W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





9 czerwca 2011

Kiedyś.

Odkąd pamiętam spędzałam jakoś wakacje. Jeździłam na kolonie, obozy, wczasy.
Ale tymi najpiękniejszymi były wakacje spędzane u mojej Babci. I wcale na żadnej wsi! Choć miasto to też nie było, jednak mieścina była to maleńka, i nawet nie położona wśród jezior, gór, czy lasów zielonych. Właściwie, atrakcji żadnych tam wówczas nie było, a le to właśnie do tamtych wakacji najczęściej wracam myślami...
Do mojej Babci.


Kiedyś...
Kiedyś, gdy Babcia żyła świat był inny, bardziej bezpieczny, spokojny, kolorowy.
Kiedyś uwielbiałam robić Babci psikusy w postaci szybciorem przestawionych mebli, czy niespodziewanie wysprzątanego domu, tak bez zachęty z Babci strony, i podczas jej nieobecności w domu :) I zawsze taki poprzestawiany układ pozostawał do czasu naszego wyjazdu.
Moja Babcia nigdy nie zabroniła nam nocować na balkonie! Nie mieliśmy namiotu, a babciny balkon stawał się nim, z dachem z kocy i narzut - jaka przednia to była zabawa! "Znikaliśmy" na cały dzień:) Nigdy na nim nie spaliśmy (parter!), ale też Babcia nigdy nie zabroniła tego tak zwyczajnie, tylko gdy już wymościliśmy sobie z kołder "łóżka" w naszym "namiocie", zaglądała do środka, chwaliła, a potem głośno się zastanawiała czy: aby burz nie będzie w nocy, bo właśnie zapowiadali..." ;))) Brała nas sprytem, a my nigdy nie buntując się grzecznie wracaliśmy do naszych "normalnych" łóżek, bo burze to poważna sprawa dla namiotu z kocy :))))
Kiedyś...
Uwielbiałam czas spędzany u Babci i z Babcią. Niespecjalnie poszukiwałam towarzystwa koleżanek, wystarczała mi sama Jej obecność.
Gdy chciałam zarobić sobie parę groszy jeździłam Babciną czarną damką, z  koleżankami na wiśnie i maliny. Mało że zarabiałam to jeszcze opychałam się tymi owocowymi słodkościami ze smakiem. A przywiezione do domu przemieniały się w pyszne kompoty za sprawą babci. Dziś owoce już mi tak nie smakują, jak tamte wtedy. A rower był o wiele za duży dla mnie, a może to ja byłam o wiele na niego za mała? :) To były moje pierwsze zarobione pieniądze, i pamiętam gdy potem pojechałam do pobliskiego Inowrocławia na "zakupy", cudne było uczucie posiadania własnych "pieniędzy" jak również uczucie inne... to przez które ciężko było te pieniądze wydać:)
A jeśli było strasznie gorąco jechałam również z koleżankami i bratem na bagażniku,wykąpać się  nad staw. Jechało się daleko, łąkami, białymi kamienistymi dróżkami, pośród pól zbożowych. A z rosnących w zbożu chabrów zrobiłam kiedyś winko:) Babcia potem twierdziła że bardzo jej smakowało, teraz domyślać się tylko mogę że kręciła aż miło :)))
Gdy już byliśmy nad tym stawem to po kąpieli (kiepsko wówczas pływałam!), wyciągało się z bawełnianej torby szklaną butelkę (po napoju stricte wyskokowym:)) z herbatą, kanapki - najlepsze były te z babcinym smalcem i skwarkami, i robiliśmy piknik, a jeszcze potem, leżąc na kocu wypatrywało się na niebie chmur o ciekawych kształtach:)
