12 stycznia 2010
Fartuszki dla najmłodszych kuchcików
Takie oto fartuszki poczyniłam swoim pociechom. Janko garnie się do kucharskich czynności bardzo, i któregoś dnia zarządał fartucha, bo jak ma tak pracować to musi też wyglądać! Toteż wygląda obecnie wcale, wcale, szczególnie że aplikacja kolejowa czyli zdodnie z obecnymi zainteresowaniami.
Dodam tylko że fartuch przyniósł Mikołaj do buta, synu po obejrzeniu prezentu stwierdził tylko: No tak, Mikołaj to wiedział co mi przynieść, bo mama ciągle zapominała...:)
Różowy dla córki oczywiście, jako zachęta, bo jakoś tak niespecjalnie lubi kucharzyć, liczę że z czasem jej to przejdzie. W końcu fajnie jest jak córka z matką w kuchni rządzi.
Zdjęcie fartuchów już po użytkowaniu, więc trochę już pogniecione i upaćkane, za to widać że spełniają swoją rolę.
Krzesło
Stało sobie w kącie, zapomniane, niechciane, takie jakby załamane:)
Lato przyszło, ktoś je zauważył, wyciągnął, odkurzył.
Potem przyszła pora na malowanie, ozdabianie, lakierowanie.
I stoi dumne bo wreszcie piękne!
Krzesło ozdobione techniką decoupage i shabby.
Pierwsza duża rzecz jaką podjęłam się wykonać, pełne niedociągnięć, ale i tak dumna jestem. Teraz stoi w nowo wykończonej łazience, i puchnie z dumy:))) Serio!
10 stycznia 2010
W klimacie świątecznym
Obiecane, wykonane i wrzucone - zdjęcia moich swiątecznych dekoracji, niektóre goszczą w naszym domu od kilku lat. Tegoroczny jest tylko wianek nad kominkiem oraz choinka z sianka, bowiem czasu brakło przez remonty łazienkowe, więc ten rok ubogi dekoracyjnie pozostał niestety:(Jak wspominałam serduchomania w rozkwicie - prawie, bowiem zdjęcie przedstawia jedno serduszko, musicie uwierzyć na słowo - choinka już rozebrana niestety,lecz serduszek ci u nas dostatek, gdzieś niżej zdjęcie kominka, tam je trochę widać:)
ponownie aniołowo, anioł na szydełku wykonany przez zaprzyjaźnioną szydełkomaniaczkę p. Henię- wielkie dzięki! Ja i szydełko, a szczególnie związane z nim liczenie to nienajlepsze połączenie, ale może kiedyś w przyszłości, kto wie...
wianek nad kominkiem, podobny wisi na drzwiach wejściowych, oczywiście serducha w roli głównej
tak wygląda kominek ozdobiony świątecznie
anieliska, uszyte własnoręcznie, na podstawie wzoru od koleżanki
choineczki eko:)
ponownie eco (powyżej na sianeczku- sianie; poniżej na desce)
I to by było na tyle w temacie świąt. Pochwaliłam się krzynkę i ja, a co! Uwielbiam działać coś manualnie, zresztą przez moja manię rękodzielniczą powstał ten blog. Żeby tylko czasu było więcej, bo na pomysły nie narzekam.
9 stycznia 2010
Kilka moich prac
Wreszcie znalazłam troche czasu i wrzucam parę zdjęć moich prac, powyżej anioł mojego autorstwa, zadziwiony (bo nie spodziewał się że będzie występował publicznie:)
I dodać muszę ze zamieszczanie zdjęć na blogu jednak nie jest tak trudne jak sobie wyobrazałam - czuję się jak blondynka z dowcipów- nie obrażając nikogo, trochę mi głupio...
lawendowo - obrazek decu, raczej rustykalny jak widać
anieliska:)
obrazeczek w stylu włoskim
serducha, (serduchomania towarzyszy mi od lat kilku, poczyniłam serduszek tkaninowych kilkadziesiąt sztuk wiele lat temu już, obdarowałam nimi rodzinę i przyjaciół. Chyba wyprzedzam mody, bo u mnie serduszka goszczą od hohoho..., szczególnie w okresie świąt Bożego Narodzenia, wówczas wiszą sobie na choince, lub kominku wespół zespół z szydełkowymi aniołkami od przyjaciółki-wychodzi na to że modna jestem:)))
ponownie aniołecek, pisałam że anielista jestem...
