W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





24 lipca 2012

Fiolet

Ten kolor nie jest moim faworytem kolorystycznym.
Jednak kolejny rok przekonuję się że w ogrodzie TEN właśnie kolor na tle zieleni wygląda wyjątkowo pięknie. I chyba zawsze już będzie mi się kojarzył z ciepłym południem :)
A to za sprawą lawendy, której jestem wielbicielką. Nie maniaczką, dla jasności, tylko wielbicielką:)
Pierwsze swoje sadzonki kupiłam od kolegi dziesięć lat temu. Dostałam zwykłą - niezwykłą lawendę lekarską. Krzaczki przesadziłam do większych doniczek, które następnie zdołowałam, i zabezpieczyłam patykowym płotkiem. Te "środki ostrożności" podjęłam ze względu na ciągnącą się jeszcze wówczas budowę mojego domu. Udało się, krzaczki wytrzymały.  Na wiosnę, po przeprowadzce przesadziłam krzaczki do ziemi, i... do dziś rosną:) To zwykła lawenda, z kwiatkami motylkowymi, z niewielką ich ilością na gałązce, za to o upojnym, intensywnym zapachu.
Co więcej, sadzonkami, z których sama zrobiłam rozsady obdarowałam już kilka osób:)
Lubię lawendę, mimo jej nazbyt intensywnego zapachu, mimo kruchości i tak naprawdę niezbyt okazałego wyglądu. Lubię ją również dlatego że nie potrzebuje specjalnych zabiegów pielęgnacyjnych, wielkiej uwagi, kosztów i dobrej ziemi. Mój ogród wciąż się tworzy, niektóre rośliny sadzę podsypując im szczodrze dokupionej ziemi, za inne nie zabieram się w ogóle bo mój grunt to piach. Jednak lawenda w moim ogrodzie rośnie bujnie, mimo tego nieszczęsnego piaskowego podłoża.
Kilka lat temu powiększyłam swoja fioletową "hodowlę" o kolejne krzaczki lawendy. Tym razem wzbogaciłam się o lawendę ozdobną, na długich łodyżkach, z bardzo drobnymi kwiatkami, na krzaczku który ma pokrój kuli, więc jest szczególnie atrakcyjny:) Choć wydaje mi się że każdy rodzaj lawendy można tak poprowadzić. Wystarczy tylko odpowiednio ją przycinać.
Uwielbiam patrzeć na lawendę. Lubię patrzeć na nią najpierw z pewnego oddalenia. Widzę wówczas zwykłe cienkie badylki chybocące się na wietrze. Wszystko jednak się zmienia gdy sama zmieniam położenie, zbliżam się, siadam lub kładę przy niej na trawie. I już nie ma badylka. Tylko delikatny, subtelny kwiat oblepiony motylami, pszczołami i biedronkami. To wonne ziele łagodnie ulegające delikatnym podmuchom wiatru. I zapach nieodmiennie kojarzący się z upalnym południem Europy...
Ktoś powie że wyszedł mi prawie pean na cześć zwykłego zielska... cóż, jedni zachwycają się różami, orchideą czy kwiatem pomarańczy. Ja zawsze wolałam te mniej okazałe kwiaciochy - śmieciochy. Uwielbiam chabry, zachwycam się makami, rumiankiem a nawet ostem. Lubię wysokie trawy, szczególnie te drobne, delikatnie kwitnące. Lawenda doskonale się z nimi komponuje. Lubię to co zwyczajne. I pewnie dlatego uległam urokowi niepozornej, zwykłej lawendy. Mimo jej fioletu:)

 Lawenda lekarska w rozkwicie

 a to już lawenda ogrodowa, ozdobna


 całkiem niepozorne badylki...
z bliska zyskujące na urodzie...
Z całym zachwyconym towarzystwem...


ot, takie zwyczajne zielsko...



...z bliska pełne subtelnego powabu.
Cała lawenda:)
Tego roku ponownie zabrałam się za jej cięcie, plecenie i suszenie. Zbierałam ją ukradkiem, między kolejnymi deszczami. I nadal pachnie, nadal zdobi, ciągle zachwyca.
Oto efekty mych lawendowych prac.




Hmmm, dodatkowo zamknęłam fiolet w słoiki ;)

Zrobiłam konfiturę jagodową - wyśmienitą ;)))

Jeszcze na koniec, żeby nie ograniczać się do jednego koloru, dodam kilka zbliżeń na inne okoliczne aczkolwiek nieliczne kwiatki wokół mojego domu:)









Ot, taki zalążek ogrodu. Ale za to z wielkimi PLANAMI! ;)))

Papapa :D

17 lipca 2012

Chociaż pięć lat...

