W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





7 września 2010

Słowo się rzekło

i zapraszam na zapowiadane słodkości:)))

 Do wylosowania Anioł  Zadziwiony, domek już znany oraz 4 tiulowe saszetki zapachowe: 2 różane, 2 lawendowe (serwetka zostaje u mnie:).

Anioł jest ręcznej (mojej) roboty, na desce, sukienka biała, skrzydła złocone, włosy mogą być "zaplecione" bądź czochrate. Głównym  jego zadaniem jest szczęście do dom znosić:)) - zawieszka ze sznurka naturalnego. 


Domek większość zna z wcześniejszych wpisów, zakupiony jakiś czas temu, czekał tylko na "okazję", jest to śliczna, rustykalna rameczka na zdjęcie np. rodzinne. Ja już posiadam taki, wybieliłam sobie i ... zdobi:)))  

Saszetki to również ręczna robota, szyte z tiulu, ozdobione między innymi decu na tkaninie (lawendowe), zawierają wypełnienie całkowicie naturalne :))) Lawenda mojego "chowu", więc sama natura (płatki różane zbierane i suszone prze mła, nieopodal mojego domu :).
Mam nadzieję że nikt nie czuje się rozczarowany.

Zasady takie same jak wszędzie, przypomnę jeno:

1. Zgłosić chęć swojego uczestnictwa w komentarzach pod niniejszym postem;
2. Umieścić informację o  dzisiejszym candy na swoim blogu, wraz z aktywnym linkiem do mojego candy;
3. Osoby anonimowe, nie posiadające bloga proszę o pozostawienie w komentarzu swego adresu mailowego.


Zatem zapraszam serdecznie na moje pierwsze candy. Losowanie 27.10.2010 - w moje imieniny:D

6 września 2010

Ale fajnie:)

Fajnie było:)
O weekendzie minionym mówię:) Od piątkowego popołudnia towarzysko się zaczęło, i niedzielą towarzyską się skończyło:)
W piątek troszkę po wariacku mogliśmy spotkać się z rodzinką. Nie byle jaką, za wielkiej wody bowiem przybywają od czasu do czasu, rodzinne strony odwiedzić, spraw setki pozałatwiać i... wrócić tamże niestety:>
Kto pamiętliwy, przypomni sobie że już wspominałam o wujku chrzestnym mojego Janka. Przyjechał wraz z żoną swą uroczą: śliczną ciocią Olą, jak mówi czule Tosia. Lodami towarzystwo się opchało, nagadało, naśmiało i w parku zabaw pobrykało. I koniec:((( Rozstać się musiało, niestety:(
Ale! Nie jest źle tak całkowicie, ta razą bowiem wredna i zapominalska matka aparatu swego nie zapomniała i kilka zdjątek pstryknęła.
No i teraz wszyscy sie przekonają że ciocia Ola śliczna jest rzeczywiście, a nie tylko w gadaniu:))) O, proszę:

 Mówiłam ?!!! Tosia też:)))

 A to już słynny Chrzestny z równie słynnym chrześniakiem:)))

