W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





9 czerwca 2010

Magia

Od kilku dni obchodzę rosnące w pobliżu krzaki róż.


Obchodziłam, podglądałam i przymierzałam się do małych czarów.
Maleńkich i niegroźnych zupełnie:))) Ale za to aromatycznych niezwykle.
Dziś, po przeczytaniu pachnącego ziołem wszelakim wpisie Agi z Oazy, ranną rosą niemalże pobiegłam w krzaczki różane i narwałam całe 250 g płatków. Zalałam wrzącym syropem cukrowym i odstawiłam. Czekam.



I mam dwie opcje czekania na ową MAGIĘ, która dzieje się w słoju:)))
Kusi mnie naleweczka, ten aromacik, kolorek nieprzyzwoity, ta słodycz...
Jednocześnie odzywa się praktyczna strona mej natury: zrób syropik, zrób syropik...
Syrop robiłam kilka lat temu, smaczny i aromatyczny był niezwykle. I mało go było:P
Nalewki też będzie niewiele... Hmmm... I jakby tu wybrnąć???
Po zastanowieniu zdecydowałam.
Syrop zrobię:))). Pozostałe po odcedzeniu płatki (są jeszcze bardzo aromatyczne) przetrę ponownie z niewielką ilością cukru, dodam trochę świeżych płatków i będę miała słoiczek konfiturki:))) . W sam raz na bułeczki:))))
Nalewka następną razą:) Gdy tylko rozkwitną następne róże. Potem może jeszcze troszkę konfiturek i już.
Chyba nieźle wybrnęłam, prawda?:)))



Dla zainteresowanych pokazuję kwiat (niestety przekwitły już prawie) wraz z liśćmi czeremchy.
Pomyliłam termin jej owocowania, naprawiam błąd i donoszę iż czeremcha owocuje na przełomie sierpnia i września (nabyta świeżo wiedza to wynik konsultacji z teściową, kuchenną czarownicą w stopniu wysoce zaawansowanym:)). Owocki czeremcha posiada niewielkie, czarno-granatowe, z małą ilością miąższu za to z dużą jak na owoc o tych gabarytach pestką (wielkość jednego owocu porzeczki).



Same owoce zawierają sporo garbników, nie wiem czy mają jakieś szczególne zastosowanie kulinarne. Choć wierzę że znaleźli by się uparci którzy z tych maleńtasów robią cuda, smakowite w dodatku:)
Cóż ja ograniczę się do nalewki:))) Bo lubię:)
(przepis na nalewkę dodany do pozostałych przepisów nalewkowych)

Z aromatycznym pozdrowieniem:)))

8 czerwca 2010

Było

i minęło...
Czas wolny i długi, miało być pracowicie, a wyszło... leniwie. Czas spędzony z rodziną i dla rodziny.
Też dobrze, trzeba nam było tego po tej ciągłej gonitwie:)))
Boże Ciało - procesja wokół naszej wsi, piekna uroczystość, "uświetniona" dodatkowo przez uczestnictwo w niej mojej Tosi - kwiecie dziewczę sypało, aż miło było patrzeć. Janek też ukradkiem kilka płatków upuścił, niby to przypadkowym przypadkiem:) i niechcący zupełnie. Parcie miał synu na sypanie kwiatków nieziemskie wręcz, to się babcia złamali kilka razów i "upuścił" synu zielę na drogę i chwałę Pana:)) No nie dało sie inaczej, a dziewczynki z niego nie zrobię:P, na noszenie chorągwi za mały, choć muskuły posiada że hoho, co ostatnio wszystkim naocznie chce udowadniać i pokazywać:D,  wstęgi od chorągwi pozajmowane były, i nikt zamienić się jakoś z dzieckiem nie chciał...Może nie dostrzegli muskułów??:D


