W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





16 kwietnia 2010

Rozmowa

- Mama, cemu płaces?
- Bo zginęło wielu ludzi.
- Aaaaa, pan Premier! Nie płac, pseciez posli do nieba!
- No tak, ale tym co zostali jest bardzo smutno.
- A u Pana Boga jest im lepiej. Tam mają wsystko i ciepło im!

Mój czteroletni syn jest strasznie mądry.
Szkoda że dorośli gubią gdzieś na drogach swojego życia tę dziecięcą mądrość...
(nie będę się rozwodziła już nad tym że rozmowa rozwinęła się w kierunku nieoczekiwanym, mianowicie: kulinarnym - czyli co też Jaś u Pana Boga może zjeść w ilościach dowolnych, bo Pan Bóg dobry przecież jest, nie taki jak mama...:).

Pożegnaliśmy wczoraj dwoje młodych ludzi.
Szalenie smutna uroczystość, pożegnanie, które nie powinno nim być...
Nie mogę się z tego otrząsnąć, wciąż myślami jestem z ich matkami, braćmi, rodzinami.

Wielkie i małe tragedie przeplatają się z Życiem. Jak zawsze.
U Pana Boga jest im lepiej.

14 kwietnia 2010

Kiełkuje

wypycha się życie do światła, do słońca.
Pięknieje świat, zielenieje.
A mój ogród stale coraz bardziej porządnieje:)
Powoli, ciągle jeszcze zbyt wolno, wszystko wokół domu zaczyna mieć swoje miejsce.
Jeszcze wolniej niestety, wcielam w czyn swoje wieloletnie ogrodnicze plany.
Dziś warzywnie będzie:)
A dopiero co broniłam się szalenie przed marchewką i cebulą!
Broniłam zaciekle, bo bardzo byłam zniechęcona do pracy ogrodowej przez działkę rodziców. Bardzo.
Moje poczynania "gruntowe" miały ograniczyć się do niezbędnego minimum.
Kwiatki. Jak najbardziej, oczywiście te nieskomplikowane, bez potrzeby ciągłej pielęgnacji, wykopywania na zimę itp. Warzywka? Oczywiście: Szczypiorek i rzodkiewka! Owoce? Trzy drzewka owocowe, kilka krzaczków poziomek. I już! Wystarczy!

Chyba się starzeję:)) Dziś chce mi się pogrzebać w ziemi, przekopać (ten zapach!), posiać, posadzić i czekać, patrzeć jak wyrasta:)). Wieczory spędzam na przeszukiwaniu książek, czasopism ogrodniczych, internetu,  gadam z koleżankami "zaprawionymi w bojach" ogrodowych. Planuję co zrobię, gdzie posadzę lub przesadzę (czasem niestety przesadzę...), zastanawiam się co jeszcze trzeba kupić. Działam:)
Od trzech lat mniej więcej stale powiększam swój nietypowy warzywniak.
Dokupuję krzaczki borówek amerykańskich, mam nawet borówkę brusznicę - i rośnie!
Dziś jadę po drzewka owocowe: śliwę renklodę, wiśnię i może coś jeszcze?:)
W czerwcu dojrzewać będą truskawki i poziomki.
Część warzyw już posiana, inna część wciąż czeka jeszcze na swoją kolej, na swój czas.
Dziś wsadziłam właśnie dymkę "dostaną" od mamy:). Wcześniej posiałam cebulkę, marchew, rukolę - wschodzi! Rzodkiewka też. I koper, jak znalazł do ogórków małosolnych. I chleba z moim smalczykiem:)


Wsadziłam już bób, groch, będzie fasolka szparagowa - ale to w maju. Muszę kupić sałatę lodową - do pikowania - :)
Śmieszny ten mój ogródek. Dla leniwych:) Leniwa raczej nie jestem, ale ciągle jeszcze przełamuję swoją nabytą wcześniej ogromną awersję. Bo było kiepsko, samo wspomnienie o ogródku wywoływało złość i obrzydzenie! Dla mnie to była ciężka praca - tak mi się kojarzyło, po pracy u rodziców. Niechciany obowiązek, ograniczający, pętający, zobowiązujący.
Dziś nabieram wiatru w "łopaty";). Dziś dopiero naprawdę cieszy mnie dłubanie w ziemi.
Czemu warzywniak dla leniwych? Zobaczcie sami, proszę bardzo:)