Kiedyś...
To właśnie podczas wakacji u Babci zrobiłam swoje pierwsze w życiu pierogi. Z własnoręcznie uzbieranymi poziomkami na Górze Harcerskiej :) Twarde były jak piorun, ale wszyscy je zjedliśmy, i żałowaliśmy że tak ich mało było:)
Babcia umiała dziergać na drutach, prawdziwe cuda wianki dziergała, nawet firany robiła. Dziś wspominam to z podziwem, bowiem zrobienie firan do naszego dużego pokoju, na blokowe dwa duże okna, dwa wąskie i okno balkonowe, to dla mnie nie lada wyczyn! A te firany były w dodatku od sufitu do podłogi! I swetry Babcia nam robiła, sukienki ażurowe i bluzeczki. Nie  wspomnę o haftowanych serwetkach, obrusach i bieżnikach. To dzięki Babci umiem dziś jako tako wyszywać, cerować i coś tam kumam w drutach (prawo-lewo, ale zawsze;)). To Babcia zaraziła mnie maszynoszyciem - szyła nam ubranka jak najlepsza krawcowa!
I ser topiony umiała zrobić, nie przepadałam za nim niestety :), ale za to roladę z bitą śmietaną robiła rewelacyjną, i korniszony :)
Kiedyś...
Bardzo lubiłam chodzić z Babcią na jej działkę. I tam sama nauczyłam Babcię jeść kanapki ze smalcem i młodą marchewką, pycha ! Babcia hodowała kury, czasem kaczki lub gęsi i prosiaczka:) Pamiętam koguta wariata, który nie znosił jak się ręce podnosiło nad głowę. Wiedziałam o tym, Babcia nas wcześniej ostrzegła, ale ja tak starsznie się bałam tego koguta, że gdy do mnie podbiegł podniosłam z przestarchu ręce do góry, a ten wariat rzucił się na mnie!!! Uratowała mnie Babcia :)
Pamiętam też, gdy w czasie ferii zimowych siedzieliśmy wszyscy (ja i moje rodzeństwo) wokół ławy, na fotelach. Wszyscy mieliśmy robótki w rękach, wtedy akurat wyszywaliśmy (nawet mój brat!), opowiadaliśmy sobie różne historie z naszego życia szkolnego i śmialiśmy się do łez, a najbardziej "śmiała się" nasza Babcia;)
I pamiętam gdy Babcia przyniosła do domu małego wróbelka, którego gdzieś znalazła. Uratowaliśmy go, karmiliśmy, pieściliśmy, a on spał na babcinym ramieniu podczas szycia:)
Kiedyś...
To były najpiękniejsze lata mojego życia. Nie tęsknię do szkoły, choć niektórzy to przepowiadali, nie tęsknię do lat młodzieńczych choć mówią że są najpiękniejsze. Nie tęsknię tak naprawdę za niczym minionym.
Ale tęsknię każdego dnia do tamtych chwil u Babci, do jej uśmiechu i złości udawanej gdy kłóciliśmy się z rodzeństwem, a Ona wpadała do pokoju i "krzyczała" na nas: uspokójcie się, pierniki jedne!" :)
Kiedyś...
Moja Babcia sama wychowywała trójkę dzieci. Moja mama miała trzy lata gdy zmarł jej ojciec, a mąż Babci. Najmłodszy brat mamy miał wtedy półtora roku. Była sama, zdruzgotana, ale dzielna, nie poddała się. Poszła do pracy na kolei, nie było jej łatwo. Jej dzieci musiały szybko dorosnąć. Ale Babcia nigdy się nie skarżyła. Jest dla mnie wzorem samodzielności, zaradności, mądrości życiowej, to od Niej czerpałam i czerpię siłę.
Dzięki pracy Babci mieliśmy nie raz okazję przejechać się lokomotywą parową czy elektryczną:)