Piątek porządki, wreszcie!. Dom zaniedbany, jakiś taki nieogarnięty, niedosprzątany ostatnio:> Wstyd i hańba dla gospodyni - marnej jak stwierdzam wielce:> Nadrobiłam, troszkę tylko, chatka ogarnięta na tyle że pozwoliłam sobie na sobotnią labę:)))
Przy okazji, anegdotkę wspomnę:)
Otóż w piątek wpadła do nas na pobyt weekendowy moja mama. Sprzątam sobie domostwo, a po chwili słyszę od Janka obserwującego moje poczynania: Mama po co spsątas?
Ja: no, żeby czysto było i babcia przyjeżdża... Jaś: mama, daj spokój, babcia pospsąta, pseciez lubi:D
Mądra dziecina :D.
Ach, i najważniejsze! "Krzesny" Janka przyjechał ze świata:) Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, krótko, zbyt krótko niestety. Od kilku lat zbyt rzadko się widujemy, zbyt krótkie te nasze "widzenia", a tyle rzeczy do opowiedzenia, pokazania...Szkoda i żal wielki, choć i radość, że parę tych chwil wyrwanych z tego czasu ograniczonego znalazło się i dla nas. Janek przeszczęśliwy, jeszcze przez dwie godziny po położeniu się do łóżka przychodził do salonu bo przypomniał sobie że jeszcze chce coś powiedzieć wujkowi, a może wierszyk jakiś powie, a to piosenkę zaśpiewa. Syna nie poznawałam, on raczej nie z tych popisujących się, a wtedy...zupełnie nie do opanowania:))))
"Krzesnego" z małżonką (śliczną ciocią Olą - jak zauważyła Tonia uwrażliwiona na piękno:D) pozdrawiamy serdecznie, odezwijcie się czasem:)))
A w sobotę pojechaliśmy nad zatokę:))





Cudnie było! Słonecznie, upalnie i bezwietrznie prawie. Wybyczyliśmy się na zapas, na miesiąc z hakiem malutkim.
Taka się atmosfera wakacyjna niemalże zrobiła, że ze zdziwieniem dotarło do mnie późnym popołudniem że czas wracać w domowe pielesze...  Ciężko było, oj ciężko:>
Dzieciakom jeszcze gorzej, pożegnanie z największą piaskownicą na "całym świecie" było okropne:P
Pomogły dopiero obietnice ponownego przyjazdu, może nawet na dłużej, choć w tym roku nie planujemy jakiś specjalnych wakacyjnych wojaży, ale może namiot i krótki wypad weekendowy uda się nam zorganizować. Zobaczymy.
I tak minął weekend, miał być długi, z przeznaczeniem na podgonienie z niektórymi pracami ogrodniczymi.
I na tym froncie zupełnie poległam. Nie zdziałałam nic. Zupełnie!
Choć przy okazji sobotniej wycieczki materiału niezbędnego na dokończenie pewnego projektu przybyło:)
Ponadto zrobiłam rekonesans w pobliskim tartaku i niebawem zakupione zostaną pale na huśtawki dla dzieci. Najbardziej nie mogę się ich doczekać ja sama:D.
Bo to nieładnie trochę w stosunku do dziatwy naszej. Dzieci wszak mamy, ogród też, miejsce na piaskownicę wydzielone i... piachu w piaskownicy prawie nie ma, a ogród, mimo że duży to bez najważniejszych atrubutów dzieciństwa - w tym przypadku, nawet podstawy, czyli hustawki! Skandal normalnie i zaniedbanie! Ale niebawem zostanie to naprawione. Wszak dzieci huśtać się muszą! Ja to uwielbiałam! One też uwielbiają, Tochna godzinami może sie "kiwać" na bujawkach:)