narzuta córy, patchwork, kilka lat się zabierałam do pozszywania, dzieło sztuki to to nie jest ale własne, na pikowanie nie starczyło mi energii jakoś, ale już się przymierzam do kapy dla synka, hmmm...
stołek ikeowy, co stał u mnie lat kilka, niepomalowany, nieozdobiony, dojrzewał po prostu i czekał na pomysł - to moja pierwsza praca decu, i chociaż krak nie wyszedł tak jak powinien, uważam nieskromnie że efekt niczego sobie.
A jutro postaram się zamieścić kilka zdjęć światecznych, na razie miłego oglądania:)
8 stycznia 2010
Ciekawość...
ciekawy synu ostatnio bywa, nie powiem...I nie ma znaczenia czas i miejsce w którym aktualnie się znajdujemy, więc pytania o treści niezwykle frapującej i często zagmatwanej padają często i wszędzie, odpowiedź zaś musi być interesująca oraz wyczerpująca.
Tak też było 6 stycznia. W święto Trzech Króli udaliśmy się rodzinnie wieczorową porą do kościoła. Janko grzeczny był nawet, nawet, aczkolwiek jako dziecię które nie ustoi w miejscu jednej minuty, pozwalał sobie na mały jogging na tyłach kościoła - które my, jako rodzice dziecka szybkobieżnego niezwykle doceniamy i lubimy:)- (na szczęście ciszę ostatnio zachowuje przy tym prawie zawsze!) żeby go trochę przyhamować (oraz wyeliminować zaczynające się właśnie gimnastyczne przewroty w przód), przy wykorzystaniu częstszej ostatnio potrzeby naszego najmłodszego na przytulańska usadowiłam go na ławce i takie oto usłyszałam pytanie: J: mamo a dlacego Bóg umarł? Cóż, udzieliłam szeptem w zasadzie standardowej odpowiedzi,
Ja: Umarł za grzechy wszystkich ludzi, żeby się poprawili i dzięki temu w nagrodę mogli pójść do nieba, i mieszkać z Panem Bogiem.
Jaś: A co to niebo?
Ja: to takie miejsce gdzie wszystkim jest bardzo dobrze, są szczęśliwi i mają tam wszystko o czym zamarzą (to wersja uproszczona, stworzona w stresie podczas mszy, więc proszę o wybaczenie:). Na buzi Janka udało się zaobserwować zadumę.
Po chwili: A słodyce tam mają?
Ja: myślę że tak.
Uśmiech jaki zakwitł na licu syna mego był tak ogromny i słoneczny że jasno się wokół zrobiło, po czym padło stwierdzenie: No, to ja się będę mocno starał i pójdę do nieba!
Ha, święte dziecko się nam szykuje...tylko kiedy?
Tak też było 6 stycznia. W święto Trzech Króli udaliśmy się rodzinnie wieczorową porą do kościoła. Janko grzeczny był nawet, nawet, aczkolwiek jako dziecię które nie ustoi w miejscu jednej minuty, pozwalał sobie na mały jogging na tyłach kościoła - które my, jako rodzice dziecka szybkobieżnego niezwykle doceniamy i lubimy:)- (na szczęście ciszę ostatnio zachowuje przy tym prawie zawsze!) żeby go trochę przyhamować (oraz wyeliminować zaczynające się właśnie gimnastyczne przewroty w przód), przy wykorzystaniu częstszej ostatnio potrzeby naszego najmłodszego na przytulańska usadowiłam go na ławce i takie oto usłyszałam pytanie: J: mamo a dlacego Bóg umarł? Cóż, udzieliłam szeptem w zasadzie standardowej odpowiedzi,
Ja: Umarł za grzechy wszystkich ludzi, żeby się poprawili i dzięki temu w nagrodę mogli pójść do nieba, i mieszkać z Panem Bogiem.
Jaś: A co to niebo?
Ja: to takie miejsce gdzie wszystkim jest bardzo dobrze, są szczęśliwi i mają tam wszystko o czym zamarzą (to wersja uproszczona, stworzona w stresie podczas mszy, więc proszę o wybaczenie:). Na buzi Janka udało się zaobserwować zadumę.