 Kiedyś...
Dziś przypada kolejna rocznica śmierci mojej Babci. Już dziewiętnasta. Odeszła po długiej chorobie, wiem że na pewno jest w tym lepszym świecie, wiem że przygląda się nam z góry, czasem słyszę jej głos "pierniki jedne"...
Ale też nadal często łapię się na chęci opowiedzenia czegoś Babci, napisania do Niej pocztówki. Tęsknię do jej spojrzenia które zawsze jakimś cudem "mówiło" że nas kocha.
Żałuję że nie poznała mojego męża, moich dzieci, ale wierzę że ciągle nad nami czuwa.
Byłam jej ukochaną wnuczką. Dowiedziałam się o tym w kilka lat po jej śmierci. Nigdy tego nie odczułam jakoś specjalnie, bo nigdy nie faworyzowała nikogo z naszej trójki, była sprawiedliwa. Dla nas wszystkich była i pozostanie na zawsze naszą ukochaną  Babcią, TĄ NAJLEPSZĄ.
I czekała, jak zawsze uparta, czekała aż urodzi się jej ostatnia wnuczka, moja siostra cioteczna. Dopiero potem odeszła... obie były w tym samym szpitalu.
Dziewiętnaście lat temu skończył się jeden z piękniejszych etapów mojego życia. Wiem że wiele zawdzięczam Tej której już nie ma. Odeszła, choć dla mnie ciągle żyje, dzięki takim właśnie wspomnieniom.
Niewiele mam po Niej pamiątek, kilka zdjęć, kilka serwetek szydełkowych, jakiś sweter, zegarek i  niepełen serwis w niezapominajki. Babcia chciała żebym go miała. To resztki z dużej zastawy stołowej, pięć filiżanek, dzbanek, sosjerka, cukiernica i mlekownik. Niekompletny, a dla mnie bezcenny. O ten zestaw drżałam najbardziej podczas przeprowadzki.

Mam też starą maszynę, dziś stoi w mojej sypialni.
Niewiele tego, ale dla mnie te rzeczy maja niezwykłą wartość. Nie tylko sentymentalną, wartość samą w sobie, życiową, ponieważ jest to świadectwo życia kogoś dla mnie ważnego, bardzo bliskiego, kogoś kogo brak zawsze odczuwam. Mojej Babci.
Mam też to, co najcenniejsze, niektóre wypłowiałe, niektóre już niepełne, przymglone minionymi latami, ale dla mnie najważniejsze. Moje wspomnienia. Wspomnienia pięknych chwil i pięknego dzieciństwa.
Za te wspomnienia dziękuję Jej każdego dnia. I pielęgnuję je starannie.

5 czerwca 2011

Spełnione marzenie:)

Czego potrzeba do szczęścia pewnemu pięciolatkowi, od dawna marzącemu by zostać SUPERBOHATEREM????
Odpowiedź jest banalnie prosta, ZOSTAĆ NIM, nawet jeśli ma to trwać tylko chwilę:)))


Oto Janek w charakterze SPIDERMANA:))
Pełnia szczęścia :)

3 czerwca 2011

Zaczyna się ;)

sezon różanych przetworów. Dziś nazbierane, dziś jeszcze będą przetwarzane. Na początek syrop na zdrowie. Potem pewnie i jaka naleweczka się przytrafi... mniam:)


A tymczasem w kuchni, korzystając z obecności dzieci w domu - taki dzień odpoczynku od przedszkola - najpierw upiekłam...

potem dołożyłam...


I pożarliśmy ze smakiem:)))

Arabski chleb pita (przepis z miesięcznika Dziecko, z dawnych czasów:))
Potrzebujemy: 1,5 dag drożdży, szklankę ciepłej wody, pół łyżeczki cukru, łyżeczkę soli, 3 szklanki mąki, 2 łyżki oleju, plus olej do natłuszczenia blachy.