A w warzywniaku pomidory kwiaty mają:) Szczypior sobie rośnie i mężnieje obok marchewki karotki, co to sobie grzecznie czeka (czyt. dorasta) na przerywanie. Pierwsza "tura" rukoli zakończona:> Druga wyrasta, trzecia posiana.
Uwielbiam rukolę! Część sałat ślimaki pożarły. Jakoś nie mogę zdobyć się na zastosowanie bardziej drastycznych metod walki z nimi, i tylko je przerzucam przez siatkę, więc nic dziwnego że cholery wracają jak bumerang - tyle smakowitości przecież im nasadziłam. I wcale nie wolno powracają, tempo sportowe wręcz wykazują! Groszek też mi wtryniły! Musiałam wsadzić nowy! Może ten się uchowa??? Jaś twierdzi że to on je trenuje w biegach... Chyba zaczynam mu wierzyć:P
No i czekam na ogórki. Posiane 16.05 - czyli jak nakazane po wszystkich zimnych świętych, i nic:P Zupełnie nic nie wschodzi. Może jeszcze coś wylezie, jeszcze daję im szansę w tym tygodniu, ale potem to się zdenerwuję i kupię wyrośnięte gotowce! O! Może groźby poskutkują, bo prośby i błagania nic nie dają, poszły ogórasy w zaparte i nie wychodzą!
I tyle, pogadałam sobie o warzywkach, pokazać jeszcze nie chcę co działam, ostatnio wolno niezwykle, w kwestii otoczenia mego warzywniaka leniwego. No ale teraz to się juz postaram i mam nadzieję że wreszcie uda mi się coś niebawem pokazać na forum publicznym.

Informacja dla pewnej mocno zainteresowanej jak mniemam- TO CO MIAŁO SIĘ UKORZENIĆ, TO SIĘ UKORZENIA. Na razie ładnie nawet, i nic nie więdnie, więc rokowania dobre są:DD .Więcej nie powiem żeby nie zapeszyć.

I tym, prawie optymistycznym akcentem kończę moje dzisiejsze blablanie:)
Bo tym blablaniem zaznaczyć chciałam tylko moją obecność na swoim i waszych blogach. Bywam, zaglądam, czuwam - choć ze względu na mój byle jaki net ostatnio nie bardzo mogłam komentować, przeciążenie jakieś czy co?
Właściwie to nic do pokazania nie mam, więc rozumiem jeśli ktoś czuje się rozczarowany, lecz mimo wszystko zapraszam, wpadajcie do mnie, z czasem znowu się rozkręcę:))))
Chyba...

28 maja 2010

Bywa..

bywa w życiu tak, że wszystko jest na wspak.
Nie wszystko można sobie zaplanować, poukładać jak się chce i na której dokładnie ułożyć półce.
Właśnie takie dni naszły i na mnie, wszystko na opak...
Od wtorku chora jestem, boli mnie wszystko a najbardziej brzuch i głowa.
Głowa pewnie dlatego że ciągle myślę ile miałam w tym tygodniu wykonać prac najpilniejszych.
Pranie leży odłogiem, prasowania kupa się piętrzy, chałupa zaniedbana. A tyle jeszcze w ogrodzie trzeba... Kiedy ja to wszystko nadrobię??
Na szczęście w tym całym galimatiasie chorobowym we środę, a jak wiadomo dzień to  był szczególny dla wszystkich mam:)) Jakoś kole południa poczułam się znacznie lepiej i nie chcąc zawieść własnych dzieci udałam się na Święto Mam urządzane w ich przedszkolu. Dziś stwierdzam: na całe szczęście obie grupy moich pociech, imprezy mamowe obchodziły tego samego dnia. Wieczór środowy i cały dzień wczorajszy bowiem był dla mnie i dla nich stracony, nieżywa bowiem ległam na łożu swym odosobnionym.
Dziś, jak widać, lepiej się poczułam po całej nocce leczenia i konsultowania z lekarzem rodzinnym.
Na tyle iż post ów widzicie. Relację bowiem muszę zdać z pięknego dnia matki jaki stał się moim udziałem.
Otóż, na początek świątecznego dnia, Janko obdarował mnie wiechciem... liści niewiadomego pochodzenia, a mieniącego się w ustach synka "kwiatkiem", "żeby mamie lepiej było":)
Nie sądziłam że dam radę uczestniczyć w przedstawieniach przedszkolnych mych dzieci, toteż taktownie je uprzedziwszy o swej możliwej nieobecności poprosiłam je o wybaczenie. Uzyskałam je nawet! Chyba źle wyglądałam :P
Jednak, jak wspomniałam, popołudniową porą poczułam się na tyle lepiej że zwlokłam swe zwłoki z mar i pomknęłam autkiem do miasta. Czegóż nie czyni siła miłości macierzyńskiej!
Dzięki owej decyzji miałam ogromny zaszczyt i niewątpliwą przyjemność uczestniczyć we wspaniałych przedstawieniach popartych żywym słowem, gestem i muzyką:))) Dzieci wspaniale przygotowane, miały prawdziwą radochę, zero tremy, sama zabawa i radość. Strasznie się cieszę że mogłam byc tego świadkiem i w tym uczestniczyć.
Najwspanialsza była jednak radość moich dzieci które gdy mnie ujrzały po kolei wykrzykiwały swoją radość:" jak fajnie ze jesteś mamo!"
Oto czym zostałam obdarowana ja i mój mąż (bo Dzień matki to również Dzień Taty w tym przedszkolu)

