Spacerowa, rodzinna, słoneczna.
Las to jedyne miejsce w którym lubię wszystkie zmieniające się pory roku.
Dziś bez słów, tylko obraz, czas zatrzymany w obiektywie.
I sesja liściowa :)
I kwiatowa też. Pewnie to jedne z ostatnich kolorów jesieni.
Przygotowane na zimę.
A tu będzie się działo:)
Pozdrawiam jesiennie i nieco nostalgicznie.
I ciepło:)))
17 października 2010
15 października 2010
Uszyłam
Uszyłam, bo było mi niezbędne :)
Bardzo, niezbędne i pomocne. Teraz czuję się szczęśliwsza.
Takie małe a cieszy jak nie wiem :-DD
Bardzo, niezbędne i pomocne. Teraz czuję się szczęśliwsza.
Takie małe a cieszy jak nie wiem :-DD
worek - pokrowiec na 20 l. butlę wody mineralnej
Ubranka na liczne koszyki
Pierdółkę na Prototyp, znaczy zawieszkę ozdobną z dziurką nitowaną - pierwszy raz nitowałam, to pokazuję:)
Łapki kuchenne, z pikowaniem w charakterze mocno upitego robaka, trzmiel wcześniej odleciał, gdy zobaczył co robię...:>
Woreczek na pieczywo. Jak wiadomo sami pieczemy chlebek, w związku z czym upieczony, musi ostygnąć, i potrzebuje do tego okrycia z płócienka. No to ma. I jeszcze wyględne mi wyszło nawet.
Na bezczelnego zerżnięte od nieocenionej w inspiracjach MaJu - przechowalnik na ładujący się komórkowiec:) Hm, dla pociechy dodam, tyż prototyp, coś mi raczka zbyt wiotka wyszła:>
Nie ma to ja prace MaJu:))
I na koniec, ubranko dostało sie też tosterowi, niech ma, i wreszcie wygląda jak... ukryty toster :P
I wszystko:)))
Więcej wkrótce. To tylko żeby nikt nie myślał że nic nie robię. Bo coś tam jednak robię, w ty m swoim słynnym MIĘDZYCZASIE :DDD
Acha, no i przepraszam za jakość zdjęć, słońce dziś dziwnie świeci, i trudno było TWORY ustawić jakoś korzystnie:>
ACHA 2!!! WYGRAŁAM!!!! WYGRAŁAM po raz pierwszy, mając nadzieję że nie ostatni:))))
WYGRAŁAM CANDY u ATY!!!!!
Jestem właścicielką frywolitek i kota :DDD
Się cieszę jak sroka, która mi dzis na dachu tańczyła i "śpiewała", choć był to koncert wątpliwej "urody"...
Ale miałam motywację, żeby wstać z łóżka, i sprawdzić czy to na pewno JA wygrałam! Jakoś wczorajszej nocy ciężko było mi w to uwierzyć:))))
I tym radosnym akcentem kończę na dziś:))
Pozdrawiam cieplutko i radośnie :DDDD
12 października 2010
Rozwiązanie:)
wczorajszej zagadki:)
Znacie piosenkę SDM ze słowami: "ORZECH starzeje się po włosku, jest twardy lecz jednak do zgryzienia, zielone krople jego oczu już mało mają do patrzenia..."
To nie pigwa moje Kochane, to orzechy włoskie:))) Specjalnie zostawiłam kilka w łupiniedla utrudnienia, a ponadto tak ładnie wyglądają w tej zieleni:)))
Brawo dla tych co odgadli:)))
W nagrodę...
Uśmiech przymarzniętej przyrody:)
Bardzo dziękuję za życzenia powrotu do zdrowia - staram się jak mogę:)))I przesyłam wirtualne fluidy zdrowia wszystkim potrzebującym. ;)
Zapewniam też że w każdej chwili staram się pracować nad skończeniem swojego "tajemniczego projektu", ja również nie mogę się już doczekać żeby Wam go przedstawić:DDD
Serdecznie pozdrawiam z oszronionej Warmii:)
Znacie piosenkę SDM ze słowami: "ORZECH starzeje się po włosku, jest twardy lecz jednak do zgryzienia, zielone krople jego oczu już mało mają do patrzenia..."
To nie pigwa moje Kochane, to orzechy włoskie:))) Specjalnie zostawiłam kilka w łupiniedla utrudnienia, a ponadto tak ładnie wyglądają w tej zieleni:)))
Brawo dla tych co odgadli:)))
W nagrodę...