Wykonanie: Drożdże rozetrzeć z cukrem, wymieszać z połową ciepłej wody i odstawić na kilka minut aż zacznie "pracować". Mąkę i sól wsypać do miski, dodać przygotowany rozczyn, resztę wody i olej. Całość wymieszać łyżką, przełożyć na blat i podsypując mąką wyrobić ciasto aż będzie gładkie i lśniące.
Uformować kulę, przełożyć do wysmarowanej oliwą miski, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce aż ciasto podwoi swoją objętość, na jakieś półtorej godziny.
Piekarnik nagrzać  do 200 stopni. Ciasto podzielić na 6 równych części, każdą rozwałkować na okrągły placuszek, centymetrowej grubości. Leciutko zwilżyć je wodą żeby się nie zrumieniły, i piec 8 minut.
Gdy się zaczną "nadymać" to znak że zaraz będą gotowe:) Upieczone placki napełniać czym się podoba. Jeśli mają być do wykorzystania na później należy je ostudzić i zawinąć w folię żeby nie stwardniały. Można je też mrozić.
Ja lubię pitę moczyć sobie w sosach i zajadać bez niczego. Czasem kroję na wąskie paseczki, podpiekam na patelni z niewielkim dodatkiem oliwy czosnkowej i dodaję do sałatek i letnich surówek.
Proste i pyszne :)

Pozdrawiam miło:)

1 czerwca 2011

Z OKAZJI ;)

Dziś Dzień Dziecka, z tej okazji odgrzebałam kilka opowiastek o naszych dzieciach.
Dla pamięci swojej i bliskich. I do pochwalenia się, a co, mam przecież fajne dzieci:)))

Co wieczór czytamy naszym dzieciom.
Liczba mnoga zamierzona, bo choć najczęściej czyta mąż, to jednak od czasu do czasu i ja sprawdzam się w roli nadwornego czytacza.
Jakiś czas temu Janek wybrał książkę. Co więcej wskazał konkretną opowiastkę którą wybrał do posłuchania.
Rozmowa z pewnego nieodległego czasowo poranka.
Jaś - mama, będę mógł pójść do babci???
Ja - babci nie ma, pojechała do Krakowa.
chwila ciszy...
Jaś - do Krakowa?! To tam gdzie mieszka Szewczyk Dratewka? I Smok też?!
Ja (nieco zaskoczona) - tak, właśnie tam. Ale skąd synku wiesz o smoku i szewczyku ?!?!
Jaś (dumny) - przecież KIEDYŚ nam czytałaś, to zapamiętałem, no co, od tego mam głowę!:)
Rzeczywiście, czytałam dzieciom o smoku i szewczyku, bardzo daaaawno temu ;)))

Tiaaa, pamiętliwy synu  bywa ostatnio bardzo, jednak jak dotąd głównie w kwestiach złożonych mu obietnic, czyżby coś się zmieniało? ;))))

Również jakiś czas temu, jeszcze podczas bytności u nas mojej siostry.
Tosia wraz z kuzynkami bawiła się w piaskownicy.
Prowadziły dyskusje na różne tematy, prześmieszne dialogi których nie jestem w stanie nawet przytoczyć, tak były bogate w różnorodne spostrzeżenia "życiowe".
Po jakimś czasie Tosia poszła "na zakupy", za moment wraca, i wachlując się skrawkiem bluzeczki zwraca się do pozostałych dziewczynek: Cześć NASTOLATKI, to co teraz będziemy robiły???

Szalenie nas to rozśmieszyło, a Tosia podpytywana później kto to są te NASTOLATKI, odparła:
- dziewczyny prawie takie jak ja, ale trochę bardziej takie jak ty mamo ;)))))

I w ten oto prosty sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką eliksiru młodości, mogę się podzielić, ktoś pragnie??? :) Fajnie jest być nastolatką... znowu!