Po chwili: A słodyce tam mają?
Ja: myślę że tak.
Uśmiech jaki zakwitł na licu syna mego był tak ogromny i słoneczny że jasno się wokół zrobiło, po czym padło stwierdzenie: No, to ja się będę mocno starał i pójdę do nieba!
Ha, święte dziecko się nam szykuje...tylko kiedy?
Ta sama msza św. chwilę później. Jaś po rozważaniach nad śmiercią i niebem, zapytał:
J: dlaczego ten Bóg na ksyzu jest taki duzy, a tamten drugi i tseci mały?
Ja: (z zaskoczenia nie popisując się elokwencją): te krzyże to symbole, takie znaki żebyśmy pamiętali co pan Jezus dla nas zrobił.
J: (domyślnie) Acha!
Po czym po chwili stwierdza z przekonaniem: Nie mamo, ten duzy to tata, a te małe to jego dzieci. I wsyscy umarli za nas, strasne...
J: dlaczego ten Bóg na ksyzu jest taki duzy, a tamten drugi i tseci mały?
Ja: (z zaskoczenia nie popisując się elokwencją): te krzyże to symbole, takie znaki żebyśmy pamiętali co pan Jezus dla nas zrobił.
J: (domyślnie) Acha!
Po czym po chwili stwierdza z przekonaniem: Nie mamo, ten duzy to tata, a te małe to jego dzieci. I wsyscy umarli za nas, strasne...
28 grudnia 2009
no i co ja mam powiedzieć...
święta...i po świętach. Jakoś nie odczułam tej magii, jaką odczuwałam w latach ubiegłych:(((
ale co tam, było minęło, czekam na kolejne święta.
Na razie śnieżnie wokół i tak się biało i czysto zrobiło, ale w końcu mieszkam na wsi, to biało i czysto, w mieście gorzej...
ale co tam, było minęło, czekam na kolejne święta.
Na razie śnieżnie wokół i tak się biało i czysto zrobiło, ale w końcu mieszkam na wsi, to biało i czysto, w mieście gorzej...
27 października 2009
cóż...
tego się właśnie obawiałam, właśnie takie potencjalne występowanie widocznych gołym okiem przerw w pisaniu i zaglądaniu na własnoręcznie założonego bloga powodowały u mnie zwątpienie graniczące z pewnością; NIE MAM CZASU na pisanie bloga!!! Ha, ale skoro powiedziało się A dorzucić należy "ą" - ta kolejność użytych liter alfabetu jest chyba zrozumiała sama przez się:)
Co u nas: łazienka ruszy po 1 listopada - taki termin zaproponował Pan Zdzisław - FACHOWIEC, pozostaje mieć tylko nadzieję że po pierwsze: do mikołajek skończy, a po drugie nie wykończy nas finasowo, a FACHOWIEC jest z Pana Zdzisia NIEZIEMSKI, umie robić kafelkowe cuda na kiju - tak mówią wtajemniczeni. Nasza sypialnia wymaga już tylko upiększajacego doszlifowania, podmalowania tu i ówdzie, wiem co chcę i tyle nas razie, bo jakoś czasowo i nastrojowo u mnie kiepsko obecnie...
Ponadto: dzieci, przedszkolaki pełną gębą, zaliczyły jedną prawie 2 tygodniową infekcję, i jakoś tak nagle w rekordowym tempie objawy chorobowe ustąpiły na rzecz wielkiej, dominującej radości z czasu spędzanego ze mną i dziadkami (na czas mojej obecności w pracy). Najpierw pochorował się Jaś, i zaraz pierwszego dnia WIELKIEGO CHOROWANIA wprawił mnie w niejakie zdumienie. Podczas gdy siostra jego ubierała się do wyjścia (jeszcze zdrowa - natomiast Jaś jako dziecię schorowane miał juz w planach odchorowywanie złapanego wirusiska) syn przygladał się temu z minką nieodgadnioną. I ja przyglądam się tej małej kupce zasmarkanego nieszczęścia, która nagle przytuliła się do mych nóg i słyszę zduszony szept: mamo, ja kce pożegnać się z Tosią...i tu pojawia się przed moimi zdumionymi oczyma buźka w podkówkę... Ha, czyli tyci człowieczek zdaje sobie sprawę z rozłąki z siostrą, co więcej będzie za nią tęsknił, nawet jeśli dopiero co się kłócili o jakiś drobiazg zajadle... Nie powiem, ale obserwacja ta rozczuliła mnie ogromnie. Cztery dni później, chorowała Tosia, Jaś nawet się ucieszył ale chwilę potem już się z nią wykłócał o jakąś zabawkę. Kocha Jaś tę siostrę ogromnie, lecz z równie mocną siłą i miłością lubi robić jej na złość, ale jednak zawsze o niej pamięta, myśli. Zastanawia mnie kiedy Tosia zapłacze nad nieobecnością Jasia, na razie jest jej jakoś "obojętny", czasem nawet jakby jej przeszkadzał. Mam nadzieję że i Tonia dojrzeje kiedyś do miłości braterskiej.
