie. Czy też taki leń Was ogarnął, jak mnie.
Niby ciągle coś robię, niby ciągle się krzątam, ale w ogóle nie widać efektów mojej pracy. Wszystko jakieś takie rozmemłane, niedokończone, nieporządkowane, takie... nic właśnie :P
Wiecie co? Koniec biadolenia, ide do wanny. Może się poprawi?
Mimo kiepskiego stanu umysłu (ależ to brzmi!) i tak serdeczności ślę na pożegnanie dnia dzisiejszego:)
Do jutra uczeszę "myśli swe rozczochrane", nawet dosłownie, bowiem fryzjer mnie czeka, może wraz ze zmianą koafiury, zmieni się też mój stosunek do siebie i świata?
W każdym razie światełko się pojawiło, słabe, ale zawsze:)
I dzień słoneczny był dziś i cieplutki - to też już coś, prawda? :DDD
7 września 2010
Słowo się rzekło
i zapraszam na zapowiadane słodkości:)))
Do wylosowania Anioł Zadziwiony, domek już znany oraz 4 tiulowe saszetki zapachowe: 2 różane, 2 lawendowe (serwetka zostaje u mnie:).
Anioł jest ręcznej (mojej) roboty, na desce, sukienka biała, skrzydła złocone, włosy mogą być "zaplecione" bądź czochrate. Głównym jego zadaniem jest szczęście do dom znosić:)) - zawieszka ze sznurka naturalnego.
Domek większość zna z wcześniejszych wpisów, zakupiony jakiś czas temu, czekał tylko na "okazję", jest to śliczna, rustykalna rameczka na zdjęcie np. rodzinne. Ja już posiadam taki, wybieliłam sobie i ... zdobi:)))
Saszetki to również ręczna robota, szyte z tiulu, ozdobione między innymi decu na tkaninie (lawendowe), zawierają wypełnienie całkowicie naturalne :))) Lawenda mojego "chowu", więc sama natura (płatki różane zbierane i suszone prze mła, nieopodal mojego domu :).
Mam nadzieję że nikt nie czuje się rozczarowany.
Zatem zapraszam serdecznie na moje pierwsze candy. Losowanie 27.10.2010 - w moje imieniny:D
Do wylosowania Anioł Zadziwiony, domek już znany oraz 4 tiulowe saszetki zapachowe: 2 różane, 2 lawendowe (serwetka zostaje u mnie:).
Anioł jest ręcznej (mojej) roboty, na desce, sukienka biała, skrzydła złocone, włosy mogą być "zaplecione" bądź czochrate. Głównym jego zadaniem jest szczęście do dom znosić:)) - zawieszka ze sznurka naturalnego.
Domek większość zna z wcześniejszych wpisów, zakupiony jakiś czas temu, czekał tylko na "okazję", jest to śliczna, rustykalna rameczka na zdjęcie np. rodzinne. Ja już posiadam taki, wybieliłam sobie i ... zdobi:)))
Saszetki to również ręczna robota, szyte z tiulu, ozdobione między innymi decu na tkaninie (lawendowe), zawierają wypełnienie całkowicie naturalne :))) Lawenda mojego "chowu", więc sama natura (płatki różane zbierane i suszone prze mła, nieopodal mojego domu :).
Mam nadzieję że nikt nie czuje się rozczarowany.
Zasady takie same jak wszędzie, przypomnę jeno:
1. Zgłosić chęć swojego uczestnictwa w komentarzach pod niniejszym postem;
2. Umieścić informację o dzisiejszym candy na swoim blogu, wraz z aktywnym linkiem do mojego candy;
3. Osoby anonimowe, nie posiadające bloga proszę o pozostawienie w komentarzu swego adresu mailowego.
Zatem zapraszam serdecznie na moje pierwsze candy. Losowanie 27.10.2010 - w moje imieniny:D
6 września 2010
Ale fajnie:)
Fajnie było:)
O weekendzie minionym mówię:) Od piątkowego popołudnia towarzysko się zaczęło, i niedzielą towarzyską się skończyło:)
W piątek troszkę po wariacku mogliśmy spotkać się z rodzinką. Nie byle jaką, za wielkiej wody bowiem przybywają od czasu do czasu, rodzinne strony odwiedzić, spraw setki pozałatwiać i... wrócić tamże niestety:>
Kto pamiętliwy, przypomni sobie że już wspominałam o wujku chrzestnym mojego Janka. Przyjechał wraz z żoną swą uroczą: śliczną ciocią Olą, jak mówi czule Tosia. Lodami towarzystwo się opchało, nagadało, naśmiało i w parku zabaw pobrykało. I koniec:((( Rozstać się musiało, niestety:(
Ale! Nie jest źle tak całkowicie, ta razą bowiem wredna i zapominalska matka aparatu swego nie zapomniała i kilka zdjątek pstryknęła.