Nie odmówicie mu wygody, prawda? I praktyczności: rzadziej warzywa chorują, nie przemarzają (szczególnie pomidory i ogórki), i pielenie jest bezbolesne, krótkie i rzadkie - bo mało chwastów! Ogromny plus, szczególnie dla mnie!
Będą jeszcze skrzynie na pomidory, ogórki i kabaczki. rozszalałam się z warzywami w tym roku. I musimy dostawić więcej skrzynek.
Tej trawy widocznej na zdjęciach nie będzie, wszystko będzie wypielone i wysypane żwirkiem. Będzie czysto, estetycznie i ładnie:) Ponadto wielogodzinna praca przy pieleniu odpada, czasem tylko trzeba będzie "coś tam" wyrwać, wymuskać... Ale to pikuś:)


Powyżej, moje wczorajsze dzieło, jak widzicie, nie tylko skrzynki. Ale w przyszłym roku pewnie się to zmieni:) Bobu i grochu mi się zachciało, i to już! Nawiezienie skrzyń ziemią to na razie jedyny powazny problem - zdobywam ziemię, czasem czuję się jak Kolumb normalnie (chociaż on to lądy i oceany, na jedno wychodzi). I choć mieszkam na wsi gdzie teoretycznie nie powinno z tym być problemu przecież, przecież wszędzie wokół pola orne, a jednak ten problem istnieje, jestem tego dowodem!
Niedaleka przyszłość: będzie jeszcze kilka krzaczków pomidorów i ogórków gruntowych, ale to w maju, wiadomo.
Będzie słonecznik przy płocie:) Może jeszcze dziś:)
Będą zioła w wielkim koszu wiklinowym przed domem - blisko z kuchni:). Więc (sorki psorko polonistko:) : tymianek, melisa i majeranek i jeszcze  pewnie coś... Wczoraj przesadziłam kolendrę - ogromna mi wyrosła w ubiegłym roku, a jaka aromatyczna. W kątku warzywniaka rośnie sobie mięta (uwielbiam herbatę ze świeżymi listkami mięty) i cebula siedmiolatka (na nasz chlebek z rzodkiewką). 
Siedzą w ziemi nasiona nasturcji, aksamitka wąskolistna - taka drobniutka, ładna śmierdziuszka, już wzeszła:)
Pewnie już wszystko pęcznieje, czekać tylko jak ruszy,jak wychynie z ziemi do słońca. Już za chwilkę pewnie...
Pomalutku kiełkują na parapecie w domu kabaczki i dynie ozdobne.
Mak wschodni czeka na zasianie i mietelnik - taki mini, podrabiany krzew. I szarłat, z którego nie wiem czy coś będzie, bo ma wymagania że ho ho:)
A dzieciom przy piaskownicy robię mini rabatkę. Będą miały truskawki pod "ręką". Może krzaczek pomidorków koktajlowych też się zmieści. Niech skubią, niech się delektują zdrowiem:) 
Normalnie chce mi się grzebać, planować, kopać. Szczerze mówiąc samej trudno mi w to uwierzyć, naprawdę:)
Może i nie na długo, ale na razie jestem na fali ogrodniczej- moje chęci i umiejętności też.
Tymczasem ciągle mam z tego radość - jeszcze...
I taki mi wyszedł romantyczny prawie post:)

Życie się budzi, otacza zewsząd.
Życie toczy się dalej...
Pomimo...