Chyba nie muszę wyjaśniać?
Na wszelki... tulipanek - wyklejanek od synka, karteczka w kwiateczki od córci dla taty
i wypchane serducho dla mnie od córy:))
Piękne nieprawdaż?:)

W związku z moją nagłą chorobą nie mogłam niestety w pełni uczestniczyć w obdarowywaniu i życzeń składaniu obu Mam, mojej i małżonka. Pokażę zatem co udało mi się wydziergać prezentowo dla owych Dam zanim zostałam powalona niemocą:



Zdjęcia kiepskie, ale słońca brak i kiepsko mi się już myślało nad odpowiednią kompozycją:P
Jak widać, serducha szyciowo-zawieszkowe oraz mydełka... domowe.
Jedno z nutą lawendy (tej mojej), drugie nagietkowo-miodowe:) Całość na drewnianej, olejowanej mydelniczce.
No i na koniec, malutki fragment całości przedstawionej zapewne wkrótce:

Jak widać, i na mnie przyszedł monarszy czas:))
Gdzie zawisną, wkrótce. Jak się poczuje na prawdę komfortowo. Mam nadzieję iż wkrótce.
Tymczasem żegnam maleńką zagadką:

Z czego jest ten twór serco-podobny? Ktoś zgadnie? Ja nieczęsto natrafiam na takie "cuda", ta razem się udało:))) Czekam na odpowiedzi:)

Tymczasem żegnam się miło, idę podładować nadwątlone siły w...łóżeczku przestronnym:))

Papa

24 maja 2010

I tak...

się życie toczy...
Mało mnie było - nietypowo;> jak na mnie.
Ostatnie dni niestety spędziliśmy w podróży. Niestety, bo okazja do podróżowania przykra raczej była.
Pożegnaliśmy już na zawsze Ciocię mojego męża.
Jak zwykle, szalenie smutna uroczystość przeplatała się z radością ze spotkania z rodziną.
Trudno w aspekcie głównego wydarzenia napisać że "miło było".
W takich chwilach z całą wyrazistością dociera do mnie potęga czasu.
Czasu biegnącego, przemijającego nieubłaganie. Dopiero co miałam 18 lat...
Dziś jest już 20 lat później.
Pamiętam Ciocię na naszym weselu, prawie 13 lat temu. To przecież tak niedawno było.

Niedziela już w domu, pracowita. Nadganiałam czas.
Nadal działam ogrodniczo-warzywniczo;). Konsekwentnie nie powiem jeszcze dokładnie co robię.
Dużo się dzieje, na chwilę obecną materiał mi się skończył i muszę poszukać, donieść względnie dowieźć.
Nic więcej nie powiem;))
Na koniec kilka wiosennych zdjątek. W klimacie yelow:)


 Będzie miód:))
Widoczny na zdjęciu krzew to karagana syberyjska, roślina miododajna.
Wyobraźcie sobie jak te krzewy teraz brzęczą:))

Inni "fani" karagany.
Ci nie brzęcżą, siedzą sobie cichutko.
Miodu też nie zbierają raczej, wspięli się za to wysoko -
czyżby przez umiłowanie do sportów ekstremalnych? :-D


To samo, w trochę innym zestawieniu:)

To już z trasy - wszędzie ogromne pola rzepakowe.
Widok piękny, choć woń dusząca:)


Brama do nieba:))

Jechałam z naszej północy na zachód. Jechałam i podziwiałam.
I wiecie co??? Piękna jest nasza Polska.
Ma w sobie tyle urody, tyle bogactwa. Szkoda że tak rzadko wszyscy to dostrzegamy.
Jak nieczęsto szanujemy i doceniamy.


