W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





11 października 2010

C jak...

... choroba:>
Chora jestem. Przeziębiona niemile.
Z tej mojej desperacji.
Przez to choróbsko kiepsko się czuję, szczególnie od wczorajszego wieczora. Padłam jak kawka w pościele w godzinach mocno wieczornych, znaczy przed 20 jeszcze i spałam jak niemowlę do rana. Właściwie do poranka, jutrzenka bowiem dopiero się na horyzoncie objawiła... Obudziły mnie dziecia szykujące się raźno do wyjścia do placówki opiekuńczej, przedszkolem zwanej.
Wczorajszy dzień spędziliśmy szalenie miło na prawdziwej wsi!!!
Uśmiałam się z koleżanką setnie gdy wspomniałam używane przez siebie określenie na zadawane pytanie przez poznawanych ludzi: gdzie mieszkasz?
No bo co ja mogę odpowiedzieć? Jedyna odpowiedź to moje dumne: NA WSI !
Ha, ha, ha!!! Jak to wieś? Gdzie krów jak na lekarstwo, a z trzody hodowlanej, to tylko tę drobniejszą, pierzastą można spotkać. Często nawet:) I tyle.
Kiedyś były konie. Pamiętam te czasy! Pasły się na łące widocznej z naszego okna w sypialni.
Piękny widoczek, taki "kossakowski" w wyrazie:) Już ich nie ma. Zniknęły gdy tylko się wprowadziliśmy do domu... A taki był śliczny widoczek.
My tak już mamy. Wszystko atrakcyjne wokół nas szybciorem znika. Niestety.
Tak było gdy wprowadzilismy się na swoje pierwsze małżeńskie mieszkanie w mieście.
Co najbardziej nas cieszyło, prócz rzeczonego mieszkania jednoizbowego, oczywiście?
Obok była piekarnia.
Taka staroświecka, z recepturami bez dodatków, ulepszaczy czy spulchniaczy... Czujecie ten zapach świeżo pieczonego chleba? Widzicie te świeżo upieczone bułeczki, rogaliki, drożdżóweczki ????
Ja już trochę zapomniałam.
No i zaraz po wprowadzeniu się, po naszej podróży poślubnej okazało się że piekarnię zamknięto!
Takie nasze szczęście.
A miało być tak... świeżo i pachnąco.
Potem miałam niebywałą przyjemność osobistego poznania Pani Piekarzowej o pięknym, dumnym imieniu Wiktoria. Kobietę lekko zakręconą (ale to pewnie z racji wieku), posiadaczkę jamnika zakopującego na działce wszystkie cenne skarby właścicielki. Kobietę o nieprawdopodobnym uroku:)
Dowiedziałam się że musiała zamknąć piekarnię ponieważ zmarł jej mąż, który to ją prowadził przez te wszystkie lata, a wynajęci przez nią samą piekarze okazali się oszustami. Piekarnia zaczęła przynosić same straty...
Dzis chleb pieczemy sami. Na zakwasie. Od czasu do czasu popełnię jakieś bułki. Pachnie w całym domu:)
Ale to nie to samo co pieczywo z TAMTEJ piekarni, nie to samo...

Ale nie o tym.
Wczorajszy dzień spędziliśmy na WSI prawdziwej. NA uroczystości 4 urodzin słodziaka Wojtka:) Oto Solenizant w całej swej okazałej okazałości:)


Dzieci nasze nacieszyły się obecnością trzody chlewnej większej, znaczy kóz:) Które to wykazały się doskonałą znajomością  zasad dobrego wychowanie i... UCIEKAŁY! Podczas gdy nasze dzieci chciały je nakarmić jabłkami!
Coś wspaniałego zważywszy na niedawny (czerwcowy) pobyt w Kadzidłowie, gdzie dzieciaki podczas karmienia na wybiegu zwierząt wszelakich, nie mogły sie opędzić od kóz, wskakujących z łakomstwa na ich barki, wyrywających karmę z rąk, biegnących za "karmą" w rękach dzieciaków do końca wybiegu...! Szaleństwo:) Nachalne w dodatku.
Wczoraj było na odwrót, i chyba właśnie to najbardziej się podobało naszym dzieciom, wychowywanym poniekąd również na ... wsi:) Zwierzęta które zachowują się normalnie, to one uciekają przed człowiekiem, a nie na odwrót:) A ja durnowata aparatu nie zabrałam w plenery!
Potem dzieci grzebały:)
Grzebały w trawie, żeby nie było. Grzebałam i ja. I Osobisty pogrzebał, a jakże. Grzebaliśmy wszyscy, by wygrzebać takie o:

Wie ktoś co to jest??? Wygrzebane spośród trw i liści...