Pozdrawiam z nad grządek

12 kwietnia 2010

Mijanie

czasu...
Pędzi, goni jak szalony. Nie nadążamy, niezadowoleni uczestniczymy w tej codziennej gonitwie, w walce z nim, naszym Panem i Władcą - czasem.
A przecież mamy świadomość że ta wojna jest przegrana. Wciąż narzekamy na jego brak, na tempo z jakim pojawiają się zmiany, często nie do ogarnięcia, niezrozumiałe.
Walka z wiatrakami...
Czas jednak ma gorszą przypadłość: potrafi się zatrzymać.
Dzieje się tak szczególnie wtedy gdy chcemy coś przyspieszyć.
Zazwyczaj, wówczas gdy chcemy o czymś szybko zapomnieć, ukryć w zakamarkach pamięci.
Ostatnie dni do takich należą, chciałoby się przyspieszyć czas, odłożyć na półkę z kartką: "minione".
Przykryć wspomnienia delikatnym woalem przemijania... To takie naturalne i ludzkie.
Jesteśmy ludźmi tylko...
Zapomnieć nie sposób, pamiętać trzeba - tylko to pozostaje.
Pamiętam zatem - bo tak trzeba, ze względu na tych co odeszli.
Tak jak pamiętam Katyń, Oświęcim, Powstanie - to COŚ znaczy, to nie jest puste, choć minione.
Tak jak pamiętam Jana Pawła II, Cud nad Wisłą, gen. Władysława Sikorskiego - te wspomnienia to moja chluba, moja tożsamość.
Bez tego, bez nich nie byłabym tym kim jestem.
10.04.2010 - dzień który już jest historią, dokonał się. Przeminął.
Czas płynie dalej, znowu goni, nabiera tempa. Choć wtedy wydawało się że się zatrzymał.
Dzień, niby zwykły, jak wiele innych.  Dzień nie zapowiadający nic złego.
A jednak stał się dniem tragicznym. Podobnie jak wiele innych dni naszej polskiej historii.
Ciężko nad tym przejść do porządku dziennego, trudno wrócić ponownie na te same tory dnia codziennego.
Ten dzień przyniósł jednak zmiany.
Mimo wszystko wynikło z tego dobro mimo zła. Mimo śmierci...
Świat już wie, świat zamarł, pochylił się nad tymi dotąd zapomnianymi.
Ten sam Świat który dotąd się wzbraniał przed prawdą.
Wolał zapomnieć, udawać.
Świat dostrzegł. Dzięki TYM którzy pamiętali i nie pozwalali zapomnieć. I zginęli.
Dziś jednak oni żyją - bo my pamiętamy. Bo inni odzyskali pamięć, mimo upływu czasu, mimo ciężkiego woalu przemijania. Tamci żyją dzięki tym co dopiero odeszli...
Dla nich czas się zatrzymał. Na zawsze.
Dla nas znów mknie.
Pamiętajmy, mimo czasu mijania... pamiętajmy

M. i Ł. - pamiętam
Dla Was czas się zatrzymał.
Dla mnie już pędzi, znów gna
Życie...
Wybaczcie

10 kwietnia 2010

SŁOWA

DZIŚ SĄ ZBĘDNE I TRACĄ ZNACZENIE.
 

Tragiczny Smoleńsk.
Tragiczna Warmia
Ta sama data, inna godzina - 23.00 zginęło w wypadku dwoje bardzo młodych ludzi pochodzących z mojej wsi
Odeszli
Znałam ich, znam ich rodziny
Zostały ich matki, siostry, bracia
i my, nasza mała wiejska społeczność
Zostały myśli
Pamięć



(nie komentujcie, proszę)

8 kwietnia 2010

Nowe!

Nowe idzie!
Szarogęsi się i rozpełza po miedzach, łąkach i ogrodach.
Pąki pęcznieją, nadymają się radośnie.
Ptaki w gniazdach buszują, drą donośnie, znoszą mchy, pióra i różne miękkości.
Jajkom, swym przyszłym dzieciom urządzają NOWE!
Nowe idzie! Czyste, pachnące i ciepłe!
Idzie!

Aż mi się chce odetchnąć pełną piersią, nabrać tego nowego całe garście, napchać kieszenie i torby przepastne, poupychać w szafach, szafeczkach, na półkach i w woreczkach.
Na zaś, coby na dłużej starczyło:)
Nowe idzie!
I niech się panoszy!



 Cudnie jest na świecie, cudnie...