No, i tak towarzysko rozpoczął się nam weekend:)))
A potem przyszła sobota, normalne, po piątku zazwyczaj sobota... Ha, umówiliśmy się dwa dni wcześniej na spotkanko, ze starymi znajomymi, takimi od wywczasów z dziećmi, wypadów nadmorskich i różnych wieczorów (ale to jeszcze zanim te dzieci świat ujrzały) które to rano dania kolejnego się kończyły:) Znamy się lat... o matko, nie zliczę, szczególnie że obaj panowie nasi znają się od dziecięctwa szczęśliwego:).
W sumie miniony weekend niewiele się różnił od tych naszych "starych" spotkań sprzed dzieciowych:) Zaczęło się w sobotę, w niedzielę skończyło - jednak, z przerwą na spanko we własnych domkach, przyzwoicie znaczy:)
I tak sobota, choć początkowo z deczka pracowita, zrobiła się ogniskowo-spacerowa:)))
Niedziela zaś obiadowo - zbieracza:), na grzyby bowiem całym bractwem wyfrunęliśmy, i nieźle się bawiliśmy. Łupy skromne też przynieśliśmy, a co! Zresztą nie szło inaczej, Janek mimo  późnej godziny, z lasu wybyć nie chciał, ile się musieliśmy naprosić, naobiecywać, oj! W końcu skuszony wizją kanapki z nuttelą wrócił, cały jednak nieszczęśliwy, bo : "my z mamą to na cały dzień do lasu chodzimy, a nie tak, na kwile". 
Ogłaszam jednak wszem i wobec, jeśli spotkacie kiedykolwiek chłopaczka głoszącego takie herezje, to puszczajcie wszystko co mówi mimo uszu!!! Przyrzekam! Ja sie z dzieckiem nie błąkam po kniejach i ostępach dzikich godzinami całymi! Żeby potem nie było, że ja się dziecko zamęczam, czy cóś! Ja najwyżej trzy godzinki z synem spaceruję po lesie, i głównie... gadam:> A właściwie odpowiadam na setki milionów pytań ;))). Bo się Jankowi buzia nie zamyka, i w dodatku zachwyca się wszystkim co napotka:)
Ale grzybów też nazbiera, dzis na ten przykład 3 kozaki znalazł, kilka kurek dorodnych, 2 maślaczki śliczne i podgrzybka, i to SAM OSOBIŚCIE, bez niczyjej pomocy!!! Dodam tylko że ma cztery lata. Cztery i pół, dla ścisłości :)
To na zdjęciu to zbiór całej rodziny: Żeby nie było:)




I wszyscy najważniejsi grzybiarze:)

Prawie na koniec dodam że wczoraj, tuż przed przyjazdem gości czeremchy zdążyłam narwać. Jeśli ktoś wie gdzie mu rośnie, niech szybko zbiera, zaczyna opadać, i ptaszorki się też do niej dobierają ze smakiem. 
No i co zrobiłam z czeremchą, no co??? Naleweczkę nastawiłam, ot co!

Oto i ONA - czeremcha we własnej osobie:)
Niezwykle dorodna jest tego roku.
Nazbierałam jej tak ok. pół litra. Zasypałam cukrem na razie i czekam. Soki puści, cukier się rozpuści, potem się  procentów doleje i... się będzie degustowało:)))

Nastawioną wcześniej nalewkę z owoców róży wczoraj zlałam, jeżynówka też już w butelczynach pięknie wygląda. Smakują obie wybornie, to zdanie również degustującej koleżanki, więc prawie obiektywne:)))
Na koniec już pokażę coś, co nieopodal mojego domu wczoraj znalazłam, jakby popołudniowego zbioru mało było (zmarnować się miały?).  Tak mamy rokrocznie:)

Kto powiedział że po lesie trzeba latać godzinami (5 szt!)
U nas grzyby same pod dom podchodzą:))
To i tak skromny zbiór, bywało że i po 12 - 14 kozaczków przynosiłam jednego dnia:)
Tak więc ogłaszam oficjalnie: SEZON GRZYBOWY ROZPOCZĘTY!

I tym miłym dla niektórych ogłoszeniem kończę niniejszego posta.
 Do roboty się zabieram, do roboty rękodzielniczej albowiem słodyczki muszę dopieścić, a to już wkrótce:))

Pozdrawiam niedzielnie jeszcze:)

3 września 2010

Pycha :)

No musiałam, musiałam zaproponować Wam ten obiadek:)
Pyszny, lekki i kolorowy:))



Kabaczek po grecku

Przepis właściwy: 1 kg kabaczka, 0,5 kg pomidorów, 4 cebule, 3 papryki, sól, pieprz, 3/4 szklanki oleju (!!).