Wróciliśmy do domu abym mogła legnąć w pościeli, bo coś mnie zaczęło łamać w trakcie powrotu, jakby silniej. A tak się dzielnie trzymałam!
I tyle z moich planów na wieczór.
Chciałam koniecznie dzis już pokazać, moje rodzące się z desperacji próby "naprawienia" pewnych błędów.
I nici na razie jeszcze. Po pierwsze bo jestem słabowita, a po drugie, jeszcze mam brak pewien, i desperacko teraz próbuje się podleczyć, aby go usunąć, bo póki co, to ledwo na klawiaturkę naciskam...
Choć prawie tego nie widać, sądząc po długości postu...
Zaraz znowu idę w pościele, tymczasem na otarcie łez wszystkim mającym nadzieję na pełniejszą relację, przedstawiam takie oto zajawki, TEGO co z desperacji sie narodziło).
Pozdrawiam cieplutko, zdrowia życząc :)






6 października 2010

DESPERACJA

Desperacja mnie ogarnęła!
Ogromna!
Tak ogromna że nie byłam w stanie zapobiec jej skutkom...
W akcie tej desperacji uczyniłam OGROM rzeczy za które nie wiem kto mnie teraz rozliczy, ale niewątpliwie KTOŚ tego dokona ...
Rzeczy to małe, jednakowoż zmieniające WIELE.
NAPRAWDĘ OGROMNĄ MAM DESPERACJĘ!
Dziś niewielkie tylko jej zajawki, skutki zamierzone i uboczne przedstawię wkrótce, w szerszym zakresie.
Wpadłam na moment, na chwilkę, bo zaraz biegnę dalej, natomiast chciałam tylko zaznaczyć iż jestem, choć duchem jeno, ale wkrótce znów zaistnieję.
No to pokazuję, ten mój maleńki wycinek desperacji - to naprawdę drobiażdżki, z większej całości:)






Ściskam cieplutko:))))

29 września 2010

Oj!!!

Worek z prezentami się rozpruł u mnie!!!
I znowu stałam się właścicielka cudeniek nad cudeńkami:))) Co tam będę gadać, spójrzcie proszę:)))

Takie śliczne broszki dostałam:)))) Przepięknej urody, doskonałego wykonania:)) No i się chwalę, bo czemu nie? :)) Kwietnie będzie na mojej garderobie, kwietnie i pięknie:)
Tosia już zauważyła te wszystkie wspaniałe błyskotki i zażyczyła podobnych dla siebie:) Cóż, może i mnie się uda coś podobnego chociaż uczynić?
Na koniec dodam iż  wszystko zapakowane zostało w taki o to gustowny woreczek:

Wszystkie te skarby zawdzięczam niezwykle zdolnej Kobiecie Ivonnie . Bardzo, bardzo dziękuję, gębusia śmieje mi się dziś od samego rana, mimo zgniłej pogody za oknem:))))
Przyznajcie same, CUDA PRAWDZIWE Iwonka tworzy!!!

Dzisiejszy dzień jest w ogóle wyjątkowy.
Otóż dzieci swe miałam w domku o nieprzyzwoicie wczesnej porze, bo już o godz. 14:))) Zawdzięczam to temu że przebywam aktualnie na urlopie, i nadganiam prace domowo -  porządkowe i kuchenne. I tak się fajnie dziś złożyło że dzieciaki wylądowały w domu niezwykle wcześnie.
Wreszcie mogłam spełnić swoją obietnicę, złożoną nieopatrznie w minioną sobotę. A prosiły mnie dziatki o hot-dogi:) Mama zróbmy, zróbmy, plizzzz:wołał Jan:))) Niestety w sobotę się nam nie udało wspólne kucharzenie, toteż niewiele się namyślając zabraliśmy się do pracy dziś. Oto jej efekty:
1. najpierw należy wszystkie składniki na ciasto dokładnie zamieszać:



2. następnie należy ciasto dokładnie zagnieść:


3. żeby na koniec móc zajadać się...

...pysznymi hot-dogami:)))

Zazwyczaj staram się ich zrobić więcej. Nadwyżkę mrożę w kilku pojemnikach, i gdy chcę rozmrażam w mikrofalówce, i mam, świeżutkie pachnące i pyszne na przekąskę... a właściwie moje dzieci mają, ja nie zdążam zazwyczaj nawet ich powąchać:)))
Martwi mnie tylko troszkę jedno... Mianowicie  córa moja zupełnie nie garnie się do pomocy. Wręcz notorycznie jej unika! Dzisiejsze kucharzenie od początku odbywało się przy czynnym udziale i zainteresowaniu w ogóle, wyłącznie Janka. Stwierdziliśmy kiedyś w desperacji prawie że nasza Tosia musi znaleźć sobie wielce posażnego małżona, księcia jakiegoś albo co, z zastępem służb wszelakich do oporządzania księstwa i jej samej, Księżniczki Wielkiej Koronnej:)))  Toś czasem w rozmarzeniu sama nawet dochodzi do powyższych wniosków, twierdząc bezczelnie nieco: księżniczki to mają słodkie życie... Staram się jako ta matka, momentami nawet odpowiedzialna, naprowadzić nieszczęsne dziecko na  tory realizmu, ale jak na razie bez efektów... Oby się dziecku powiodły te plany, bowiem na dzień dzisiejszy kiepsko widzę jej przyszłość:) No chyba że brat będzie jej dogadzał, przynajmniej kulinarnie:)))
Potrzebuje KTOŚ przepisu???