No i teraz wszyscy sie przekonają że ciocia Ola śliczna jest rzeczywiście, a nie tylko w gadaniu:))) O, proszę:
Nastawioną wcześniej nalewkę z owoców róży wczoraj zlałam, jeżynówka też już w butelczynach pięknie wygląda. Smakują obie wybornie, to zdanie również degustującej koleżanki, więc prawie obiektywne:)))
O weekendzie minionym mówię:) Od piątkowego popołudnia towarzysko się zaczęło, i niedzielą towarzyską się skończyło:)
W piątek troszkę po wariacku mogliśmy spotkać się z rodzinką. Nie byle jaką, za wielkiej wody bowiem przybywają od czasu do czasu, rodzinne strony odwiedzić, spraw setki pozałatwiać i... wrócić tamże niestety:>
Kto pamiętliwy, przypomni sobie że już wspominałam o wujku chrzestnym mojego Janka. Przyjechał wraz z żoną swą uroczą: śliczną ciocią Olą, jak mówi czule Tosia. Lodami towarzystwo się opchało, nagadało, naśmiało i w parku zabaw pobrykało. I koniec:((( Rozstać się musiało, niestety:(
Ale! Nie jest źle tak całkowicie, ta razą bowiem wredna i zapominalska matka aparatu swego nie zapomniała i kilka zdjątek pstryknęła.
No i teraz wszyscy sie przekonają że ciocia Ola śliczna jest rzeczywiście, a nie tylko w gadaniu:))) O, proszę:
Mówiłam ?!!! Tosia też:)))
A to już słynny Chrzestny z równie słynnym chrześniakiem:)))
No, i tak towarzysko rozpoczął się nam weekend:)))
A potem przyszła sobota, normalne, po piątku zazwyczaj sobota... Ha, umówiliśmy się dwa dni wcześniej na spotkanko, ze starymi znajomymi, takimi od wywczasów z dziećmi, wypadów nadmorskich i różnych wieczorów (ale to jeszcze zanim te dzieci świat ujrzały) które to rano dania kolejnego się kończyły:) Znamy się lat... o matko, nie zliczę, szczególnie że obaj panowie nasi znają się od dziecięctwa szczęśliwego:).
W sumie miniony weekend niewiele się różnił od tych naszych "starych" spotkań sprzed dzieciowych:) Zaczęło się w sobotę, w niedzielę skończyło - jednak, z przerwą na spanko we własnych domkach, przyzwoicie znaczy:)
I tak sobota, choć początkowo z deczka pracowita, zrobiła się ogniskowo-spacerowa:)))
Niedziela zaś obiadowo - zbieracza:), na grzyby bowiem całym bractwem wyfrunęliśmy, i nieźle się bawiliśmy. Łupy skromne też przynieśliśmy, a co! Zresztą nie szło inaczej, Janek mimo późnej godziny, z lasu wybyć nie chciał, ile się musieliśmy naprosić, naobiecywać, oj! W końcu skuszony wizją kanapki z nuttelą wrócił, cały jednak nieszczęśliwy, bo : "my z mamą to na cały dzień do lasu chodzimy, a nie tak, na kwile".