Kabaczka obrać, wydrążyć, zetrzeć na tarce, paprykę wydrążyć i pokroić w paseczki. Drobno posiekaną cebulę poddusić na oleju nie rumieniąc, dodać do niej kabaczek, paprykę  i wszystkie przyprawy bez pomidorów, dusić pod przykryciem ok. 30 min. Następnie dodać podduszone i przetarte pomidory i dusić jeszcze 10 min. Podawać z ryżem na zimno lub gorąco.
Przepis mam od dawna, gdzieś z internetu. Przejrzałam wczoraj swój "zeszyt" z przepisami i EUREKA! Znalazłam! Mam jeszcze kilka równie apetycznych przepisów kabaczkowych. O nich wkrótce:)

Jakkolwiek przepis oryginalny brzmiał niezwykle apetycznie, aczkolwiek wprowadzić musiałam pewne modyfikacje:) No musiałam, inaczej bym skisła chyba:)
Tak więc kabaczka nie tarkowałam, mamy wszyscy zdrowe zęby, pokroiłam na plasterki. Oleju dałam tyle żeby cebulka się poddusiła. 3/4 szklanki!!!! O mamo, sam tłuszcz!!! Więc ze zbędnego tłuszczu zrezygnowałam:) jak należy na cebulę wrzuciłam kabaczka i paprykę, ale też prócz soli i pieprzu dodałam 3 ząbki czosnku. Dusiłam przez sugerowany w przepisie czas, po czym dodałam pomidory pokrojone jeno w dużą kostkę. Przetarte??? No po co?!?!? Mamałyga miała być?? E tam:)
Podałam jak widać, na ryżu i na ciepło w dodatku. Zaraz biegnę do pracy. I wiecie co? Jestem syta, w miły lekki na brzusiu sposób:)))
To nowa potrawa, musiałam czegoś poszukać z kabaczkiem ponieważ mam go dużo. Obrodził u mnie i u mamy która regularnie ostatnio mnie zaopatruje:)
Dziś po powrocie obiorę sobie dwa kabaczki, pokroję w plasterki i zamrożę. Będą w sam raz zimową porą na leczo i na nowe, dzisiaj prezentowane danie greckie.

A może ktoś jeszcze ma proste w wykonaniu i smaczne dla podniebienia przepisy z kabaczkiem w roli głównej???

Smacznego życzę i polecam:))))

2 września 2010

Zapowiedź




"O szyby deszcz dzwoni,deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany.. płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny..."

Bolesław Staff " Deszcz jesienny"


Tak dziś poetycko zacznę:) 
A tytuł? Bo się zapowiada, ba, nawet zapowiadają dwa "wydarzenia".
Pierwsze z nich widzimy wszyscy. Dzieje się oto na naszych oczach, jest to wydarzenie nieodwracalne w skutkach, wręcz przynoszące kolejne, równie nieodwracalne...
I najlepsze - nic  z tym biedny człecze nie zdziałasz:P Albowiem, tadadam...

Mili moi Pani Jesień nadchodzi, i to wielkimi krokami!
Na razie jest tak jakby nie umiała się jeszcze określić co ze sobą ma przynieść: słońce czy deszcz a może wiatr, ciepło czy zimno... - tak różnie dzieje się właśnie za naszymi oknami.
Dziwne rzeczy proszę ja państwa, dziwne, i nieuniknione...
A wiersz? Pięknie się wplótł w dzisiejszy dzień, tak dziś dzwonią krople deszczu o szyby, tak szumi za oknami.  Dla mnie ten wiersz ma jeszcze jeden wymiar - ten rodzinny. Lubię go, bo przypomina mi takie dni, podczas których siadywałyśmy z siostrą w naszym pokoju. Ona z gitarą, ja... hmmm... z głosem;) i śpiewałyśmy. I zaśmiewałyśmy się przy tym do łez nieraz, a bo to jedna, albo druga w tonację nie weszła, albo jeszcze tekst zaczęła przetwarzać, parodiować nawet bezczelnie... Ech, kilkanaście lat od tamtej pory już minęło. A do tego wiersza siostra stworzyła podkład muzyczny, pięknie to brzmiało...