POMOC
Wszystkich zaglądających proszę o wsparcie wszelkich akcji charytatywnych na rzecz powodzian.
Wiele dobrego czynią przeróżne fundacje, kościół,  nawet osoby prywatne.
Wesprzyjmy te działania. Nie wiadomo przecież czy i my - dziś bezpieczni, nie będziemy potrzebowali kiedyś pomocy.
Podaję link do Caritas Pomoc dla powodzian.
Jeśli znacie inne fundacje zamieśćcie linki u siebie.
Pomóżmy.

19 maja 2010

Raport

prawie dziś będzie:)
Raport czuję potrzebę wielką złożyć z prac swych rolnych.
Działam w warzywniaku, działam i działać przestać nie mogę...
Wspominałam, że pracuję nad swoim warzywniakiem. Nietypowym, aczkolwiek z przeznaczeniem dla człeka typowego takiego jak ja:)
Według mojej osobistej definicji, człek typowy charakteryzuje się... wygodą i lenistwem.
To ja!:))))
Moją dewizą jest: dziś pracujesz, jutro zbierasz plony i masz WOLNE:)))
Tak więc ciągle i usilnie pracuję nad udoskonaleniem warzywniaka, co objawia się ciągłym przekopywaniem w celu usunięcia perzu i innych towarzyszących mu chwastów. Kopię, masuję plecy, ocieram pot i... widzę oczyma wyobraźni mój warzywniak. Widzę jego urodę, patrzę na siebie jak przemykam radośnie pośród skrzyń obfitujących w owoc mej dzisiejszej mordęgi: kabaczki, śliczne, liczne truskaweczki na nielicznych krzaczkach, soczyste pomidorki, przeróżniste sałaty, dorodne boby, grochy i pachnące ogóreczki...
Ach, i kwiecie pachnące, oko barwą cieszące...
Jak w bajce:)))
Nad tą wizją pracuję.
Dziś pracuję nad tym by później pracować mniej. Czyli wykonywać niezbędne zabiegi pielęgnacyjno - dekoracyjno -  zbieracze. Zbieracze plonów, oczywista:)))
Wy chyba też, mając podobną wizję niedalekiej przyszłości pracowałybyście tak usilnie, prawda?
Wykorzystam nieco przekształcone słowa Aty: Ata może kamienie nosić? To ja też mogę! Ata założyła kurhan Kopciuszka? Ja też mogę! A co!
Nie pokażę dziś efektów prac "warzywnych", albowiem zostawiam to sobie na wielkie "otwarcie". Dziś pokażę za to fragment "zadniego" ogródka. Boczny fragment to będzie. Fragment przylegający do okopywanego warzywniaka:)

Widzicie to cós na płotku mym uroczym?
To mój prezentowy notes ogrodniczy!
Już robię w nim notatki, właśnie dziś z nich korzystałam:)))

Teraz trochę zbliżeń będzie, mych ulubionych:)















Raport II.
W poniedziałek pierwszy krok ku zdrowiu uczyniłam:) Pędy sosnowe pozbierałam, w słojach ułożyłam, cukrem przesypałam, i czekam aż się "zdrowie" stanie:)))
To też z lenistwa.
Po pierwsze primo dlatego że aptekę mam daleko, i nie chce mi się specjalnie jechać przez byle katarek. Po drugie primo, po co chemię w organizm własny i dziecięcia swego ładować? Po trzecie primo, dziś robię - jutro mam, pojutrze odpoczywam zdrowa:)))
Siedem litrowych słoików mam. Później dojdą jeszcze i inne naturalne syropki:))



Tak się robi "zdrowie" :D

I już na koniec działań ogrodowych. 
Wreszcie po kilku latach poszukiwań udało mi się zdobyć (dzięki hojności sąsiadki ze wsi), sadzonkę RABARBARU!!!!
Co więcej, dostałam naręcze tegoż warzywa (- owocu????) którą to część skonsumowaliśmy rodzinnie.
Moje dzieci delektowały się tymi pysznościami po raz pierwszy w życiu! Z pewną nieufnością podeszły do mojej propozycji posmakowania, pojąć nie mogły że taki "patyczek" też może być zjadalny:) Po pierwszym skosztowaniu - mina Tosi bezcenna:))))
Rabarbar pożarty jednak został przy wsparciu cukru, nad czym ja osobiście ubolewam. Nie ma wszak cudowniejszego smaku  świeżo ściętego rabarbaru, mniammmm:))
Reszta uratowanych przed pożarciem gałązek zamrożona, w niedzielę mój i męża ulubiony KOMPOT:))))