Uśmiech przymarzniętej przyrody:)
Bardzo dziękuję za życzenia powrotu do zdrowia - staram się jak mogę:)))I przesyłam wirtualne fluidy zdrowia wszystkim potrzebującym. ;)
Zapewniam też że w każdej chwili staram się pracować nad skończeniem swojego "tajemniczego projektu", ja również nie mogę się już doczekać żeby Wam go przedstawić:DDD
Serdecznie pozdrawiam z oszronionej Warmii:)
11 października 2010
C jak...
... choroba:>
Chora jestem. Przeziębiona niemile.
Z tej mojej desperacji.
Przez to choróbsko kiepsko się czuję, szczególnie od wczorajszego wieczora. Padłam jak kawka w pościele w godzinach mocno wieczornych, znaczy przed 20 jeszcze i spałam jak niemowlę do rana. Właściwie do poranka, jutrzenka bowiem dopiero się na horyzoncie objawiła... Obudziły mnie dziecia szykujące się raźno do wyjścia do placówki opiekuńczej, przedszkolem zwanej.
Wczorajszy dzień spędziliśmy szalenie miło na prawdziwej wsi!!!
Uśmiałam się z koleżanką setnie gdy wspomniałam używane przez siebie określenie na zadawane pytanie przez poznawanych ludzi: gdzie mieszkasz?
No bo co ja mogę odpowiedzieć? Jedyna odpowiedź to moje dumne: NA WSI !
Ha, ha, ha!!! Jak to wieś? Gdzie krów jak na lekarstwo, a z trzody hodowlanej, to tylko tę drobniejszą, pierzastą można spotkać. Często nawet:) I tyle.
Kiedyś były konie. Pamiętam te czasy! Pasły się na łące widocznej z naszego okna w sypialni.
Piękny widoczek, taki "kossakowski" w wyrazie:) Już ich nie ma. Zniknęły gdy tylko się wprowadziliśmy do domu... A taki był śliczny widoczek.
My tak już mamy. Wszystko atrakcyjne wokół nas szybciorem znika. Niestety.
Tak było gdy wprowadzilismy się na swoje pierwsze małżeńskie mieszkanie w mieście.
Co najbardziej nas cieszyło, prócz rzeczonego mieszkania jednoizbowego, oczywiście?
Obok była piekarnia.
Taka staroświecka, z recepturami bez dodatków, ulepszaczy czy spulchniaczy... Czujecie ten zapach świeżo pieczonego chleba? Widzicie te świeżo upieczone bułeczki, rogaliki, drożdżóweczki ????
Ja już trochę zapomniałam.
No i zaraz po wprowadzeniu się, po naszej podróży poślubnej okazało się że piekarnię zamknięto!
Takie nasze szczęście.
A miało być tak... świeżo i pachnąco.
Potem miałam niebywałą przyjemność osobistego poznania Pani Piekarzowej o pięknym, dumnym imieniu Wiktoria. Kobietę lekko zakręconą (ale to pewnie z racji wieku), posiadaczkę jamnika zakopującego na działce wszystkie cenne skarby właścicielki. Kobietę o nieprawdopodobnym uroku:)
Dowiedziałam się że musiała zamknąć piekarnię ponieważ zmarł jej mąż, który to ją prowadził przez te wszystkie lata, a wynajęci przez nią samą piekarze okazali się oszustami. Piekarnia zaczęła przynosić same straty...
Dzis chleb pieczemy sami. Na zakwasie. Od czasu do czasu popełnię jakieś bułki. Pachnie w całym domu:)
Ale to nie to samo co pieczywo z TAMTEJ piekarni, nie to samo...
Ale nie o tym.
Wczorajszy dzień spędziliśmy na WSI prawdziwej. NA uroczystości 4 urodzin słodziaka Wojtka:) Oto Solenizant w całej swej okazałej okazałości:)
Dzieci nasze nacieszyły się obecnością trzody chlewnej większej, znaczy kóz:) Które to wykazały się doskonałą znajomością zasad dobrego wychowanie i... UCIEKAŁY! Podczas gdy nasze dzieci chciały je nakarmić jabłkami!
Coś wspaniałego zważywszy na niedawny (czerwcowy) pobyt w Kadzidłowie, gdzie dzieciaki podczas karmienia na wybiegu zwierząt wszelakich, nie mogły sie opędzić od kóz, wskakujących z łakomstwa na ich barki, wyrywających karmę z rąk, biegnących za "karmą" w rękach dzieciaków do końca wybiegu...! Szaleństwo:) Nachalne w dodatku.