 Za oknem deszcze niespokojne - każdy widzi - u nas pada, z przerwami, ale niezmiennie. I śmiesznie w sumie. Najpierw chmurzy się, chmurzy, zaciąga się niebo szarością, granatem, potem nagle leje, a na sam koniec słońce jaśniutkie wychodzi, i chmurki bialutkie na tle błękitnego nieba. Śmiesznie po prostu:)))
Właśnie wyjrzałam przez okno, złapałam aparat i biegiem na balkon. Spieszyłam się jak durnowata, żeby pokazać Wam to:



Piękna prawda??? Rzadki widok minionego lata, rzadki bardzo. Ale nie żałuję absolutnie, słonko świeciło, odpowiednio ciepło było - o to chodziło:))))


Teraz czekam na słynną z piękności Złotą Polską Jesień. Oby wreszcie nastała.

Druga zapowiedź, ta bardziej banalna dotyczyć będzie puszki ze słodyczami:))) Tak przewrotnie zapowiadam swoje pierwsze candy. Ale to jeszcze nie dziś,  zapowiadam jeno. 
Hmmmm, wiecie, pierwsze więc tak szumnie zaczynam, od zapowiedzi, podkręcenia atmosfery. To podkręcanie ma też swoje dobre strony, atmosferka kiepska ostatnio - ta dosłowna, zimno, buro i ponuro. Liczę iż moje candy miło się wplecie w panujące za oknami klimaty, może na chwilkę rozwieje słotę, troszke ciepełka wniesie? :)))
Zatem, nieoficjalnie jeszcze zapraszam na swoje pierwsze, nigdy dotąd niezapowiadane, skromne lecz jedyne w swoim rodzaju:

CANDY

Na razie jest to tylko zapowiedź, przedstawienie słodkości wykonanych w dużej mierze przez mła osobiście odbędzie się:
7.09.2010 
w godzinach przedpołudniowych:)))

Czemu tego dnia??? To proste, tego dnia mija pierwsza rocznica założenia przeze mnie bloga.
Jest co świętować zważywszy na fakt posiadania przeze mnie "charakteru":))) Niby żadna nowość, każdy normalny człowiek posiada jakiś charakter. No tak, tylko że, ja, miewam okresowo charakter w pewnych kwestiach, że tak powiem... niestały:> Nawet bardzo niestały, i znając siebie nic nie zapowiadało że rok wytrzymam nad klawiaturą kompa, by zademonstrować wszystkim jak to u mnie fajnie jest:))))
Oj, no jest fajnie, ale same rozumiecie, bywa różnie, jak w życiu:)  
Żeby się już bardziej nie zapętlić, bo coś dziś ku temu właśnie zmierzam, zapraszam jeszcze raz wszystkich miłych zaglądających. Pamiętajcie: 7.09.2010, serdecznie zapraszam:))))

I tą słodką obietnicą kończę.
Pozdrawiam słodziutko, papapa :))))

31 sierpnia 2010

Lubię:)


Nowa zabawa blogowa do której zostałam zaproszona przez Atę:)))
Zasady już zapewne większości osób znane, jednak na wszelki wypadek przybliżę, otóż:

Należy:

1.napisać kto zaprosił cię do zabawy
2. wymienić 10 rzeczy które lubisz
3. zaprosić kolejne 10 osób i poinformować je w komentarzach

LUBIĘ:

- swoją rodzinę, a nawet więcej niż lubię, nawet wtedy gdy się na nich czubię to i tak ich K-lubię:)))
- swój dom, jego otoczenie i wszystko co w nim robimy:)))
- BARDZO, BARDZO LUBIĘ czytać, i muzyki posłuchać też lubię, nawet tej wietrznej z ptakami w tle:)
- poznawać ludzi, nawet w zaskakujący sposób (na spacerze, w pociągu, przez bloga:)
- słońce, ciepło, morze, góry, ciepły wiatr, ciepły deszcz i TĘCZĘ bardzo lubię, i mgły snujące się latem nad    polami tez lubię!
- smakować: potrawy, życie, nawet gotować w tym życiu te potrawy:)
- życie lubię, z tym całym jego szaleństwem i bałaganem
- czuć się kochaną i potrzebną
- podróże wszelakie, zwiedzać, poznawać...
- robić COŚ, uwielbiam wręcz, robić COŚ, nawet z niczego:))) a jeszcze jak wyjdzie...oj:)