Janek ma pięć lat. Przechodzi teraz okres niesamowitego buntu, walczy dosłownie o wszystko, zawsze i w każdej sytuacji. Momentami jest trudny do wytrzymania... Po czym w jednej sekundzie potrafi się zamienić w kochanego ANIOŁKA. Takiego co to kapcie na nogi założy, poduszkę poprawi, i siądzie zadowolony na moich kolanach z niezwykle ważną informacją: KOCHAM CIĘ MAMO !
I ma fenomenalną wręcz pamięć.  W przedszkolu, z okazji Dnia Babci odbyło się przedstawienie. Janko musiał występować w podwójnej roli, za siebie i za nieobecnego w tym dniu kolegę. Był rewelacyjny, dodam tylko że rolę kolegi opanował w dniu przedstawienia... taki pamiętliwy :)

Tosia ciągle skryta, i pewnie dlatego niesamowita obserwatorka. Zauważa rzeczy maleńkie, drobiazgi, ale zapytana czy widzi lecącą paralotnię nie odnajduje jej na niebie;) Wykazuje się niesamowitym poczuciem humoru sytuacyjnego:)
I "okropnie" jak ostatnio mawia, nie lubi się uczyć... a wkrótce pierwsza klasa:>
Potrafi mnie pięknie podejść. Gdy czegoś chce przychodzi z grzebieniem w rączce i proponuje: Poczeszę ci włosy mamo, a po jakimś czasie podpytuje: "czy mogłabym, pozwolisz, dasz ?...". Mała cwaniara, doskonale wie że mięknę gdy grzebie mi we włosach :)))) Ach, i uwielbia pozować do zdjęć, robi to wreszcie z przyjemnością i radością. Czynność którą dotąd odbierała jako przymuszanie, teraz jest dla niej świetną zabawą:)))

 Na koniec kilka zdjęć. Oto pierwsze, Janko w ROLI :))) W przedszkolnym przedstawieniu z okazji Dnia Matki Jaś miał DUŻĄ rolę, wymagającą przebrania. Nie muszę chyba mówić kim był???
Dodam jeno że "grał" bardzo przekonująco, wszak dziób ma nie od parady ;)))


W minioną niedzielę wybraliśmy się na obchody Dnia Dziecka  - super impreza dla dzieci w każdym wieku:)
Przeszczęśliwe dzieci, mimo NUDNEGO oczekiwania w kolejkach do przeróżnych atrakcji,  bawiły się rewelacyjnie:)
Nareszcie SAME mogły prowadzić pojazd czterokołowy:


 i wyskakać się za wszystkie czasy:)
 a nawet przejechać quadem z przystojniakiem:))) Prawdę mówiąc nie wiem co było większą atrakcją, quad czy jego kierowca ;)

Moje dzieci. Takie są dziś. Wciąż zaskakujące. Bywają trudne.
Są kochane, najmilsze. Moje, jedyne.
Moje dzieci.

Wszystkim Waszym Dzieciom najlepsze życzenia ślemy:)))

30 maja 2011

Zgotowałam:)

bo nie powiem, gotowałam trzy dni prawie.
Wspominałam w poprzednim poście że działać zamierzam rabarbarowo.
Jakoś mnie naszło na rabarbar, pewnie dlatego że w ubiegłym roku odczułam jego brak dotkliwie, zapomniałam o nim, a zimą tęsknota mnie za tym specyficznym smaczkiem ogarnęła ogromna...
Tym razem pamiętałam. I zgotowałam:)
Mam kilka słoiczków konfitury rabarbarowej. A żeby było bardziej szlachetnie i fikuśnie dorzuciłam jeszcze truskawki. Co będę gadać po próżnicy, przez ekran nie posmakujecie przecież, koniecznie zróbcie - polecam:)
Wygląda tak - jeszcze ciepły:)
A robi się tak:

Konfitura rabarbarowo - truskawkowa na miodzie:)
1/2 kg obranego rabarbaru, 1/2 kg truskawek, 1/2 kg cukru 2 łyżki rumu, 3 łyżki miodu.