Wczoraj było na odwrót, i chyba właśnie to najbardziej się podobało naszym dzieciom, wychowywanym poniekąd również na ... wsi:) Zwierzęta które zachowują się normalnie, to one uciekają przed człowiekiem, a nie na odwrót:) A ja durnowata aparatu nie zabrałam w plenery!
Potem dzieci grzebały:)
Grzebały w trawie, żeby nie było. Grzebałam i ja. I Osobisty pogrzebał, a jakże. Grzebaliśmy wszyscy, by wygrzebać takie o:
Wie ktoś co to jest??? Wygrzebane spośród trw i liści...
Wróciliśmy do domu abym mogła legnąć w pościeli, bo coś mnie zaczęło łamać w trakcie powrotu, jakby silniej. A tak się dzielnie trzymałam!
I tyle z moich planów na wieczór.
Chciałam koniecznie dzis już pokazać, moje rodzące się z desperacji próby "naprawienia" pewnych błędów.
I nici na razie jeszcze. Po pierwsze bo jestem słabowita, a po drugie, jeszcze mam brak pewien, i desperacko teraz próbuje się podleczyć, aby go usunąć, bo póki co, to ledwo na klawiaturkę naciskam...
Choć prawie tego nie widać, sądząc po długości postu...
Zaraz znowu idę w pościele, tymczasem na otarcie łez wszystkim mającym nadzieję na pełniejszą relację, przedstawiam takie oto zajawki, TEGO co z desperacji sie narodziło).
Pozdrawiam cieplutko, zdrowia życząc :)
Chora jestem. Przeziębiona niemile.
Z tej mojej desperacji.
Przez to choróbsko kiepsko się czuję, szczególnie od wczorajszego wieczora. Padłam jak kawka w pościele w godzinach mocno wieczornych, znaczy przed 20 jeszcze i spałam jak niemowlę do rana. Właściwie do poranka, jutrzenka bowiem dopiero się na horyzoncie objawiła... Obudziły mnie dziecia szykujące się raźno do wyjścia do placówki opiekuńczej, przedszkolem zwanej.
Wczorajszy dzień spędziliśmy szalenie miło na prawdziwej wsi!!!
Uśmiałam się z koleżanką setnie gdy wspomniałam używane przez siebie określenie na zadawane pytanie przez poznawanych ludzi: gdzie mieszkasz?
No bo co ja mogę odpowiedzieć? Jedyna odpowiedź to moje dumne: NA WSI !
Ha, ha, ha!!! Jak to wieś? Gdzie krów jak na lekarstwo, a z trzody hodowlanej, to tylko tę drobniejszą, pierzastą można spotkać. Często nawet:) I tyle.
Kiedyś były konie. Pamiętam te czasy! Pasły się na łące widocznej z naszego okna w sypialni.
Piękny widoczek, taki "kossakowski" w wyrazie:) Już ich nie ma. Zniknęły gdy tylko się wprowadziliśmy do domu... A taki był śliczny widoczek.
My tak już mamy. Wszystko atrakcyjne wokół nas szybciorem znika. Niestety.
Tak było gdy wprowadzilismy się na swoje pierwsze małżeńskie mieszkanie w mieście.
Co najbardziej nas cieszyło, prócz rzeczonego mieszkania jednoizbowego, oczywiście?
Obok była piekarnia.
Taka staroświecka, z recepturami bez dodatków, ulepszaczy czy spulchniaczy... Czujecie ten zapach świeżo pieczonego chleba? Widzicie te świeżo upieczone bułeczki, rogaliki, drożdżóweczki ????
Ja już trochę zapomniałam.
No i zaraz po wprowadzeniu się, po naszej podróży poślubnej okazało się że piekarnię zamknięto!
Takie nasze szczęście.
A miało być tak... świeżo i pachnąco.
Potem miałam niebywałą przyjemność osobistego poznania Pani Piekarzowej o pięknym, dumnym imieniu Wiktoria. Kobietę lekko zakręconą (ale to pewnie z racji wieku), posiadaczkę jamnika zakopującego na działce wszystkie cenne skarby właścicielki. Kobietę o nieprawdopodobnym uroku:)
Dowiedziałam się że musiała zamknąć piekarnię ponieważ zmarł jej mąż, który to ją prowadził przez te wszystkie lata, a wynajęci przez nią samą piekarze okazali się oszustami. Piekarnia zaczęła przynosić same straty...
Dzis chleb pieczemy sami. Na zakwasie. Od czasu do czasu popełnię jakieś bułki. Pachnie w całym domu:)
Ale to nie to samo co pieczywo z TAMTEJ piekarni, nie to samo...