HOT DOGI

ok 1 kg kilograma parówek, ze zdjętą skórką, pokrojonych (każda) na cztery równe części.

Ciasto: 0,5 kg mąki, 2/3 kostki margaryny, 1 szklanka kwaśnej śmietany, 1 łyżka cukru, 4 żółtka, 5 dkg drożdży, szczypta soli. Przepis na ciasto jest uniwersalny ponieważ jeśli dodamy 2 łyżki cukru mamy ciasto na słodkie rogaliki. Można z tego rodzaju ciasta zrobić również paszteciki:)

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni C.
Margarynę roztopić, wymieszać z żółtkami, cukrem i solą i rozrobionymi (tradycyjnie) drożdżami oraz śmietaną. Dodać mąkę. Wyrobić ciasto rękoma. Wałkować porcje, wykrawać paski i przecinać je na małe prostokąty, na każdym układać kawałek parówki i zawijać. Można też położyć pod parówkę cienki plasterek sera żółtego i zawinąć. Przed pieczeniem mozna posmarować białkiem.
Układać na blasze w odstępach 2 cm, piec w piekarniku przez ok. 20 min.
Smacznego:)
Proste prawda? I świetne jako przekąska na jesienno-zimowe wieczory:)

Szybkie w robocie naprawdę, dlatego polecam wszystkim zapracowanym mamusiom.
Żeby nie było, wyjaśnię czemu nie robiłam w sobotę skoro takie szybkie jak twierdzę:P
Nie leniłam się, co to to nie:) Przetworzyłam nieszczęsne kabaczki co to mi w warzywniaku zalegały. Przetworzyłam bo znalazłam na nie wielce apetyczny przepis na garkotłukowym blogu Aty. W między czasie nastawialiśmy z mężem wina, wspominane już wcześniej. Miało być tylko z winogron, a jest jeszcze smakowite i ulubione przez nas ryżowe oraz rodzynkowe:) Rozumiecie, zima idzie...
I tak się zajęliśmy tymi pracami winno-przetwórczymi że nie stało juz czasu na te  błagalne hot - dogi:P
Wiem, złą matka jestem, mało że dzieciom odmówiłam, to jeszcze tłumaczę się idiotycznie... wina pędzeniem w dodatku...

No to ja już zmykam jednak do dalszych porządków, godzina jeszcze młoda, należy ją wykorzystać:)))

Oj! Nie, jeszcze jeden prezent dziś dostałam, toż mówię że gębusia śmieje mi się od rana (a za oknem nadal plucha i zimnica...). Nagrodę dostałam od uzdolnionej aż do zazdrości MaJu:



Wyróżnienie mam kolejne.Choć nie wiem czy do końca na nie zasłużyłam, aczkolwiek dumna sie czuję bowiem znalazłam się pośród niezwykle uzdolnionych dziewcząt, a wytypowanych przez przemiłą MaJu:) Dziekuję, czuję sie niezwykle wyróżniona:)
Jednak nie będę nikogo nominować, po prostu zapraszam do odebrania tego wyróżnienia wszystkie dziewczyny których jestem wierną podglądaczką:)))
Jak wspominałam kiedyś, wdzięczna jestem za wszelkie przejawy wyróżnienia, ale dla mnie NAJWAŻNIEJSZYM wyróżnieniem jest sam fakt iż zaglądacie do mnie tak tłumnie:))) Tak więc, bardzo dziękuję  jeszcze raz, i uprzejmie dopraszam się w przyszłości o KOMENTARZE jeno. Za wyróżnienia bardzo dziękuję:)

Cieplutko pozdrawiam i jeszcze raz serdecznie dziękuję Iwonce - wspaniałą niespodziankę mi przygotowałaś.


27 września 2010

Historia

pewnej znajomości :-D

Zaczęło się niewinnie. Od "listu".
Któregoś upalnego, sierpniowego bodajże dnia podczas przeglądania swojej poczty e-majlowej, patrzę, a tu "list" zaczynający się od słów: "Malowana ścina"...
W pierwszej chwili pomyślałam sobie że ktoś chce mnie z błockiem zamieszać, wytargać po  podłodze i patrzeć czy jeszcze dycham :>
Za co? - myślę w popłochu. Krzywdy nikomu nie zrobiłam, na blogu poprawnie sie wypowiadam - no chyba że błędy potworne (co ma sens!) sadzę i jakaś Pani Nauczycielka chce mnie do porządku przywołać, takie jej prawo... no, rozumiem, ale mimo wszystko, zamarłam nad klawiaturą na dłuższą chwilę, zanim wcisnęłam ikonkę: OTWÓRZ... I czytam z duszą na ramieniu, a tam czarno na białym: droga... miła..., przepraszam..., proszę... No Wersal normalnie i pełna kultura:)
Musiałam zacząć czytać jeszcze raz, albowiem literki deczko rozmywały mi się na ekranie (chyba z emocji i strachu...), i doczytałam że pewna przemiła Dama, po przejrzeniu Werandy Country zapoznała sie z zamieszczonym w niej, między innymi moim, przepisem na chutney. Po czym ścigana ciekawością zajrzała na mojego bloga, i tam ujrzała fragment mojej boazerii:))))
I tak się zaczęła nasza znajomość. Znajomość moja i przesympatycznej Joli :-)))