Rabarbar obrać i pokroić na małe kawałeczki, zasypać cukrem - połową, zalać rumem i odstawić na 2 godziny aby puścił sok. Truskawki umyć, usunąć szypułki, zasypać cukrem - resztą, odstawić na 2 godz. aż puszczą sok.
Po upływie podanego czasu, owoce wymieszać, zagotować mieszając od czasu do czasu i na małym ogniu. Odstawić na kilka minut. W tym czasie można przygotować słoiczki.
Owoce ponownie zagotować na małym ogniu, często mieszając i odszumowując przez ok. 30 min. Gdy masa zgęstnieje dodać miód, jeszcze przez chwilę smażyć całość.
Przełożyć do wyparzonych słoiczków, zakręcić, spasteryzować krótko i odstawić do góry dnem.
i to wszystko, smacznego :)))
U mnie mimo długotrwałego podgotowywania masa nie specjalnie chciała zgęstnieć, więc dziś wymieszałam ja z żelfiksem :> Na smaku nie straciły, na pewno na wyglądzie, bo pewnie gdyby były krócej gotowane, konfitura była by mniej ciemna, znaczy bardziej fotogeniczna :))
Nie mniej smakuje wybornie, spokojnie mogę polecić:)
(przepis kiedyś wynaleziony na necie, przepraszam ale nie pomnę gdzie...)
Oto kolejne w tym sezonie potwory do piwniczki.
Bo sezon na przetworzenie rozpoczęłam w tym roku nietypowo, jeszcze w styczniu (lutym?), gdy skusiłam się wreszcie na wykorzystanie od lat posiadanego przepisu na konfiturę cebulową. Nie zrobiłabym tego, gdyby nie Jagoda z Chaty Magoda, dzięki której przypomniałam sobie o swoim przepisie i po lekkich modyfikacjach zgotowałam:)
Ten cebulowy "wytwór" również polecam, ponieważ jest nieskomplikowany w wykonaniu, a niezwykle smaczny. I przydatny jako samodzielne smarowidełko na pieczywo tudzież jako doskonały dodatek do mięs z grilla :) Jeśli ktos jest zainteresowany służę przepisem:)
Na koniec mój stale tworzony ogród. Zauważyłam że praktycznie wcale o nim w tym roku nie wspominam.
Młody jest, stale dopieszczany, z ciągle dosadzanymi nowymi roślinkami.
Dziś, dla przypomnienia że posiadam i stale zakładam pokazuję niektóre z wciąż nielicznych roślinek w nim kwitnących:





A te maleńtasy wyrosły sobie w szparach kamienia granitowego, jakim jest wyłożone "przednie" podwórko - to bardziej reprezentacyjne... choć do reprezentowania wciąż mu jeszcze daleko :>

 



Te kwiatuszki są naprawdę MINI MINI :)
I lawenda w marcu nabywana się ładnie przyjęła - jedna krzewinka na minusie bo mi ją psinka cholernica wtranżoliła - oddech jej się niestety nie zmienił, za to ja mam brak na klombie :< Dobrze że tylko jedną:>
Warzywa powschodziły, część niestety musiałam dosiewać ponownie - zimno było... ale o warzywniaku być może wkrótce opowiem więcej:)

Dziś kończę i pozdrawiam ciepło:)

26 maja 2011

Najbardziej

na świecie ze słodyczy to ja lubię...
SCHABOWE :)))
Tak mawiała moja polonistka, i ja się pod tym zdaniem podpisuję obiema rękoma :)
Nie ma to jak konkret na talerzu.
Oj, no lubię ciasta i inne słodkości, ale od czasu do czasu. Tym samym nie mam potrzeby pieczenia ciast i ciasteczek na weekendy, ba!, nawet moje dzieci specjalnie się nie napraszają o słodkie wypieki! Wyłom w tej teorii stanowią muffiny, które lubię piec bo zawsze mi wychodzą, a dzieci za nimi przepadają, no i nie ma co kryć, przede wszystkim robi się je błyskawicznie :)
Dziś jednak zrobiłam wyjątek. Wyjątkowo bowiem upiekłam ciasto. Okazja wiadoma i znana wszystkim, a że dodatkowo (i znowu) okazyjnie stałam się posiadaczką pewnego ciekawego warzywa, to upiekłam, bo co się miało zmarnować:)