Z ostatniej chwili:))
U nas NOWE to także uroczyste, z fanfarami (radosny "trel" dzieci:), rozpoczęcie nowego sezonu ogniskiem.
Decyzja o dzisiejszym zapadła błyskawicznie, trzeba wszak piękną pogodę wykorzystać w pełni, nie wiadomo co jutro przyniesie:)
Z racji tego że jutro piątek, dziś zostało uroczyście rozpalone pierwsze ognisko kiełbaskowe (jak mówią dzieci). Niestety nie o zmroku, choć efekt wtedy najpiękniejszy, pamiętać jednak musieliśmy iż jutro dzień pracowo - przedszkolny przed nami. A sobotę planujemy wyjazdowo - wycieczkowo, "dalekobieżnie" w dodatku, nie dalibyśmy rady zwyczajnie, ogniska umieścić w tym dniu czasowo - a czas najwyższy sezon rozpocząć.
Opchaliśmy się kiełbaskami, napchaliśmy płuca aromatycznym dymem, nacieszyliśmy ciepłem, nagapiliśmy w płomienie, zaczarowała nas pogoda, zaczarował ogniska blask...

Tymczasem ja zaczynam czarowanie pogody na sobotę:))

Migawki z dnia dzisiejszego:


Czy to pies, czy wydra, a może sowa nadzwyczajna:)???

Pozdrawiam:)))

7 kwietnia 2010

Drugi...

...sklep wspominany we wczorajszym poście. Ten w którym okazało się ze nie przyjmują kart płatniczych- zawsze tak było, ale ja zabyła...
Wczoraj wypatrzyłam w nim coś, co po małych malarskich przeróbkach będzie pasowało do mojej sypialni, łazienki lub kuchni. Oto cuda które bystre me oczka upatrzyły, i się zasmuciły bo gotóweczka w domciu się ostała:

Na początek trochę ceramiki,

Pamiętacie pojemniki zakupione na "poprawę humoru"? Teraz dołączyły do nich: dzbanek i micha, prawda że ładniste?:))


O, jeszcze taki wieszaczek serduszkowy, zwyczajnie nie mogłam się oprzeć, przemaluję, przeszlifuję i będzie przepięknej urody, pasującej do jednych ze wspomnianych pomieszczeń.


Tu domeczek na fotkę, może zamiast fotki może jakaś fajna rodzinno -domowa sentencja? Oczywiscie do przemalowania.


Gwóźdź zakupów! Deska na zapiski! Serduszka to magnesiki:) Po przemalowaniu, do kuchni, ale chyba zakupię jeszcze jedną, będzie do przyszłego craftroomu:))) No śliczna jest po prostu:)

UWAGA! Nie miałabym tych śliczności, gdyby nie wczorajsze wykorzystanie cuda techniki w postaci telefonu komórkowego z aparatem cyfrowym! Oskara temu kto to wymyślił! Pokazałam te cuda wczorajszą wieczorową porą mężowi swemu. Nie liczyłam że zapamięta to wszystko ze zdjęć z telefonu, co więcej, że zrealizuje moje marzenie. Mąż osobisty ma jeszcze bardziej zawodną pamięć niż ja:) Ale jakoś zapamiętał, chyba widział jak mi zależało:))) No i się cieszę, rogal zakwitł mi na pysku i zejść nie zamierza chyba przez tydzień:)

Pojęcia nie mam czemu takie duperelki cieszą mnie bardziej niż nowy ciuch, kino, kolacja w super restauracji... Tak już mam, że szybciej kaskę wydam na chałupkę i na dzieci niż na siebie, choć naprawdę potrzebuję zrobić remanent w swojej garderobie. Cóż, nie miała baba kłopotu, kupiła sobie dzbanek i deseczki, se założy, hihi;))

Na koniec przedstawiam wspomniany również wczoraj "trejaż". Ciągle jeszcze nie sprawdziłam czy to poprawna nazwa, ale jak zwał tak zwał, grunt żeby swa funkcję spełniał, a wygląda to tak:


Zamknijcie oczy. Wyobraźcie sobie pnącą się po tym czymś nasturcję, a główna tego ozdoba to margerytki...
Ja to widzę, i już mi się podoba:)))
Oczywiście technika wykonania pozostawia wiele do życzenia. Nadal nie jest to zbyt estetycznie wykończone, chyba problem stanowią zbyt krótkie pędy wierzbiny, a może jej "starość". Nie wiem, muszę dokładniej zapoznać się z technikami plecenia wikliny, wówczas popełnię pewnie mniej błędów. Tymczasem mam co mam, i tak mnie cieszy:)

Pozdrawiam ciepło:)