EXTRA czyli BONUS :-D
- bardzo, ale to bardzo lubię mieć prawo jazdy:))) Wbrew pozorom to nie nowość, mam je od 18 lat!!! I ciągle mnie fakt jego posiadania cieszy niezmiernie :DDD Dla mnie to wolność i niezależność :DDD
i na koniec UWIELBIAM ODETCHNĄĆ PEŁNĄ PIERSIĄ PO SKOŃCZONEJ PRACY i UŚCISKAĆ SWOJE SZALONE DZIECI :DDD



Ha, i teraz najtrudniejsze, trzeba kogoś zaprosić, zatem spieszę się, coby mi towarzystwo nie zostało zabawione przez innych :)))
Zapraszam:

Cyryllę
Matkę Anitę
MaJu
Asię z Mojej Chwili
Ivonnę
Oazową Agę
Gajową od Nadwornego co ma piękną Potwornicką
Tukarę
Zjawiskową Kasię
i Jolę bym zaprosiła chętnie, już ONA wie że to ONA - masz Kobieto MOTYWACJĘ i ZACHĘTĘ wiesz na co :)))

I wystarczy tego uzewnętrzniania się. Trochę lubienia zostawiłam sobie na inny raz i okoliczność:))))

29 sierpnia 2010

Szybka

relacja z poczynań międzyczasowych.
Nie jest to jeszcze obiecana relacja z działań urlopowych, raczej jakby około urlopowych:)
Między wyjazdem jednej rodzinki a przyjazdem kolejnej:)))
Najpierw wczasowała się u nas moja mama z  bratanicą.
Potem przyjechał brat mamy ze swoją córką, a moją kuzynką:)))
Fajnie było, nareszcie nagrałam się w swoją ulubioną kanastę. Tylko w wakacje udaje mi się zebrać odpowiednią liczbę graczy, no i jeszcze ten czas...jest go zwyczajnie więcej:)) Ależ to były wieczory:)))
Dziś chciałam tak szybciutko pokazać że jestem, bo już mam sygnały świadczące o lekkim zaniepokojeniu moją nieobecnością, ale rozumiecie, ta kanasta... zwyczajnie nie mogłam się oprzeć, więc proszę o wyrozumiałość:))))

Pochwalę się swoimi ostatnimi przeróbkami.
Dawno, dawno temu, rok temu w sumie już będzie, zakupiłam cztery półki, wyglądały sobie tak (to jedna z nich, różnią się tylko wielkością):


Właściwie te półki to był zakup trochę nieprzemyślany. Ale miniony i dłuuugi czas, sprawił że się wreszcie namyśliłam i wreszcie wykorzystałam je należycie, a mianowicie zrobiłam jednej z nich TO:


I podoba mi się wielce co jej uczyniłam:) To półka do łazienki, w której wygląda na razie TAK:

Na razie, bowiem pustawo wokół niej, ale to niebawem nadrobię. Właśnie usilnie namyślam się coby na tę ściankę jeszcze dodać, aby zwielokrotnić efekt i urodę mej łazienki, hahaha:))))
Cieszę się z niej i efektu ostatecznych przeróbek. Gdyby ktoś nie zauważył, dorobiłam SAMA! malutką półeczkę. Oryginał takiej nie ma:))  Sama wyrżnęłam półeczkę, SAMA! :DDDD
Oczywiście widać też brak haczyka w kolorze stare złoto. Zgubił mi się, zapodział w klamotach i znaleźć nie mogę, ale gdy tylko znajdę zaraz jego brak uzupełnię:)))
Półka jest na wzór wiszącej już w mojej łazience, a jako ozdobniki wykorzystałam resztki kamyczków którymi zwieńczona jest moja glazura łazienkowa:)



Są jeszcze dwie mniejsze półeczki, i wiszą sobie w sypialni. I właściwie TYLKO sobie wiszą, no, może nawet dekorują trochę.
 
No bo niby co miałabym na nich postawić??? Świecznik? Ok:) To może jeszcze wianuszek jarzębinowy? Ok:) I... potem pomyślę. Dziś mówiłam że szybko będzie:)))

 Została mi jeszcze jedna (ta niepomalowana), i z tą to już naprawdę pojęcia nie mam co zrobić...