Prośba Janka, wydalona z gardła a poparta potężnymi decybelami: MAMO! POŻYJ!
A to w związku z moją rzekomą starością :) Minęły moje kolejne urodziny. Kilka dni temu. Nie pisałam, bo o czym tu się rozwodzić. Starzeje się człek, więc nie ma się czym chwalić.
O spostrzeżeniach dzieci własnych napisać jeno chcę. Tak ku pamięci, i przestrodze tym którzy podobne święto mają dopiero przed sobą ;)))
Miałam te swoje prywatne święto, na prezent czekam jeszcze, bo dotrzeć musi, o czym będzie w innym poście, bo fajny się szykuje. Mam nadzieję.
A mój Janko przejął się  wiekiem matki, bo teraz to jest mi niby bliżej do piachu :)))
Tosia za to mile pocieszała że "wcale AŻ TAK staro nie wyglądam"...
Chyba winnam się czuć mile połechtana, ja jednak mam dziwnie mieszane uczucia :)
Czy Wy też macie wrażenie że każde kolejne urodziny, tym samym kolejne mijające lata prócz oczywistych zmian, nie przynoszą nic nowego? Łapię się na tym że wcale nie dostrzegam zmian związanych chociażby z poczuciem że się bardziej dorosło, dojrzałości nabrało, czy też więcej wokół dostrzegało... Wstyd sie przyznać, ale nic się u mnie pod TYM względem nie zmieniło.
Oprócz wieku ;>
No dobra. Ogólnie to zbyt słodko też nie jest.
Bo kości bardziej bolą (autentycznie), i na wieść o szykującej się gdzieś imprezce nie odczuwa się tego dreszczyku i podniecenia co kiedyś, bo o potencjalnym niewyspaniu się PO już PRZED myśli.
Biegać za piłką się nie chce bo sił braknie, no i jeszcze te kości...I schylać się jakby trudniej...
Aaaa, i w podróż nieoczekiwaną nie chce się już jechać, bo... setki niezwykle ważnych powodów się wynajdzie, żeby tylko nie spędzić czterech godzin w samochodzie plus kolejnych czterech powrotnych tego samego dnia... A jeszcze sześć lat temu jeździliśmy do Łodzi, tam i z powrotem, ot tak...
To chyba jednak jest ta pani co ...ość połknęła i macha mi nią przed gałami ???


Podsłuchana dziecięca modlitwa  wieczorna, po Ojcze nasz, dodatek chrypiąco szeptany cobym nie usłyszała: I spraw Panie Boże żeby mama jeszcze trochę pożyła. Tak z pięć lat chociaż... :)))
Ja cię... muszę się postarać! :))))


( ja tam mogłabym JESZCZE i ze dwadzieścia lat pożyć jakby kto pytał, albo TO czytał - to tak, żeby niedomówień nie było)

16 lipca 2012

Ostatnie

Ostatnie chwile z Iwonną spędziliśmy nad morzem.
Trza było wyrównać intensywność opalenizny na tylnej części ciała... :)))
Bo jak łatwo się domyślić, w kajaku siedzi się dziobem do góry, tak więc rufa bladawa nieco zostaje;)
Przy okazji Iwonka, wraz z mła  miała przyjemność ponapawać się urokami nadmorskich plaż, dzieci wychlapać w wodzie i wytaplać w piachu, a panowie stwierdzić w zadumie że... wolą spokój Hańczańskich trzcin ;)))
Było gorąco, leniwie i znowu (sic!) sympatycznie ;)))








Był też Olsztyn oglądany KURCGALOPKIEM ze względu na panujący wówczas UPAŁ, i zakupiki w moim ulubionym sklepie - coś co kobiety lubią naj naj, a na co umawiałyśmy się z Iwoną od dawna:))
Fotorelacji z zakupów nie ma, ale za to przedstawiam BABY ;))


Nasze pruskie w stylizacji i bez i jeszcze jedną, tę najważniejszą kapelutkową - małopolską:)))

I to już koniec wspomnień urlopowych. Z premedytacją nie piszę wakacyjnych, bo te jeszcze trwają, i choć jestem ograniczona wyznaczonym terminem urlopu, wciąż snuję różnorodne plany wakacyjnych wojaży, spotkań i ciekawych imprez :)))
Miniony weekend był z takich właśnie snutych, i dzieciowo przyobiecanych:)
Pojechaliśmy rodzinnie na prawdziwy camping. Nad morze - w miejsce od lat nam znane i niezbyt odległe:)
Rozbiliśmy NAMIOT, i poszliśmy w plenery:) I choć pogoda nas nie rozpieszczała, atrakcji i zabawy była moc, w tym najważniejsza - SPANIE W NAMIOCIE!
Dzieci spisały się rewelacyjnie, a my (czyt. starocie), ponownie zapałaliśmy potrzebą spędzania w TEN właśnie sposób urlopu. Uwielbiam camping! Jak fajnie że dzieci mamy takie "dorosłe" ;)))
Pogoda niespecjalnie sprzyjała cykaniu fotek, więc zdjęć brak, poza kilkoma plażowymi. Zresztą zrobionymi na okoliczność pewnego niespodziewanego spotkania:)