6 kwietnia 2010

"Siedzę i siędzę

 myślę i myślę" czego naprawdę mi brak???
Święta minęły, zniknęła gdzieś towarzysząca im cudna pogoda. Dzieciaki dzielnie wstały o godz. 5.10 na Rezurekcję:). Dla nas niedziela wielkanocna to dzień zemsty. Zemsty za te wszystkie wczesnoporanne pobudki. Wszyscy rodzice doskonale wiedzą (i czują;), że wolny dzień, który teoretycznie można by spędzić w łóziu do przynajmniej 8.30, dzieci wolą spędzić inaczej. Więc pobudka 6.00 (o zgrozo! bywa nawet 5.30!!!), i heja trzaskanie drzwiami - niby że siku, rozmowy - niby że szeptem, i jeszcze ciągłe upewnianie się czy starzy jeszcze śpią - że niby dzieci kochane wcale nie chcą żeby już wstali:)
Za to gdy naprawdę trzeba wcześnie wstać, to zawsze, ale to zawsze ma młodzież najmłodsza z tym problem, bo przecież łózio takie wygodne i cieplutkie jest, to jak z niego wyłazić, no jak:)?. Zatem wiadomo juz czemu pierwszy dzień świat wielkanocnych to dla nas czas słodkiej zemsty;)).

Wracając jednak do tytułu, o siedzeniu i myśleniu mówiącemu. Mam tyle planów i projektów poukładanych we głowie swej, że nie wiem za co się zabrać.
Nie wiem czy to kwestia lenistwa, czy braku odpowiedniej motywacji, czy może urlopu spędzonego niezwykle pracowicie, ze szczególną korzyścią dla ogródka. Im więcej "siedzę" tym więcej projektów, i problemów z umiejscowieniem ich wykonania w czasie...
Ktoś powie, dobrze że siedzi, ba, też tak bym komus powiedziała, hehe...
No niby tak, tylko to "siedzenie" nie jest statyczne, to taka przenośnia bardziej.
No bo dzis na przykład do miasta wojewódzkiego pojechałam, z bratanicą bo jest u mnie.
I tak sobie "siedząc" obleciałyśmy kilka sklepów, przy okazji we dwóch z nich okazało się że nie przyjmują płatności kartą, kurcze! A jeden z tych sklepów tkaninkowy był, i taką piękną krateczkę błękitno-białą bawełnianą posiadali za tanie pieniądze...A mi się od tego dzisiejszego "siedzenia" nie chce jutro znów wyruszać do miasta, bo płotek drugi muszę zrobić... Męża osobistego nie poślę bo jak mu wytłumaczę te niuanse kolorystyczne, a w dodatku jedna tkanina była taka beżowa, i tak sobie nieśmiało o tildowych króliczkach myślałam, lub o tildzie baletnicy, no jak mam mężowi to wytłumaczyć, no jak???
Niby tylko "siedziałam" a w wielki piątek,  tak z rozpędu z małżonkiem i dzieciami zrobiliśmy porządek w miejscu przechowywania drewna w ogrodzie. Tego dnia od mojego "siedzenia" bolały mnie plecy (POTWORNIE), drugiego dnia nie dałam rady "siedzieć" - dosłownie!:) Bolała mnie zadnia część mojego ciała - OKROPNIE. Za to jaki porządeczek mam, i miejsca na nowe drewka do kominka! A ile śmieciuchów do wywiezienia przy okazji znalazłam!

W sumie to sama zaczynam się trochę już bać tego swojego"siedzenia". Mąż osobisty też, ostatnio nawet gdy już sobie w końcu wygodnie zasiadłam, on  zaczął  dziwnie, ciężko oddychać i krzywo popatrywać na mnie... Potem wyszeptał zduszonym, acz pełnym nadziei głosem: teraz to już chyba odpoczywasz, siedzisz tak naprawdę, prawda?
Boi się czy co??? Przecież ja TYLKO siedzę!!!:)))

Tak w ogóle to poczyniłam płotek, trejaż to się chyba nazywa, czy jakoś tak.
Nareszcie znalazły zastosowanie moje ceramiczne donice, zakupione jeszcze w zeszłym roku w IKEA. Taki wiklinowy płotecek, na nim pnąca nasturcja, przed nasturcją margerytka na pniu szczepiona - wiejsko, sielsko i anielsko będzie:) Margerytek jeszcze ani widu ani słychu, jakoś nie "dosiedziałam" żeby dziś je kupić. Nasturcja tez się nie wspina ze względów oczywistych - ze synem ją sadziliśmy dopiero w piątek wielki. Teraz czekamy aż się wespnie. Syn bardzo dociekliwie czeka, i codziennie...
Zdjęcie może jutro?