I tyle. Mam nadzieję że jutrzejsza pogoda również pozwoli podziałać ogrodniczo:)
Jakoś mam parcie, trzeba to wykorzystać, poza tym...
Co zrobię dziś, jutro nie będę musiała. I będę sobie na łące kwietnej odwłokiem do góry leżała:)))))

No to pa, słońca nadal życzę

17 maja 2010

Dziesiąte

zdjęcie na zaproszenie Maknety i Fuerto prezentuję:)
Tłumaczę się jednak, że jako że, komp stacjonarny uległ nam w ubiegłe lato awarii, wszystkie zdjęcia jakie nam się udało odzyskać mamy na płytkach. Ostrzegam więc że zdjęć będzie więcej niż jedno, bo mamy teraz mały galimatias ze zdjęciami:)))

Dziesiąte najstarsze zdjątko na obecnym MOIM kompie przedstawia się tak:

Zrobione podczas zeszłorocznych wakacji. Tak więc stosunkowo "młode". Byliśmy u rodziny na Kujawach. Mój syn przeżywał fascynację strażą pożarną (zostało mu do dziś:)). Gdy przechodziliśmy obok zamkniętej remizy strażackiej, Jaś który bardzo dopytywał się o samochody w niej stojące, zwrócił uwagę dwóch gentelmenów którzy akurat podjechali pod remizę maluchem:). Okazało się że to strażacy! Wpuścili nas do garażu, obejrzeliśmy samochód, dzieci mogły po nim pobuszować. Założyć ciężki kask strażacki, posiedzieć za kierownicą WOZU STRAŻACKIEGO!!!
Jednak, UWAGA! najbardziej odważna była Tosia! Jaś wszędzie chciał być ale... z mamą:)))
Na zdjęciu super dzielna Tosia w szalenie ciężkim hełmie, Jaś nawet nie chciał założyć, bo mama nie wdrapała się do auta:)))

Teraz zdjęcie które uwielbiam:)
A posiadam je na "gwizdku" i pochodzi z mojego zepsutego telefonu. Prezentuję, bo gdy okazało się że telefon jest zepsuty, nie mogłam znieść myśli że stracę właśnie to zdjęcie. Udało się je odzyskać, dzięki Mężowi memu Osobistemu:))))

Jaś w rumiankach:)
Miał wówczas rok i trzy miesiące.
Zatrzymywał się w zachwycie nad każdym ździebełkiem trawki,
mróweczką czy ślimakiem (ślimaki nadal wielbi, to jego "psyjaciele":)).
Te rumianki wywołały wtedy u niego spazmy zachwytu:))))

No i ostatnie zdjęcie, dziesiąte, z jednej z płyt. Zdjęcie które udało się uratować:
Zaznaczam też, że wybrałam katalog pierwszy na płycie, z wielu innych. Nie są one niestety poukładane chronologicznie. Nasze odzyskiwanie zdjęć charakteryzowało się delikatnie mówiąc paniką i ogromnym dołem psychicznym:> Właśnie ze względu na wszystkie posiadane wówczas na kompie zdjęcia.
A było ich mnóstwo!!!
 