Za Jej sprawą poznałam kilka ciekawych przepisów na fajne potrawy. Między innymi na TO:

Przepraszam za jakość zdjęcia, ale robione mocno wieczorową porą:)

To chlebek bananowy, który Jola, jako fanka dobrej i prostej kuchni wynalazła na necie na stronie kucharzenia pełną... buzią :). Ja, jako kolejna fanka kuchni nieskomplikowanej i szybkiej nie omieszkałam go wykorzystać, jak widać. Szkoda że nie wiecie jak smakuje! I TEN zapach! Nie ma łatwiejszego sposobu nad samodzielne wykonanie tej potrawy - mnie pomagali moi mali pomocnicy:))) Już w trakcie prac orzekli iż chlebek smakuje "wyśpienicie" :DDD. I tak właśnie jest. Polecam.
Od Joli mam też przepis na zupę, ciepłą i egzotyczną, ale jeszcze jej nie robiłam, ponieważ nie mogę dokopać sie przepisu na nią w moich z Jolą majlach :>
Już widzę komentarz, już słyszę Jej głos pełen oburzenia:)))) 

Czemu dziś o tym piszę? Bo tak! :)))
Bo ciekawe znajomości bardzo często zaczynają się nietypowo.
Zakładając bloga nie przypuszczałam że tyle osób będzie chciało tu zajrzeć, że z tyloma osobami będę miała przyjemność konwersować wirtualnie, że tyle fajnych, pełnych ciepła osób przyjdzie mi "poznać". Niektóre nawet "głosowo", przez telefon:) Strasznie to miłe:) Fajnie jest tez wiedzieć że tak wielu osobom, zupełnie różnym, zarówno pod względem charakteru jak i poglądów, będzie podobało się to co robię, o czym piszę, co pokazuję. A jest to przecież fragment mojego życia. Mojego i mojej rodziny:).A przecież zaczęłam pisać z myślą o tych co "na morzu". Choć w tej sytuacji bardziej adekwatne będzie stwierdzenie  "za morzem"... Zaczęłam pisać również ze względu osobistego, nieistotnego dla tego posta, nie mniej tak się zaczęło.
I proszę. Minął rok, poznałam tak wiele wspaniałych osób, z tak wieloma wymieniam się mejlami, sms-ami, czy nawet rozmawiam przez telefon. Nigdy nie sądziłam że TEN świat tak mnie wciągnie!
Dlaczego? Bo dotąd jeśli ktoś opowiadał mi o blogowaniu, o znajomościach netowych ja tylko powątpiewająco stukałam się w czoło. Szybko zmieniałam temat, ponieważ nie wierzyłam że można nawiązać miłe "stosunki" wirtualnie, mimo wielu doświadczeń najbliższych mi osób - i w dodatku bez podtekstów! :)

Z Jolą mejlujemy nadal od pamiętnego sierpnia. Jej listy zawsze poprawiają mi nastrój. Czekam na nie z niecierpliwością. Dowiedziałam się o Joli wielu "rzeczy", mam nadzieję jeszcze Ją poznawać. Może w realu? Kto wie:)) Na razie jest ok, tak jak jest.
I jeszcze jedno, to kolejna rzecz która doprowadza Ją do złości:))))
Jeśli to czyta ( a wiem że czyta z pewnością !!!:)), już zaczyna się gotować, bowiem zamierzam powiedzieć magiczne, powtarzane od dawna zdanie: ZAKŁADAJ BLOGA KOBIETO!!!!
Jola buduje dom, tych kilka zdjęć ze swojej budowy, które mi podesłała, i miałam przyjemność obejrzeć świadczy o Jej niesamowitym guście:) Te kilka "listów" które napisała świadczy o Jej niesamowitym poczuciu humoru, dystansie do świata (choć są sprawy które podburzają jej krew - jak każdemu:)).
JOLU ZAKŁADAJ BLOGA - po takim poście który wysmarowałam na Twoją część, nie ma możliwości żebyś się wyłgała. Teraz nie tylko ja będę Twoją wierną czytelniczką, zresztą, sama zapewnisz sobie RZESZE wielbicieli i fanów. Załóż bloga, grzecznie proszę :))) Podziel się tym co Ci w duszy gra, a gra że hej, zapewniam Was Kochani Zaglądający w skromne progi mojej Szafy Malowanej:)
Tym postem dziekuję również za Waszą obecność, za Wasze uznanie, dobre słowo , ciepło i radość jakie stały się moim udziałem:) Dziekuję za miłe przyjęcie do świata blogowego:)