A posta dzisiejszego zakończę kulinarnie, polecam co sama upitrasiłam i skonsumowałam w gronie rodziny:), to tylko niektóre potrawy, żeby nie było że u nas święta takie skromne jedzeniowo, bo lenia miałam czy co, hehe:)
Zdjęć brak, nie mam pojęcia czemu zapomniałam obfocić! Gapa zwyczajna jestem i tyle.

Schabik, niezwykle soczysty: Schab pokroić w plastry, delikatnie roztłuc, posolić i odstawić na noc do lodówki. Wędzone bądź suszone śliwki namoczyć w przegotowanej letniej wodzie i odstawić również na noc.
Na drugi dzień schabik delikatnie obtoczyc w mące i usmażyć na patelni. Odłożyć. Pokroić cebulkę (ok. 3 - 4 średnich sztuk) w piórka lub kosteczkę. Udusić do miękkości przyprawić solidnie: solą, pieprzem i papryką. W naczyniu żaroodpornym ułożyć pierwszą warstwę usmażonego schabu, przykryć ją cebulką, następnie ponownie schab. Całość zalać namoczonymi śliwkami KONIECZNIE z wywarem po moczeniu.
Polecam gorąco! Mięso jest bardzo soczyste, a sosik śliwkowo-cebulowy rewelacyjny!

Ziemniaki po prowansalsku: Ziemniaki obieramy i w całości gotujemy w osolonej wodzie, tak żeby się ugotowały, ale jednocześnie nie rozpadały po wkłuciu widelca. Odcedzić, pokroić w plasterki, ułożyć warstwę w ładnym naczyniu żaroodpornym, posypać trochę solą, pieprzem, ziołami prowansalskimi, pokryć starkowanym żółtym serem i pochlapać estetycznie śmietaną. Na to kolejna warstwa ziemniaków i znowu przyprawy, zioła, ser i śmietana. Zapiekać w nagrzanym piekarniku w temp. 180 stopni ok. 30 min, aż będą miękkie a wierzch przyrumieniony. Ziemniaczana pycha!

Surówka wiosenna: Sałata lodowa, pociapana na kawałki, do tego winogrona, ja najbardziej w surówce lubię te ciemne; jako na twardo, można dodać jeszcze ogórka świeżego i pomidorka. W kubeczku wymieszać śmietanę i troszkę majonezu, doprawić pieprzem i cukrem. Sosu tyle żeby dobrze wymieszał się z sałatą - coby sucha nie była:) Wiośniana pychota ze zdrowiem łączona.


Ciasto migdałowe: Ciasto banalnie proste i szybkie, dla miłośników migdałów.
Przepis wynalazłam w książce pdróżniczki i dziennikarki Beaty Pawlikowskiej pt. "Nasze przysmaki".

Składniki: 75 g masła lub margaryny, 150 g cukru pudru, 2 krople esencji migdałowej, skórka otarta z 1/2 cytryny, 2 duże rozmącone jajka, 125 g mąki, 15 g. płatków migdałowych, 50 g mielonych migdałów, 2 łyżeczki cukru pudru do posypania ciasta.
Piekarnik nagrzać do 180 stopni, formę (keksówkę) natłuścić i oprószyc mąką.
Masło utrzec na puch z cukrem pudrem i esencją.
Dodac zmielone migdały, skórkę otartą z cytryny. Stopniowo dodawać jajka, każdorazowo dokładnie łącząc je z masą. Wsypać mąkę, dokładnie wymieszać i przełożyć do formy.
Powierzchnię ciasta wyrównać, posypać płatkami migdałowymi i 2 łyżeczkami cukru pudru. Wstawić do piekarnika na 45 - 50 min.

Polecam powyższe dania, są szybkie w wykonaniu i niezwykle smaczne.

Pozdrawiam smacznie:), ciepło i poświątecznie:-))