 Ha! I wreszcie dorobiłam się także szafeczek wokół których chodzę już od ok roku:) Znalazłam je w swoim ulubionym sklepie, były różne, narożne, prostokątne, bardziej ozdobne i mniej, i wyższe i niższe. Do wyboru, do koloru. Niedawno wystąpiły w niezwykle korzystniej odsłonie cenowej:)) No i mam:


Zobaczyłam je dawno temu, i tak sobie wymyśliłam że będą mi bardzo pasowały do sypialni jako stoliki nocne. I proszę bardzo, dzięki niezwykłej uprzejmości Osobistego zaposiadłam je, i przemalowałam, i teraz są takie O! :






Szikownie, nieprawdaż???:))))
Zadowolona jestem niezwykle, nie tyle z siebie, co z pomysłów na wykorzystanie tego co już posiadałam, i tego co sobie wymarzyłam by zaposiąść. W sumie efekt mnie zadowala, a chyba o to w tym chodzi:)
A tak wyglądają sobie w komplecie z półeczkami:)

Zbyt skromnie??? To część "męska", co można powiesić facetowi, prócz budzika ewentualnie, no i może rameczki ze zdjątkiem motywującym, chili: z podobiznami ukochanej rodziny - taki miły akcent, otwiera Osobisty zaspane oczęta i widzi... po kiego musi wstać z łózia i zasuwać do roboty ;)))))

Kobieca strona wygląda na razie tak.

 Również jeszcze bez zdjątka motywującego (adekwatnie do powyższego:)), ale bez przesady, nie od razu Kraków zbudowano... a dziś się prawie już sypie, hehehe :)
(Sorki, taki mam dziś nastrój nieco figlarny, Kraków uwielbiam pasjami:))
I tyle tego mojego przerabiania, fajna, lekka, miła praca. Choć w sumie przez to przecieranie, w celu uzyskania efektu shabby mam od wczoraj katar. Alergia się znowu odezwała co to ją nabyłam w kwiecie wieku, czyli lat 20 - stu, ech... to były czasy ;P