DZIĘKUJĘ SERDECZNIE :)))

Dziewczyny, to podziękowanie jest dla Was wszystkich, a Wy już wszystko wiecie...:)))

Miłej nocy życzę :)))

Papapa

22 września 2010

123...

tytuł dziwny, ale zanim o nim, chwalić będę.
I wcale nie siebie.
A nawet nie dzieci swoje.
Chwalić będę koleżankę która talent w paluszkach ma NIESAMOWITY!!!
Podziwiam od poniedziałku, JEJ DZIEŁO którego właśnie stałam się właścicielką :)
Dumną dodam, ot co :-D
Prezent dostałam, przecudnej urody, który to powalił mnie na kolana, ba! Co tam kolana, ja wstać nie mogłam po tym powaleniu. A dostałam... tamtaratam:

A nie mówiłam że piękności ?!?!

No to jeszcze zbliżenie, by doceniona została niesamowita precyzja wykonania. Dla mnie majstersztyk :)


I jeszcze COŚ, co miałam sobie zrobić daaawnoooo temu. Czytam mnóstwo, i jakoś zawsze brakuje mi zakładki. Teraz mam, tylko... szkoda mi używać...
Boję się że się zniszczy :>

I wisi sobie zakładeczka na półeczce nad nocnym stolikiem, i nie powiem miło się dla oka komponuje:)
A serduszkowa zawieszka znalazła sobie miejsce na okiennicy w sypialni, i dobrze jej tam, a jak wygląda, o, proszę:

A wielkie podziękowania za wspaniałą NIESPODZIEWANKĘ należą się KINI.
Kingo, jak mam wyrazić swą wdzięczność? Bardzo, bardzo Ci dziękuję za cudny prezent:)))
DZIĘKUJĘ SERDECZNIE

W sumie to jednak się pochwaliłam:) Wszak to JA zostałam właścicielką TAKIEGO fajnego prezenciku:)))

Tytułowe 123...

Tyle pierogów dzisiejszą, późno popołudniową porą ulepiłam. Z mięsem. Wkrótce z kapustą i grzybami i jeszcze z twarogiem musowo. Zazwyczaj poświęcam jeden wieczór, lub przedpołudnie na lepienie większej ilości. Surowe zamrażam na dużych blachach, po czym przekładam do mniejszych, zamykanych pojemniczków i znów do zamrażarki. W ten sposób mam obiady  na tzw. czarną i szybką godzinę :) Zresztą, podobnie robię z rogalikami na słodko. Jak przyjdzie ochota rozmrażam (rogaliki tylko,pierogi gotuję, żeby nie było..), w mikrofali i łala, słodycz w gębie jak znalazł:))

I wszystko na dziś. Poprzedni post przydługi był, więc dziś się nie rozpisuję.
Poza tym, to ja jednak nie przepadam za jesienią:> Ta zmienność pogody wpływa na zmienność moich nastrojów. Niekorzystnie dodam wpływa. Teraz na ten przykład melancholija mnię ogarnia, romansowa niemalże, ale nudna już straszliwie...
Do niczego jestem i tyle. Chciałabym wreszcie zabrać się za to co już od dawna planuję, i nijak mi nie wchodzi. Taka rozlazła baba teraz jestem, że bez kija nie podchodź... Dobrze że chociaż pierogów nalepiłam troszku, żeby nie było że rodzina głodna okresowo chodzi...
Choć doceniam jesienne widoki, nie powiem...
No,  ale mówię że romansową miewam naturę, to co mam nie doceniać:)








Dobrej nocy życzę :)))

21 września 2010

Mimochodem...

... się robią różne różności - przepraszam za zapożyczenie, wiadomo KOGO :)))

OSTRZEŻENIA:
1. długo dziś będzie...
2. zdjęcia przy "kiepskiej widoczności", więc upraszam o wybaczenie



Wracając do tytułowego "mimochodu".
Otóż grzyby się robią, "prawie same", mimochodem, i w tym kontekście nawet dosłownie:)
Mimo sobie chodząc po okolicznych lasach, zbieramy z Jankiem grzybki.
Znowu ususzonych kilkadziesiąt sztuków, znowu zamrożonych pozostałych kilkadziesiąt.
Najbardziej istotny w tym grzybowym zbieractwie jest fakt iż nie czynię TEGO sama, bowiem synu intensywnie mi pomaga... I bardzo dba aby kosz był pełen przed powrotem do domu... Inaczej nie może być.
Nawet się z tego cieszę, choć lubię grzyby zbierać, jakoś nie specjalnie ostatnio lubię się po nie schylać, szczególnie jeśli czynność ową, rozpoczętą w jednym miejscu, kontynuować muszę co pół centymetra :> . Tak więc od schylania się jest mój syn, który to sam orzekł iż ON lepiej widzi, a ja jestem "mocno starsa" więc i tak nie zobaczę... Jak dla mnie może być, polemizować na ten temat jeszcze nie zamierzam :D.