Zatem oficjalnie prezentuję wszem i wobec CIASTO RABARBAROWE.
Co w nim takiego rewelacyjnego że aż poświęcam mu post??? Otóż, moi Drodzy, jak dla mnie kuchty od konkretów, ciasto owo robi się rewelacyjnie szybko!!! Jest szalenie proste i za wyjątkiem rabarbaru, robi się je z tego co się ma pod ręką - a trzeba naprawdę niewiele:)
Rabarbar tez można zastąpić jakimiś innymi dostępnymi owocami.
Przepis znalazłam jakiś czas temu gdzieś w necie, spodobała mi się jego prostota i wykorzystałam:) I proszę, jak niewiele do szczęścia potrzeba, troszkę mąki, cukru jajek i łala, pachnie, smakuje i jeszcze się człek cieszy jak dziki :)))
Przepisik? Proszę uprzejmie ;)

Ciasto rabarbarowe
300 g rabarbaru, 115 g cukru - rabarbar obrać, pokroić w plasterki, zasypać cukrem i odstawić na godzinę, od czasu do czasu przemieszać.

185 g miękkiego masła, 230 g cukru, 1/2 łyżeczki ekstraktu wanilii (ja dałam 2 łyżeczki cukru wanil.), 3 jajka, 90 g mąki,3/4 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 łyżka cukru, cukier puder do posypania.

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni.
Formę o wymiarach 30x40 cm wyłożyć papierem do pieczenia.
Mikserem utrzeć ciasto z cukrem i wanilią na puszysta masę. Po czym dodawać pojedynczo jajka, po wbiciu każdego dokładnie wymieszać masę. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, wsypać do ubitej masy, delikatnie wymieszać i przełożyć do przygotowanej formy.
Na ciasto układać dokładnie odsączony rabarbar (sok jaki pozostał z odsączenia możemy wykorzystać do zrobienia kompotu, o ile mamy więcej rabarbaru), posypać jedną łyżka cukru.
Piec 25 - 30 minut do aż się ładnie zrumieni. Po ostudzeniu pociąć w kwadraty.
Ciasto jest doskonałe posypane lekko cukrem pudrem, ale tez wyśmienite z bitą śmietaną (jak szarlotka), co więcej, bardzo mi odpowiada jeszcze ciepłe, rozpływa się w ustach:)
Jak dla mnie doskonałość w każdym calu: szybko, niedrogo i smacznie:) POLECAM GORĄCO:)
a na jutro uwarzyłam jeszcze kompocik rabarbarowo - jabłkowy. 
Ha, i jeszcze mam obiecany rabarbar, więc przymierzam się do kolejnego eksperymentu kucharskiego, jakiego, o tym mam nadzieje wkrótce:)

Żegnam smacznie:)

23 maja 2011

Gość

W niedzielę do nas zawitał niespodziewanie. I na razie zamieszka z nami.
Powód prosty, trza gościa nauczyć latać, jeść...


Wypadła ptaszyna z gniazda nad pokojem dzieci.  Szczęściem, Janko akurat wyglądał przez okno i dojrzał maleństwo wśród trawy. Drobniutki i maleńki z gatunku wróblowatych, na razie mamy problem ze wskazaniem z której dokładnie ptasiej rodzinki gość pochodzi :)
Prezentuje się uroczo, co widać na zamieszczonych zdjęciach:


 Konwersuje aż miło. Od brzasku, ledwo słonko zza horyzontu wylezie... Dziś będzie nocował w łazience, mowy nie ma na powtórkę z pobudki świtem bladym:>
Mamy nadzieję że szybciutko powróci do natury, choć raczej nie ma szans wielkich na powrót do gniazda rodzinnego :(
Tymczasem zachwyceni niespodziewaną bliskością z "dziką naturą" podglądamy, podpatrujemy i uczymy się :)

Pozdrawiamy ciepło:)