Ogłaszam jednak wszem i wobec, jeśli spotkacie kiedykolwiek chłopaczka głoszącego takie herezje, to puszczajcie wszystko co mówi mimo uszu!!! Przyrzekam! Ja sie z dzieckiem nie błąkam po kniejach i ostępach dzikich godzinami całymi! Żeby potem nie było, że ja się dziecko zamęczam, czy cóś! Ja najwyżej trzy godzinki z synem spaceruję po lesie, i głównie... gadam:> A właściwie odpowiadam na setki milionów pytań ;))). Bo się Jankowi buzia nie zamyka, i w dodatku zachwyca się wszystkim co napotka:)
Ale grzybów też nazbiera, dzis na ten przykład 3 kozaki znalazł, kilka kurek dorodnych, 2 maślaczki śliczne i podgrzybka, i to SAM OSOBIŚCIE, bez niczyjej pomocy!!! Dodam tylko że ma cztery lata. Cztery i pół, dla ścisłości :)
Ale grzybów też nazbiera, dzis na ten przykład 3 kozaki znalazł, kilka kurek dorodnych, 2 maślaczki śliczne i podgrzybka, i to SAM OSOBIŚCIE, bez niczyjej pomocy!!! Dodam tylko że ma cztery lata. Cztery i pół, dla ścisłości :)
I wszyscy najważniejsi grzybiarze:)
Prawie na koniec dodam że wczoraj, tuż przed przyjazdem gości czeremchy zdążyłam narwać. Jeśli ktoś wie gdzie mu rośnie, niech szybko zbiera, zaczyna opadać, i ptaszorki się też do niej dobierają ze smakiem.
No i co zrobiłam z czeremchą, no co??? Naleweczkę nastawiłam, ot co!
Oto i ONA - czeremcha we własnej osobie:)
Niezwykle dorodna jest tego roku.
Nazbierałam jej tak ok. pół litra. Zasypałam cukrem na razie i czekam. Soki puści, cukier się rozpuści, potem się procentów doleje i... się będzie degustowało:)))
Nastawioną wcześniej nalewkę z owoców róży wczoraj zlałam, jeżynówka też już w butelczynach pięknie wygląda. Smakują obie wybornie, to zdanie również degustującej koleżanki, więc prawie obiektywne:)))
Na koniec już pokażę coś, co nieopodal mojego domu wczoraj znalazłam, jakby popołudniowego zbioru mało było (zmarnować się miały?). Tak mamy rokrocznie:)
Kto powiedział że po lesie trzeba latać godzinami (5 szt!)
U nas grzyby same pod dom podchodzą:))
To i tak skromny zbiór, bywało że i po 12 - 14 kozaczków przynosiłam jednego dnia:)
Tak więc ogłaszam oficjalnie: SEZON GRZYBOWY ROZPOCZĘTY!
I tym miłym dla niektórych ogłoszeniem kończę niniejszego posta.
Do roboty się zabieram, do roboty rękodzielniczej albowiem słodyczki muszę dopieścić, a to już wkrótce:))
Pozdrawiam niedzielnie jeszcze:)
3 września 2010
Pycha :)
No musiałam, musiałam zaproponować Wam ten obiadek:)
Pyszny, lekki i kolorowy:))
Przepis właściwy: 1 kg kabaczka, 0,5 kg pomidorów, 4 cebule, 3 papryki, sól, pieprz, 3/4 szklanki oleju (!!).
Kabaczka obrać, wydrążyć, zetrzeć na tarce, paprykę wydrążyć i pokroić w paseczki. Drobno posiekaną cebulę poddusić na oleju nie rumieniąc, dodać do niej kabaczek, paprykę i wszystkie przyprawy bez pomidorów, dusić pod przykryciem ok. 30 min. Następnie dodać podduszone i przetarte pomidory i dusić jeszcze 10 min. Podawać z ryżem na zimno lub gorąco.
Przepis mam od dawna, gdzieś z internetu. Przejrzałam wczoraj swój "zeszyt" z przepisami i EUREKA! Znalazłam! Mam jeszcze kilka równie apetycznych przepisów kabaczkowych. O nich wkrótce:)
Jakkolwiek przepis oryginalny brzmiał niezwykle apetycznie, aczkolwiek wprowadzić musiałam pewne modyfikacje:) No musiałam, inaczej bym skisła chyba:)
Tak więc kabaczka nie tarkowałam, mamy wszyscy zdrowe zęby, pokroiłam na plasterki. Oleju dałam tyle żeby cebulka się poddusiła. 3/4 szklanki!!!! O mamo, sam tłuszcz!!! Więc ze zbędnego tłuszczu zrezygnowałam:) jak należy na cebulę wrzuciłam kabaczka i paprykę, ale też prócz soli i pieprzu dodałam 3 ząbki czosnku. Dusiłam przez sugerowany w przepisie czas, po czym dodałam pomidory pokrojone jeno w dużą kostkę. Przetarte??? No po co?!?!? Mamałyga miała być?? E tam:)
Podałam jak widać, na ryżu i na ciepło w dodatku. Zaraz biegnę do pracy. I wiecie co? Jestem syta, w miły lekki na brzusiu sposób:)))
To nowa potrawa, musiałam czegoś poszukać z kabaczkiem ponieważ mam go dużo. Obrodził u mnie i u mamy która regularnie ostatnio mnie zaopatruje:)
Dziś po powrocie obiorę sobie dwa kabaczki, pokroję w plasterki i zamrożę. Będą w sam raz zimową porą na leczo i na nowe, dzisiaj prezentowane danie greckie.