Również mimochodem wykonałam plan cyklu dwuletniego:) Czyli koniec (a przynajmniej taką mam nadzieję), mego przetwórstwa, które osiągnęło rozmiary cokolwiek przekraczające zdrowy rozsądek :)
Na zakończenie szaleństwa ładowania w słoiki  wszystkiego o czym pomyślę, tudzież uważam za niezbędne posiadać w piwniczce, zrobiłam takie oto coś:


Sos Salsa się to nazywa.
Smaczny jest i wszechstronny w zastosowaniu.
Można go dodać do podsmażonej i pokrojonej w paseczki piersi kurczaka, i wówczas zapodawać z ryżem .Można podać jako danie wegetariańskie z tuńczykiem jeno, na makaronie. Można też, po doprawieniu podać jako sos do mięs grillowanych.I co sobie jeszcze wymyślicie, byle pasowało:)
Ja lubię, rodzina moja też, znajomi doceniają za wszechstronność zastosowań i SMAK, rzecz jasna też:)))
Teraz sobie stoi w piwnicy i czeka, na odpowiedni moment, który nadejdzie bez wątpienia niebawem.
Przepis dla ciągle przetworowo zaciętych ? A proszę bardzo:D

Zalewa: 2 l. wody, pół szklanki octu, pół kg cukru, 5 łyżek soli. Przyprawy: ziele angielskie, listki laurowe, 3 goździki.

Na wrzącą zalewę wrzucić pokrojone, tudzież starkowane składniki, najpierw zacząć od marchewki.
Gotować ok. godziny. Na koniec doprawić: pieprzem, chili, bazylią (ja nie daję), koncentratem pomidorowym oraz dwoma łyżkami maki ziemniaczanej rozprowadzonymi w zimnej wodzie. Chwilę podgotować. Przełożyć gorące do słoików, pasteryzować - ja ok. 5 minut, zacięci mogą dłużej.

Składniki: 1 kg marchwi, 1 kg cebuli, 1 kg papryki, 1 kg pomidorów, 1 kg gruszek, 1 kg sliwek węgierek, 1 kg kabaczka lub cukinii, 1 kg jabłek.
Z podanej ilości wychodzi około 22-23 słoików 330 ml. Ja zrobiłam z ilości o połowę większej, duuuuuużooo mam, w różnych słoikach, nawet litrowych. Polecam, bardzo smaczne, w efekcie macie szybkie danie zimowa porą:))))


Przepis zaczerpniety kiedyś, dawno temu z internetu, nie pomnę niestety strony :>

No i jeszcze jedną rzecz będę działać, którą można dokleić do przetwórstwa. Wino to będzie mianowicie, wino winogronowe, gdyż obdarowani gronami winnymi zostaniemy niebawem - po uprzednim ich samodzielnym zerwaniu. Właściwie to Osobisty wyżywać się będzie winiarsko, niezły jest w te klocki, ja jestem od tej "lepszej", brudniejszej roboty. Hm, się będzie działo :>
Ale to już na pewno koniec!

Również mimochodem, rękodzielniczo w dodatku i pod osłoną nocy powstawało takie coś:)


Owo  "COŚ" winno było sobie powstać już na wiosnę, ale jakoś nie zdążyło, więc powstaje teraz.
To prototyp. Taki TYP ;D. co to zamieszka sobie na tarasie, którego ciągle nie ma:(
A PAN który już był, wymiar tarasu sobie wziął i zabrał, i przepadł, na amen. Więc czekam aż się pojawi, i rzeknie coś miłego w kwestii projektu, tudzież kosztorysu, co bym wiedziała jak TO ostatecznie wyglądać ma, i ewentualne popraweczki nanieść. I se czekam, bo co mam robić ?
Tak więc dla zabicia czasu marzę i tęsknym okiem spozieram przez okno ogrodowe, tarasowym już zwane, choć wiadomo że nieco na wyrost, zważywszy na brak tego tarasu...
Smętnie spoglądam przez okno - się powtarzam nieco... - i umyśliwuję, jak to wiosnę pięknie powitam na swoim tarasie, i kombinuję już co mi "przydasię", żeby czas "tarasowy" przepojony był radością, romantyzmem i wygodą:)))
Dumam tylko, bo co mi innego pozostało???
No, może jeszcze PLAN, żeby z prototypu KWINTESENCJĘ wykonać. Tymczasem jest jak jest.
Właściwie to zabrałam się do tej pracy od ... strony. Przycięłam sobie te wszystkie deseczki i deszczułki, ale zamiast je najpierw pomalować, dzięki czemu lampion zyskał by nieco na estetyce, to zabrałam się za siatki mocowanie. A trza było najpierw przemyśleć wsio, a nie jak zwykle... Cóż, prototyp...
Więc prototyp przedstawiony wszem i wobec, teraz zabieram się do wykonania wersji ostatecznej i powalającej urodą. To będzie doskonałość, na miłe, długie i romantyczne wieczory tarasowe:D