Co jeszcze? Ponownie "wystąpiłam" z koleżanką na targach w celu spieniężenia swych "arcydzieł". Pogoda nie dopisała - i niech to pozostanie jedynym komentarzem.
No i muszę w końcu zrozumieć system zamieszczania zdjęć na blogu. MUSZĘ. Poproszę wreszcie męża o pomoc, bo czarno to widzę. Mam przeciez tyle fajnych zdjęć...
Co u nas: łazienka ruszy po 1 listopada - taki termin zaproponował Pan Zdzisław - FACHOWIEC, pozostaje mieć tylko nadzieję że po pierwsze: do mikołajek skończy, a po drugie nie wykończy nas finasowo, a FACHOWIEC jest z Pana Zdzisia NIEZIEMSKI, umie robić kafelkowe cuda na kiju - tak mówią wtajemniczeni. Nasza sypialnia wymaga już tylko upiększajacego doszlifowania, podmalowania tu i ówdzie, wiem co chcę i tyle nas razie, bo jakoś czasowo i nastrojowo u mnie kiepsko obecnie...
Ponadto: dzieci, przedszkolaki pełną gębą, zaliczyły jedną prawie 2 tygodniową infekcję, i jakoś tak nagle w rekordowym tempie objawy chorobowe ustąpiły na rzecz wielkiej, dominującej radości z czasu spędzanego ze mną i dziadkami (na czas mojej obecności w pracy). Najpierw pochorował się Jaś, i zaraz pierwszego dnia WIELKIEGO CHOROWANIA wprawił mnie w niejakie zdumienie. Podczas gdy siostra jego ubierała się do wyjścia (jeszcze zdrowa - natomiast Jaś jako dziecię schorowane miał juz w planach odchorowywanie złapanego wirusiska) syn przygladał się temu z minką nieodgadnioną. I ja przyglądam się tej małej kupce zasmarkanego nieszczęścia, która nagle przytuliła się do mych nóg i słyszę zduszony szept: mamo, ja kce pożegnać się z Tosią...i tu pojawia się przed moimi zdumionymi oczyma buźka w podkówkę... Ha, czyli tyci człowieczek zdaje sobie sprawę z rozłąki z siostrą, co więcej będzie za nią tęsknił, nawet jeśli dopiero co się kłócili o jakiś drobiazg zajadle... Nie powiem, ale obserwacja ta rozczuliła mnie ogromnie. Cztery dni później, chorowała Tosia, Jaś nawet się ucieszył ale chwilę potem już się z nią wykłócał o jakąś zabawkę. Kocha Jaś tę siostrę ogromnie, lecz z równie mocną siłą i miłością lubi robić jej na złość, ale jednak zawsze o niej pamięta, myśli. Zastanawia mnie kiedy Tosia zapłacze nad nieobecnością Jasia, na razie jest jej jakoś "obojętny", czasem nawet jakby jej przeszkadzał. Mam nadzieję że i Tonia dojrzeje kiedyś do miłości braterskiej.
Co jeszcze? Ponownie "wystąpiłam" z koleżanką na targach w celu spieniężenia swych "arcydzieł". Pogoda nie dopisała - i niech to pozostanie jedynym komentarzem.
No i muszę w końcu zrozumieć system zamieszczania zdjęć na blogu. MUSZĘ. Poproszę wreszcie męża o pomoc, bo czarno to widzę. Mam przeciez tyle fajnych zdjęć...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