Ale nie o tym.
Wczorajszy dzień spędziliśmy na WSI prawdziwej. NA uroczystości 4 urodzin słodziaka Wojtka:) Oto Solenizant w całej swej okazałej okazałości:)
Dzieci nasze nacieszyły się obecnością trzody chlewnej większej, znaczy kóz:) Które to wykazały się doskonałą znajomością zasad dobrego wychowanie i... UCIEKAŁY! Podczas gdy nasze dzieci chciały je nakarmić jabłkami!
Coś wspaniałego zważywszy na niedawny (czerwcowy) pobyt w Kadzidłowie, gdzie dzieciaki podczas karmienia na wybiegu zwierząt wszelakich, nie mogły sie opędzić od kóz, wskakujących z łakomstwa na ich barki, wyrywających karmę z rąk, biegnących za "karmą" w rękach dzieciaków do końca wybiegu...! Szaleństwo:) Nachalne w dodatku.
Wczoraj było na odwrót, i chyba właśnie to najbardziej się podobało naszym dzieciom, wychowywanym poniekąd również na ... wsi:) Zwierzęta które zachowują się normalnie, to one uciekają przed człowiekiem, a nie na odwrót:) A ja durnowata aparatu nie zabrałam w plenery!
Potem dzieci grzebały:)
Grzebały w trawie, żeby nie było. Grzebałam i ja. I Osobisty pogrzebał, a jakże. Grzebaliśmy wszyscy, by wygrzebać takie o:
Wie ktoś co to jest??? Wygrzebane spośród trw i liści...
Wróciliśmy do domu abym mogła legnąć w pościeli, bo coś mnie zaczęło łamać w trakcie powrotu, jakby silniej. A tak się dzielnie trzymałam!
I tyle z moich planów na wieczór.
Chciałam koniecznie dzis już pokazać, moje rodzące się z desperacji próby "naprawienia" pewnych błędów.
I nici na razie jeszcze. Po pierwsze bo jestem słabowita, a po drugie, jeszcze mam brak pewien, i desperacko teraz próbuje się podleczyć, aby go usunąć, bo póki co, to ledwo na klawiaturkę naciskam...
Choć prawie tego nie widać, sądząc po długości postu...
Zaraz znowu idę w pościele, tymczasem na otarcie łez wszystkim mającym nadzieję na pełniejszą relację, przedstawiam takie oto zajawki, TEGO co z desperacji sie narodziło).
Pozdrawiam cieplutko, zdrowia życząc :)
6 października 2010
DESPERACJA
Desperacja mnie ogarnęła!
Ogromna!
Tak ogromna że nie byłam w stanie zapobiec jej skutkom...
W akcie tej desperacji uczyniłam OGROM rzeczy za które nie wiem kto mnie teraz rozliczy, ale niewątpliwie KTOŚ tego dokona ...
Rzeczy to małe, jednakowoż zmieniające WIELE.
NAPRAWDĘ OGROMNĄ MAM DESPERACJĘ!
Dziś niewielkie tylko jej zajawki, skutki zamierzone i uboczne przedstawię wkrótce, w szerszym zakresie.
Wpadłam na moment, na chwilkę, bo zaraz biegnę dalej, natomiast chciałam tylko zaznaczyć iż jestem, choć duchem jeno, ale wkrótce znów zaistnieję.
No to pokazuję, ten mój maleńki wycinek desperacji - to naprawdę drobiażdżki, z większej całości:)
Ściskam cieplutko:))))
Ogromna!
Tak ogromna że nie byłam w stanie zapobiec jej skutkom...
W akcie tej desperacji uczyniłam OGROM rzeczy za które nie wiem kto mnie teraz rozliczy, ale niewątpliwie KTOŚ tego dokona ...
Rzeczy to małe, jednakowoż zmieniające WIELE.
NAPRAWDĘ OGROMNĄ MAM DESPERACJĘ!
Dziś niewielkie tylko jej zajawki, skutki zamierzone i uboczne przedstawię wkrótce, w szerszym zakresie.
Wpadłam na moment, na chwilkę, bo zaraz biegnę dalej, natomiast chciałam tylko zaznaczyć iż jestem, choć duchem jeno, ale wkrótce znów zaistnieję.
No to pokazuję, ten mój maleńki wycinek desperacji - to naprawdę drobiażdżki, z większej całości:)
Ściskam cieplutko:))))
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























