Międzyczas spędziłam też na przetworzeniu:> Dzięki Acie i przy czynnym udziale Osobistego stałam się posiadaczką kilku słoików przecieru pomidorowego. Dlaczego???
A dlatego iż Szanowna Wielce Ata  zapytała mnie słodko czy nie posiadam jakiegoś babcino-mamowego przepisu na przecierane pomidory. Nie posiadam niestety, wici na te okoliczność rozsiałam po wsi i tu też jakoś bez echa i zainteresowania nawet. Takie czasy, ludzie gotowce kupują...
Tymczasem Osobisty  zaopatrzył rodzinę w sporą ilość pomidorków targowych, zapominając jednakże iż na pożarcie (z apetytem wielkim zresztą:) czekają nasze własne, z przydomowej hodowli tomaty.
No i się zapomidorowałam. Trzeba było przetworzyć bo co się miały zmarnować.
Usiadłam bezczelnie do kompa, poczytałam, doedukowałam się troszkę w kwestii przetwórstwa pomidorowego i tak sobie "przetarłam" parę kilo.Po swojemu zaznaczam. Nie spracowałam się, co to to nie. Jestem wielką zwolenniczką wszelkiego ustrojstwa mechanicznego a wspomagającego urobione (leniwe też;)) gospodynie domowe. Sparzyłam tylko pomidorki, obrałam ze skórek, poćwiartowałam i wrzuciłam do wielkiego gara. Pyrkotałam na małym "gazie" kilka godzin, wraz z drobno pokrojoną dużą cebulą. Wcześniej niedbale je zblenderowałam - to ta pomoc mechaniczna, wielce pożyteczna:). Po tym dłuższym pyrkotaniu, gdy ujrzałam gęstniejącą masę zblenderowałam dokładniej, dodałam przypraw trochę: 3 ząbki czosnku z praski, sól i pieprz - do smaku. Nie wygłupiałam się już z przecieraniem przez sito. Noc i ranek bym chyba zarwała bo sitko mam małe, wyrywna też specjalnie nie jestem do takiej roboty. Zresztą co komu pestki szkodzą, no co??? Pomidory świeże się wsuwa z pestkami, i smakiem to i przecier zblenderowany nie przetarty też się wsunie. I to z apetytem!
Na koniec prac kulinarnych, gorący jeszcze przecier przełożyłam do słoików różnego rozmiaru, albowiem na różne okazje przeznaczone będą, jak nie sosy, to zupy, jak nie zupy to inne delicje. Pasteryzowałam z pięć minutek. I gotowe.
Zdjęć nie będzie, przecier nie przetarty a zmechanizowany,  grzecznie już sobie stoi na półce w piwniczce, kto nie wierzy może sobie sprawdzić:)
Dzięki Atuś za natchnienie ;)))
AAAA!!!!!  I jeszcze naleweczkę jeżynową nastawiłam! Jaki piękny kolorek będzie:) O smaku nie wspominając:) Przepisik? Robiłam tak jak wiśniową, cukrem zasypałam i poczekałam aż się rozpuści a sok się.. puści:))). Potem wódki dolałam i znowu czekam, mieszając od czasu do czasu:) Już się nie mogę doczekać. I już wkrótce przelewać będę nalewkę z owoców róży. Po degustacji mogę zapewnić: PYCHA!
Pamiętacie jeszcze gdy pisałam o syropie z owoców róży? Dawno to było,ale sobie właśnie przypomniałam. Z tych owoców po syropie zrobiłam konfiturkę - kremik. Drugi gatunek wyszedł w sumie, bo już nie tak aromatyczna jak konfitura z pierwszego "tłoczenia", ale żal mi było nie wykorzystać ( ciągle ten Zawzięty ze Skąpcem mi towarzyszą...), więc... zblenderowałam prawie na krem, dosypałam cukru i gorące wrzuciłam do słoiczków. Jako masa kremowa do smarowania wafelków w sam raz, nieprawdaż? :D
To by było na tyle. Mówiłam że dziś szybciorem będzie:) I prawie wyszło ;).
Zmykam, dziś niedziela imprezowa, szaleństwo normalnie :))

Pozdrawiam serdecznie i miło, mimo końca tego najlepsiejszego czasu letniego laby pełnego:))))

19 sierpnia 2010

Jeszcze mi mało:)

Potworzę, ciągle, z niesłabnącym (nie rozumiem czemu?!?!) entuzjazmem potworzę.
Wciąż szukam nowych przepisów, inspiracji, i w międzyczasie (gości mam chałupę pełną, na szczęście rodzina najbliższa:)), potworzę. Zapycham słoje, słoiki i słoiczki wszystkimi kolorami obecnie dostępnymi. Wszystkimi smakami ulubionymi przez mła i familię. Miącham, smakuję, pasteryzuję i nieźle się z tym czuję:)
Dziwne...
Wtorek. Ranek spędziłam na ryneczku gdzie zaopatrzyłam się w warzywka.
Wiem, mam ogródek, no, ale mówiłam też że przecież nie mam w nim "hodowli zimowej":) No, teraz rozumiecie skąd ta ksywka mojego warzywniaka: "ogródek leniwej gospodyni" :D.
Nie powiem pomidory latoś obrodziły, pięknie i dorodnie nawet:)


I ogóreczki startują, co to je siałam DWA razy!!!

Kabaczki i cukinie też są dla nas łaskawe:

I sałaty udane, tu rokietta. Rukola namiętnie pożerana , podobnie jak lodowa - choć w jej przypadku to niezwykle wierni "psyjaciele" Janka chętnie pomagali w jej znikaniu z grządek:)  (ślimaki znaczy)


Lubimy warzywka, bardzo, dzięki czemu nie dziwne u nas takie obiadki...