A może ktoś jeszcze ma proste w wykonaniu i smaczne dla podniebienia przepisy z kabaczkiem w roli głównej???
Smacznego życzę i polecam:))))
Pyszny, lekki i kolorowy:))
Kabaczek po grecku
Przepis właściwy: 1 kg kabaczka, 0,5 kg pomidorów, 4 cebule, 3 papryki, sól, pieprz, 3/4 szklanki oleju (!!).
Kabaczka obrać, wydrążyć, zetrzeć na tarce, paprykę wydrążyć i pokroić w paseczki. Drobno posiekaną cebulę poddusić na oleju nie rumieniąc, dodać do niej kabaczek, paprykę i wszystkie przyprawy bez pomidorów, dusić pod przykryciem ok. 30 min. Następnie dodać podduszone i przetarte pomidory i dusić jeszcze 10 min. Podawać z ryżem na zimno lub gorąco.
Przepis mam od dawna, gdzieś z internetu. Przejrzałam wczoraj swój "zeszyt" z przepisami i EUREKA! Znalazłam! Mam jeszcze kilka równie apetycznych przepisów kabaczkowych. O nich wkrótce:)
Jakkolwiek przepis oryginalny brzmiał niezwykle apetycznie, aczkolwiek wprowadzić musiałam pewne modyfikacje:) No musiałam, inaczej bym skisła chyba:)
Tak więc kabaczka nie tarkowałam, mamy wszyscy zdrowe zęby, pokroiłam na plasterki. Oleju dałam tyle żeby cebulka się poddusiła. 3/4 szklanki!!!! O mamo, sam tłuszcz!!! Więc ze zbędnego tłuszczu zrezygnowałam:) jak należy na cebulę wrzuciłam kabaczka i paprykę, ale też prócz soli i pieprzu dodałam 3 ząbki czosnku. Dusiłam przez sugerowany w przepisie czas, po czym dodałam pomidory pokrojone jeno w dużą kostkę. Przetarte??? No po co?!?!? Mamałyga miała być?? E tam:)
Podałam jak widać, na ryżu i na ciepło w dodatku. Zaraz biegnę do pracy. I wiecie co? Jestem syta, w miły lekki na brzusiu sposób:)))
To nowa potrawa, musiałam czegoś poszukać z kabaczkiem ponieważ mam go dużo. Obrodził u mnie i u mamy która regularnie ostatnio mnie zaopatruje:)
Dziś po powrocie obiorę sobie dwa kabaczki, pokroję w plasterki i zamrożę. Będą w sam raz zimową porą na leczo i na nowe, dzisiaj prezentowane danie greckie.
A może ktoś jeszcze ma proste w wykonaniu i smaczne dla podniebienia przepisy z kabaczkiem w roli głównej???
Smacznego życzę i polecam:))))
2 września 2010
Zapowiedź
"O szyby deszcz dzwoni,deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany.. płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny..."
Bolesław Staff " Deszcz jesienny"
Tak dziś poetycko zacznę:)
A tytuł? Bo się zapowiada, ba, nawet zapowiadają dwa "wydarzenia".
Pierwsze z nich widzimy wszyscy. Dzieje się oto na naszych oczach, jest to wydarzenie nieodwracalne w skutkach, wręcz przynoszące kolejne, równie nieodwracalne...
I najlepsze - nic z tym biedny człecze nie zdziałasz:P Albowiem, tadadam...
I najlepsze - nic z tym biedny człecze nie zdziałasz:P Albowiem, tadadam...
Mili moi Pani Jesień nadchodzi, i to wielkimi krokami!
Na razie jest tak jakby nie umiała się jeszcze określić co ze sobą ma przynieść: słońce czy deszcz a może wiatr, ciepło czy zimno... - tak różnie dzieje się właśnie za naszymi oknami.