Zdjęcie przedstawia Janka w kąpieli:)) Uwielbiał się pławić w cieplutkiej wodzie.
Umiłowanie wody zostało mu do dziś:))

Ale nie mogę się też oprzeć przed pokazaniem jeszcze i tego zdjęcia:)):
"Kwietna Tonia"


 Zdjęcie wykonane wiosną 2008 roku bodajże, na jednej z łąk wokół naszej wsi.
Tochna niespecjalnie lubi pozować, kręciła się wówczas szalenie, ale udało się jakoś pstryknąć kilka fajnych ujęć:)
To jedno z nich.
Kwiatowa wróżka, jak mówi Tosia:)))

Jak widać zdjęcia w przypadkowej kolejności. Częściowo niezależnej od nas. Teraz przed "ułożeniem" chronologicznym powstrzymuje nas zwyczajny brak czasu. Chyba jednak trzeba się tym wkrótce zająć.
Mam nadzieję że nikt nie czuje się rozczarowany tematyką zdjęć?:)))  Pokazałam "to" co najważniejsze dla mnie:))))

Do zabawy zapraszam IVONNĘ, Anitę co się nudzi, Asię z Fajnie być razem, Asię z Mojego domu oraz Cyryllę:))) o ile babeczki maja ochotę:)
Jeszcze bym pozapraszała, a co:) Ale z tego co widzę większość już się "okazała" dziesiętnie:)).
Teraz Wy Dziewczyny poszukajcie i pogrzebcie w swoich archiwach foto:)))) Zobaczcie jak to jest:)))
Oczywiście jeśli ktoś spoza listy ma ochotę się pobawić, to serdecznie zapraszam :)
Ja miałam spory problem żeby wywiązać się z tego uczciwie, sporo musiałam płytek przekopać, a i tak nie do końca się udało tak jak być miało.

Pozdrawiam ciepło mimo szarugi za oknem.
Papa:)

15 maja 2010

Imprezowo

Dzisiaj szybko i krótko.
Imprezę mamy, właściwie dwie. Jedna to czterdzieste urodziny kolegi, druga jutro, Pierwsza Komunia Święta syna mojej siostry ciotecznej.
Ciekawe spostrzeżenie przy okazji poczyniłam.
Jeżeli człowiek chce się spotkać z ludziami, nazwijmy to "towarzysko - imprezowo", ma ten człowiek wreszcie wolną chwilę i pragnie on jak ta kania dżdżu obecności ludzia innego, to jakoś trudno wygrzebać czas, chęci oraz zebrać stado w jednym miejscu i o jednym czasie. Jeśli jednak roboty ma huk, i nie w głowie człekowi zarobionemu imprezowanie huczne, nagle zaproszeń sypie się od różnych ludziów huk. Odmawiać wszak nie wypada, w końcu człek zwierzę stadne, przy wodopoju musi wreszcie się spotkać. Pogada, pośmieje się bo taki zwyczaj i tradycja u ludziów panuje. Ale co ma zrobić człek biedny jeśli imprez w jednym czasie szykuje mu się TRZY!!!
Na szczęście, w naszym przypadku, jedna impreza została przeniesiona na inny termin - urodziny mojej mamy. Tak więc "spokojnie" wybieramy się tylko na dwie, jednak w ciekawej koniunkcji, jak zapewne zauważyliście:)))
Będzie ciekawie, bo imprezki u kolegi czterdziestoletniego, znane są i chwalone, a trwają do białego rana:))
A rano... komunia...
Będzie fajnie.
Damy radę.
Na pewno???
O matko...
Nie będę o tym dzisiaj myśleć, jak mawiała słynna Scarlett:))
Dziś przedstawię to co poczyniłam w tak zwanym międzyczasie.

Przepraszam za gimnastykę szyjną, coś nie mogłam zdjęcia obrócić,
to jest ta karteczka urodzinowa dla mamy, na zdjęciu z kopertką.

Komunijna kartka - bardzo skromna i prosta,
nie miałam czasu zaopatrzyć się w piękne papiery.

Anioł także komunijny, a skoro dla chłopca, to z muchą pod brodą:)
I tyle w temacie komunijnym.

Teraz urodzinowo będzie:)

Kartka, w założeniach typ męski miała reprezentować, toteż prosta i na dżinsie:)

Worek prezentowy - do kompletu kartkowego:)
Nie zdradzę zawartości:) W każdym razie pasować wszystko do się miało,
i wydźwiękiem męskim się charakteryzować, chyba się udało?
Ponadto recyklingowo sporządzona, znaczy ekologicznie:)

I tyle w temacie. Idę rodzinę nakarmić, wyprasować i powoli odstawiać imprezowo:))

Czy ja to przeżyję???:))))