Już na koniec, pokazać pragnę cóż uczyniłam, również mimochodem, również mocno wieczorową porą, a inspirując się dziełami nieocenionej w tym zakresie Ili:




Łatwo się takie cuda robi, łatwo i szybko. Wdzięczne są niesłychanie, i jesiennie wybarwione. Wprowadziłam sobie do domu trochę słoneczka jesiennego. Bardzo mi słońca juz brakuje, bardzo...
I juz zupełnie na końcowy koniec muszę pochwalić dziatki swe, te własne, osobiste.
Właściwie to troszkę "samochwalenie się", będzie, nazywać trza rzeczy po imieniu. Otóż w minioną niedzielę byliśmy w pobliskim mieście wojewódzkim. W mieście tym istnieje od lat WIEEEEEELLLLLLLUUUUUU już bardzo, Zespół Pieśni i Tańca "Warmia":)))


 A moje dziatki "przeszły" rekrutację :)) Można więc pokusić się o stwierdzenie iż "tancerzami" zostaną. Przynajmniej na czas jakiś, choć ciągle jeszcze nieokreślony, aczkolwiek na dzień dzisiejszy oczekiwany przez OBOJE z radością niezwykle intensywną:)))
Po wyjściu z rozmowy kwalifikacyjnej, podczas której dzieci miały popisać się znajomością jakiejkolwiek piosenki usłyszałam pełne entuzjazmu Jankowe podsumowanie spotkania: "mamo ale tu jest fajnie, a ten pan jest taki miły!!! Ale się ciesę ze będę chodził na Warmię"!
Po dłuższej chwili zachwytów dowiedzieliśmy się wreszcie jakie to piosenki dzieci zaprezentowały...
Tosia pisnęła piosneczkę przedszkolną na nutę hiphop...
A Janek... wyłgał się od śpiewania prosząc żeby pan: " dał mi sansę, ja się nauce piosenki, ale teraz nie umiem"...
Komentarz? Jesteśmy rodziną śpiewającą, każda podróż, spotkanie, ognisko okraszone jest pieniami "na różne tematy". Jankowa prośba o "sansę" wprawiła nas niejako w zakłopotanie, zważywszy na fakt, iż ów PAN, uczył jeszcze tańca ojca dzieci, a mojego męża :>
A Janek śpiewa z pamięci nawet takie piosenki:

http://www.youtube.com/watch?v=z_ZRuThJGT4&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=NaRnTDUPiYg

W tym miejscu serdecznie dziękuję JOLI, buziole oficjalnie Ci ślę,  Ty już dobrze wiesz czemu:))))

Tak przy okazji tańca przypomniała  mi się rozmowa jaką zainicjowałam z Jankiem na temat taneczny. Otóż w ubiegłym roku synu strasznie chciał chodzić na tańce w przedszkolu, z niewiadomych tak naprawdę przyczyn nie zapisałam go na nie. Cały rok wiercił mi dziurę w brzuchu żeby w tym roku już nie zapomnieć.
Jednak w tym roku NIE CHCE i już!
Więc tak naprawdę jechaliśmy na wspominaną rekrutację tylko z Tosią. Jednak wielkie było moje zdziwienie, gdy na moje stwierdzenie że: My z Jankiem poczekamy tu w parku, a tata pójdzie z Tosią na rozmowy, Janek zareagował wielkim oburzeniem, machając mi przed oczyma rękami: Mama, pseciez ci tłumacyłem, ja nie kce chodzić na tańce w psedskolu!!! Na Warmie będe chodził i juz!!!
Cóż na taki argument mogliśmy zareagować tylko w jeden sposób :DDD
Teraz z niecierpliwością czekamy na  rozpoczęcie nowego etapu w życiu naszej rodziny, na razie jest bardzo wyczekiwany, co będzie potem? Się okaże:D
I tyle.
Spokojne życie wiodę ostatnimi czasy, choć też zadziała się rzecz niesłychana.
Właściwie niesłychanie miła, i ciesząca me serce, ale o TYM wkrótce:))))
Tymczasem pozdrowienia jesienne ślę, papapa:D

16 września 2010

Z cyklu

dziecięcego:)
Szkolny rok się zaczął. Każdy to wie. Ja też , a jakże.
Wszak matką jestem dzieci swoich, przedszkolaków zresztą pełną gębą.
I pracuje tez z dziećmi które to nieszczęsliwe szkolny rok rozpocząć wreszcie musiały:)