 Jasiek ze swoim prywatnym dołem
 Tosi kłoda...
jakie szczęście że się nie zmieściła do auta ;)))
kłoda, oczywiście.
 NASZE DZIECI I MORZE :)))
I niespodziewane spotkanie, Mrówa z akcesoriami w pożyczonym DOLE ;)))

I to by było na tyle. Może wreszcie zbiorę się i wkrótce pokażę coś z dziedziny robótkowej :)))

Pozdrawiam ciepło:)

9 lipca 2012

Lituję się :)

Wreszcie odpowiedź na wczorajszą zagadkę:)))
Trochę z litości a trochę z potrzeby wielkiej coby oznajmić już konkretnie: IVONNA niecodziennie się u nas gościła! I fajnie było :)))
Olqa domyślna niezwykle - pogratulować błyskawicznej myśli detektywistycznej ;)))
Nikt jednak nie domyślił się GDZIE nas nogi poniosły!
A odpowiedź naprawdę prościutka była, szczególnie że nie raz i nie dwa wspominałam że marzy mi się kolejny spływ Czarną Hańczą - to pojechalim :)), zmolestowawszy uprzednio Iwonkę i Jej Małżonka szanownego. Wiem, że zwyciężyły snute wizje spokoju błogiego, ucieczki od ludzia wszelkiego i natury wszechobecnej:) I było BOSSSSKO - to określenie co i rusz padało z roześmianych ust Iwonny. Ja pozostaję w niegasnącej radości że nasz wypad mało że doszedł do skutku, to udał się i w dodatku już planuje się kolejny - lubię tak:))) BARDZO LUBIĘ ;)
Jak już wspominałam, było niezwykle intensywnie. Wieczorami prawie padaliśmy ze zmęczenia, co nie znaczy że nie uskutecznialiśmy późnowieczornych pogawędek ;))
Zresztą, co będę gadać, popatrzcie sami, ja się lituję nad Wami - co będziecie czas marnować na składanie literek, w TAKI upał ;)))
Będzie nieco chaotycznie, ale zdjęcia z dwóch aparatów, a czasu wciąż brak na poukładanie - i tak najważniejsze jest wspomnienie.

Wigry

u Pana Tytoniowego
romansowa harmonia na moście ;)

równie romansowe poranki śniadaniowe
na szlaku

Adamowe Łączki - moje ulubione zdjęcie ręką Osobistego
Idzie dysc..
 mgły co opadły
i znów na szlaku...

powyżej: gang dzikich kaczek  na Adamowych;)))
wieczór na cypelku
śluza
a to pierwsze podrygi z wiosłem
przenoska

znowu śluzy

no i ... kanał ;))

i jeszcze jedna śluza...

Wigry i Klasztor pokamedulski i widoki
Panienka na okienku
Mikołajki kurcgalopkiem
Dużo??? Fakt. Ale jest tego więcej. Dziś się lituję przecież, więc pokazuję NAPRAWDĘ tylko troszkę ;)))
Szkoda że ten czas już się skończył.
Były to chwile błogiego lenistwa zaprawionego przygodą , chwile w którym poznaliśmy wielu przesympatycznych ludzi, z którymi witaliśmy się na szlaku jak ze starymi znajomymi. To również czas wyciszenia i oderwania od codzienności. To NASZ czas!
Iwonko, Sławku - dzięki wielkie za wspólną przygodę:)
Ten czas to również słowa klucze takie jak: gang dzikich kaczek, harmonia na moście, glut w kubku, warunki i nie warunki, nosy w trzcinach, but czyścioszek, burza w namiocie i jeszcze ta goniąca przez pół dnia, kaloryfery w mahoniu, kanoe w bagnisku, delfin motylem super stylem, mgły co opadły, sir william... i najlepsze, zdanie którego wspomnienie wciąż rozbraja mnie całkowicie: nie mów tak do mnie bo ja nie wiem gdzie to jest!!!  :))))
Będzie co wspominać zimową porą przy kominku :)

Zdjątka autorstwa mła i Osobistego (to te lepsze rzecz jasna) :)