Dziwne rzeczy proszę ja państwa, dziwne, i nieuniknione...
Na razie jest tak jakby nie umiała się jeszcze określić co ze sobą ma przynieść: słońce czy deszcz a może wiatr, ciepło czy zimno... - tak różnie dzieje się właśnie za naszymi oknami.
Dziwne rzeczy proszę ja państwa, dziwne, i nieuniknione...
A wiersz? Pięknie się wplótł w dzisiejszy dzień, tak dziś dzwonią krople deszczu o szyby, tak szumi za oknami. Dla mnie ten wiersz ma jeszcze jeden wymiar - ten rodzinny. Lubię go, bo przypomina mi takie dni, podczas których siadywałyśmy z siostrą w naszym pokoju. Ona z gitarą, ja... hmmm... z głosem;) i śpiewałyśmy. I zaśmiewałyśmy się przy tym do łez nieraz, a bo to jedna, albo druga w tonację nie weszła, albo jeszcze tekst zaczęła przetwarzać, parodiować nawet bezczelnie... Ech, kilkanaście lat od tamtej pory już minęło. A do tego wiersza siostra stworzyła podkład muzyczny, pięknie to brzmiało...
Za oknem deszcze niespokojne - każdy widzi - u nas pada, z przerwami, ale niezmiennie. I śmiesznie w sumie. Najpierw chmurzy się, chmurzy, zaciąga się niebo szarością, granatem, potem nagle leje, a na sam koniec słońce jaśniutkie wychodzi, i chmurki bialutkie na tle błękitnego nieba. Śmiesznie po prostu:)))
Właśnie wyjrzałam przez okno, złapałam aparat i biegiem na balkon. Spieszyłam się jak durnowata, żeby pokazać Wam to:
Piękna prawda??? Rzadki widok minionego lata, rzadki bardzo. Ale nie żałuję absolutnie, słonko świeciło, odpowiednio ciepło było - o to chodziło:))))
Teraz czekam na słynną z piękności Złotą Polską Jesień. Oby wreszcie nastała.
Teraz czekam na słynną z piękności Złotą Polską Jesień. Oby wreszcie nastała.
Druga zapowiedź, ta bardziej banalna dotyczyć będzie puszki ze słodyczami:))) Tak przewrotnie zapowiadam swoje pierwsze candy. Ale to jeszcze nie dziś, zapowiadam jeno.
Hmmmm, wiecie, pierwsze więc tak szumnie zaczynam, od zapowiedzi, podkręcenia atmosfery. To podkręcanie ma też swoje dobre strony, atmosferka kiepska ostatnio - ta dosłowna, zimno, buro i ponuro. Liczę iż moje candy miło się wplecie w panujące za oknami klimaty, może na chwilkę rozwieje słotę, troszke ciepełka wniesie? :)))
Zatem, nieoficjalnie jeszcze zapraszam na swoje pierwsze, nigdy dotąd niezapowiadane, skromne lecz jedyne w swoim rodzaju:
CANDY
Na razie jest to tylko zapowiedź, przedstawienie słodkości wykonanych w dużej mierze przez mła osobiście odbędzie się:
7.09.2010
w godzinach przedpołudniowych:)))
Czemu tego dnia??? To proste, tego dnia mija pierwsza rocznica założenia przeze mnie bloga.
Jest co świętować zważywszy na fakt posiadania przeze mnie "charakteru":))) Niby żadna nowość, każdy normalny człowiek posiada jakiś charakter. No tak, tylko że, ja, miewam okresowo charakter w pewnych kwestiach, że tak powiem... niestały:> Nawet bardzo niestały, i znając siebie nic nie zapowiadało że rok wytrzymam nad klawiaturą kompa, by zademonstrować wszystkim jak to u mnie fajnie jest:))))
Oj, no jest fajnie, ale same rozumiecie, bywa różnie, jak w życiu:)
Żeby się już bardziej nie zapętlić, bo coś dziś ku temu właśnie zmierzam, zapraszam jeszcze raz wszystkich miłych zaglądających. Pamiętajcie: 7.09.2010, serdecznie zapraszam:))))
I tą słodką obietnicą kończę.
Pozdrawiam słodziutko, papapa :))))
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