Toś zaczęła zerówkę. Chodzi ważna w balsku chwały bo jest :"dorosła".
Na moje podważanie tej jej dorosłości zaczyna prychać lekceważąco! Faktycznie, "dorosłość" sie TYM zazwyczaj zaczyna przejawiać, mam tylko nieodoparte wrażenie że ów czynnik dopadł me dziecko stosunkowo SZYBKO :))
Ha! Ale żeby zbyt słodko nie było! TA świeżo osiągnięta dorosłość nijak się ma do rzeczywistych "dorosłych" obowiazków:> Tak więc zapomniec mogę o posprzataniu pokoju, choć składane obietnice są nadzwyczaj obrazowe i obejmują wręcz "wylizanie pokoju do czystości"..., lub : " lalki to lubią zmiany, teraz będą sobie spały tu" po czym następuje wskazanie owego NOWEGO miejsca, czyli... PODŁOGI.
Jak dla mnie może być, choć jest to sprawa mocno drażliwa i dyskusyjna, zważywszy na fakt posiadania półki z aktem własności wystawionym, na Lalki Tosine, i nie tylko nawet...
Po drugie Toś ma awersję do prac wszelkich a manualnych. Nie lubi, nie chce, nie może. Wiadomo, wyćwiczenie rączki wspomoże ją w przyszłości (przynajmniej teoretycznie może) w naciskaniu klawiszy komputera - nie oszukujmy się, dzisiejsze pisanie na papierze wkrótce przejdzie do historii. Już my uczyliśmy się o kałamarzach, nasze dzieci wkrótce odwiedzać będą muzeum długopisu/a...
Tak więc Tosia nie chce, ale musi, więc przyniosła mi wczoraj przeuroczą laurkę, z napisem wykonanym raczką bratanicy, i wręczyła mi ze słowami: "dla ciebie mamusiu, żebyś nie gadała" :>>>
Nie gadałam.
Zamurowało mnie zwyczajnie:)

Jaś, po wielkich zmianach w grupie przedszkolnej zaczyna sie wreszcie aklimatyzować.
Zmiany wymuszone były chęcią (nie moją) podzielenia dzieci na grupy wiekowe. Janko trafił w roku ubiegłym do grupy łączonej: czterolatki z trzy i półlatkami (tsy i pół Janek miał), przy czym owe czterolatki to "starzy wyjadacze ciasteczka przedszkolnego". Teraz Janek jest w "swojej" grupie wiekowej, doszło 50% nowych dzieci plus całkowite zmiany personalne, czyli panie wychowawczynie tez uległy podmiance.
Dzis mogę stwierdzić po pierwsze primo: wszelkie zmiany dla małego dziecka (nawet tak komunikatywnego i silnego jak moje) nie sa najlepsze, szczególnie jeśli przeprowadzone są tak nagle i bez uprzedzenia. Po drugie primo SALA nie została zmieniona i jest to przejaw jawnej niesprawiedliwości, bo skoro wszystko się już zmienia to WSZYSTKO a nie tylko "trosecke"! Poza tym Tosia zmieniła salę!!!! A to już pierwszy gwóźdź do trumny. Oby na długo ostatni, jakoś nie uśmiecha mi się pełnienie roli mediatora i negocjatora, na lini przedszkole - siostra. Brak mi przygotowania zarówno naukowego jak i psychicznego, bo ileż można tłumaczyć że nie winą Tosi  jest zmiana sali tylko Pani Dyrektor, którą to osobę moje młodsze dziecko "kce zwolnić ze stanowiska"...
Po trzecie MOJE primo, z jednym wyjątkiem, ale raduje się me serce matczyne z "podmianki paniowej" :)
Ale o tym sza:)))
Jednak każdy kij ma dwa końce jak wiadomo. I ten koniec może byc niezwykle atrakcyjny. Szczególnie dla rezolutnego czterolatka który to wyczaił:)))
Wyczaił synu mianowicie, że NOWA MIŁA PANI ma do Janka słabość. Słabość owa, jak się dziś dowiedziałam jest wynikiem posiadania przez moje młodsze dziecko ócz czarnych a zalotnych, rzęs długich a uroczych :)) Wystarczy że dziecko trzepnie "skarbami posiadanami" w kierunku Pani Jeszcze Ulubionej - pamietam o różnych okolicznościach które z piedestału Ulubionej mogą pania wepchnąć w czeluść Ignorowanej:> - i Pani jest ugotowana, jak to dzis określiła:) Źle to rokuje, Moi Drodzy, źle rokuje na przyszłość. Więc mądry synek mamusi, trzepie oczyskami, wykorzystuje swój dar i wymusza różnorodne czynności takimi oto międzyinnymi słowy: "prose Pani, jak mnie pani podrapie, to ja będę spał na lezaku, obiecuję na słowo!". I co robi Pani?! DRAPIE, a jakże:))))
Wczoraj syn nie spał, więc chyba nie było TEJ pani:)))

I tak rozpoczynamy kolejny rok szkolny. Oby szybko zleciał, jakos znowu zaczynam tęsknić do słoneczka i ciepełka, jakie nam zafundował/ła Pan Los, tudzież Matka Natura tego roku:)))

Papapa:)