w postaci takiej warzywnej zapiekaneczki, co to ją zapodałam w ubiegłym tygodniu:)
Ziemniaczki pokroić w plasterki, krótko podsmażyć na patelni, przełożyć do naczynia żaroodpornego i dodać np.: cukinię w półtalarkach, pomidorki koktajlowe, cebulkę w piórka skrojoną, ziółka wszelakie: prowansalskie na przykład, i świeże z ogródka: tymianek i rozmaryn, i soli troszkę i pieprzu. A potem można zalać śmietanką z jajeczkiem i do piekarnika. Pod przykryciem ze 35 minut w temp. 180 stopni (z termoobiegiem), a potem jeszcze można sypnąć serkiem żółtym starkowanym. Pycha, która nie zapycha :DDD

A potwory w słoikach? Ot, takie skromne i smaczne wielce:)

Koreczki ogórkowe, co to u mnie w ogóle nie koreczkowe są. Bo ja  na mniejsze :elementy" ogórki kroję, znaczy cieńsze plasterki. Wbrew opisowi, szybko się robi, i smaczne są bardzo:)
Przepis: 4 kg ogórków, 3 papryki (czerwone i żółte), 1 korzeń selera, 1 duża cebula.
Ogórki w grube plastry skroić, paprykę w paseczki, cebulę w piórka i seler w paseczki cieniutkie, wymieszać.
Zalać wszystko solanką: 1 szklanka soli kamiennej, 10 szklanek wody - zostawić w niej warzywa na 3 godziny. W tym czasie można umyć słoiki i obiad ugotować, aaaa, i jeszcze zalewę do koreczków przygotować: 2 szklanki octu, 3 szklanki cukru, 4 szklanki wody, 1 łyżka ziela angielskiego :))). Następnie, warzywka odcedzić, przełożyć do słoików,zalać zalewą i pasteryzować 5 min. I już, uwierzcie, niekłopotliwe w przygotowaniu, i smaczne szalenie:))


Ładne, kolorowe i smaczne:)))
Wspominałam że jesień nadciąga.Oto kolejny dowód:


Zdjęcie zrobiłam gdy wracałam któregoś wieczora od koleżanki, stąd mgły, szczególnie że wcześniej deszczyk też popadał.
W międzyczasie ubiegłego tygodnia dziatwę do pracy zagoniłam:)


Choć Janka gonić specjalnie nie musiałam. Zachęcać też, sam mi deseczkę wyrywał i szlifowaniem się zajął. Wieczorową porą deseczkę huśtaną wreszcie zrobiłam wespół zespół z synem, a gładziutko pod pupami po Jankowym szlifowaniu! :). Nareszcie jest też sprawiedliwie, i dwie DOROSŁE huśtawki wiszą! Wcześniej była jedna "dziecięca", z oparciem. Teraz nareszcie oba nasze potomki zadowolone, i wyścigi sobie robią kto szybciej się rozbuja, lub kto wyżej "huśtnie" (nowy słowotwór Johna).
Chociaż... niby nie wypada, ale dla sprawiedliwości dodać trzeba, iż Toś nasz raczej wykazuje cechy dziewczęcia w niedzielę urodzonego:)
Gdy młodszy brat pracował, ona oddawała się:


Z radością wielką pływała sobie z ojcem swym w basenie przydomowym :)
A huśtawka sobie wisi :D
Zresztą, igraszki wodne towarzyszą nam od początku tych wakacji. Jak nie basen, to jezioro:



W którym dzieci uskuteczniają naukę pływania, skakania do wody z pomostu, oraz denerwowania matki nurkowaniem...
Podobnie dzieje się nad morzem. Ponownie odwiedziliśmy w minioną niedzielę Jantar, gdzie:





I to chyba były ostatnie tak ciepłe dni:( Od wczoraj bowiem deszcz u nas, dziś wręcz co chwila leci woda z nieba. Słońca nie widać, ponuro się zrobiło:(
I tyle. Nie mam czasu żeby rękodzielniczo podziałać. Dużo się dzieje, i grzyby sie pojawiają w okolicznych lasach, a ja maniaczką grzybową jestem, i oprzeć się nie mogę, to i leżą odłogiem moje prace napoczęte Stoją i czekają na lepszy czas. A, i na jeżyny trzeba jeszcze wyskoczyć...
Jakoś to będzie:)))
Pozdrawiam cieplutko:D