W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





15 października 2010

Uszyłam

Uszyłam, bo było mi niezbędne :)
Bardzo, niezbędne i pomocne. Teraz czuję się szczęśliwsza.
Takie małe a cieszy jak nie wiem :-DD


worek - pokrowiec na 20 l. butlę  wody mineralnej



Ubranka na liczne koszyki


Pierdółkę na Prototyp, znaczy zawieszkę ozdobną z dziurką nitowaną - pierwszy raz nitowałam, to pokazuję:)


Łapki kuchenne, z pikowaniem w charakterze mocno upitego robaka, trzmiel wcześniej odleciał, gdy zobaczył co robię...:>


Woreczek na pieczywo. Jak wiadomo sami pieczemy chlebek, w związku z czym upieczony, musi ostygnąć, i potrzebuje do tego okrycia z płócienka. No to ma. I jeszcze wyględne mi wyszło nawet. 


Na bezczelnego zerżnięte od nieocenionej w inspiracjach MaJu - przechowalnik na ładujący się komórkowiec:) Hm, dla pociechy dodam, tyż prototyp, coś mi raczka zbyt wiotka wyszła:>
Nie ma to ja prace MaJu:))


I na koniec, ubranko dostało sie też tosterowi, niech ma, i wreszcie wygląda jak... ukryty toster :P

I wszystko:)))
Więcej wkrótce. To tylko żeby nikt nie myślał że nic nie robię. Bo coś tam jednak robię, w ty m swoim słynnym MIĘDZYCZASIE :DDD

Acha, no i przepraszam za jakość zdjęć, słońce dziś dziwnie świeci, i trudno było TWORY ustawić jakoś korzystnie:>

ACHA 2!!! WYGRAŁAM!!!! WYGRAŁAM po raz pierwszy, mając nadzieję że nie ostatni:))))
WYGRAŁAM CANDY u ATY!!!!! 
Jestem właścicielką frywolitek i kota :DDD



Się cieszę jak sroka, która mi dzis na dachu tańczyła i "śpiewała", choć był to koncert wątpliwej "urody"...
Ale miałam motywację, żeby wstać z łóżka, i sprawdzić czy to na pewno JA wygrałam! Jakoś wczorajszej nocy ciężko było mi w to uwierzyć:))))

I tym radosnym akcentem kończę na dziś:))
Pozdrawiam cieplutko i radośnie :DDDD

12 października 2010

Rozwiązanie:)

wczorajszej zagadki:)
Znacie piosenkę SDM ze słowami: "ORZECH starzeje się po włosku, jest twardy lecz jednak do zgryzienia, zielone krople jego oczu już mało mają do patrzenia..."


To nie pigwa moje Kochane, to orzechy włoskie:))) Specjalnie zostawiłam kilka w łupiniedla utrudnienia, a ponadto tak ładnie wyglądają w tej zieleni:)))
Brawo dla tych co odgadli:)))
W nagrodę...
Uśmiech przymarzniętej przyrody:)










Bardzo dziękuję za życzenia powrotu do zdrowia - staram się jak mogę:)))I przesyłam wirtualne fluidy zdrowia wszystkim potrzebującym. ;)
Zapewniam też że w każdej chwili staram się pracować nad skończeniem swojego "tajemniczego projektu", ja również nie mogę się już doczekać żeby Wam go przedstawić:DDD

Serdecznie pozdrawiam z oszronionej Warmii:)

11 października 2010

C jak...

... choroba:>
Chora jestem. Przeziębiona niemile.
Z tej mojej desperacji.
Przez to choróbsko kiepsko się czuję, szczególnie od wczorajszego wieczora. Padłam jak kawka w pościele w godzinach mocno wieczornych, znaczy przed 20 jeszcze i spałam jak niemowlę do rana. Właściwie do poranka, jutrzenka bowiem dopiero się na horyzoncie objawiła... Obudziły mnie dziecia szykujące się raźno do wyjścia do placówki opiekuńczej, przedszkolem zwanej.
Wczorajszy dzień spędziliśmy szalenie miło na prawdziwej wsi!!!
Uśmiałam się z koleżanką setnie gdy wspomniałam używane przez siebie określenie na zadawane pytanie przez poznawanych ludzi: gdzie mieszkasz?
No bo co ja mogę odpowiedzieć? Jedyna odpowiedź to moje dumne: NA WSI !
Ha, ha, ha!!! Jak to wieś? Gdzie krów jak na lekarstwo, a z trzody hodowlanej, to tylko tę drobniejszą, pierzastą można spotkać. Często nawet:) I tyle.
Kiedyś były konie. Pamiętam te czasy! Pasły się na łące widocznej z naszego okna w sypialni.
Piękny widoczek, taki "kossakowski" w wyrazie:) Już ich nie ma. Zniknęły gdy tylko się wprowadziliśmy do domu... A taki był śliczny widoczek.
My tak już mamy. Wszystko atrakcyjne wokół nas szybciorem znika. Niestety.
Tak było gdy wprowadzilismy się na swoje pierwsze małżeńskie mieszkanie w mieście.
Co najbardziej nas cieszyło, prócz rzeczonego mieszkania jednoizbowego, oczywiście?
Obok była piekarnia.
Taka staroświecka, z recepturami bez dodatków, ulepszaczy czy spulchniaczy... Czujecie ten zapach świeżo pieczonego chleba? Widzicie te świeżo upieczone bułeczki, rogaliki, drożdżóweczki ????
Ja już trochę zapomniałam.
No i zaraz po wprowadzeniu się, po naszej podróży poślubnej okazało się że piekarnię zamknięto!
Takie nasze szczęście.
A miało być tak... świeżo i pachnąco.
Potem miałam niebywałą przyjemność osobistego poznania Pani Piekarzowej o pięknym, dumnym imieniu Wiktoria. Kobietę lekko zakręconą (ale to pewnie z racji wieku), posiadaczkę jamnika zakopującego na działce wszystkie cenne skarby właścicielki. Kobietę o nieprawdopodobnym uroku:)
Dowiedziałam się że musiała zamknąć piekarnię ponieważ zmarł jej mąż, który to ją prowadził przez te wszystkie lata, a wynajęci przez nią samą piekarze okazali się oszustami. Piekarnia zaczęła przynosić same straty...
Dzis chleb pieczemy sami. Na zakwasie. Od czasu do czasu popełnię jakieś bułki. Pachnie w całym domu:)
Ale to nie to samo co pieczywo z TAMTEJ piekarni, nie to samo...

Ale nie o tym.
Wczorajszy dzień spędziliśmy na WSI prawdziwej. NA uroczystości 4 urodzin słodziaka Wojtka:) Oto Solenizant w całej swej okazałej okazałości:)


Dzieci nasze nacieszyły się obecnością trzody chlewnej większej, znaczy kóz:) Które to wykazały się doskonałą znajomością  zasad dobrego wychowanie i... UCIEKAŁY! Podczas gdy nasze dzieci chciały je nakarmić jabłkami!
Coś wspaniałego zważywszy na niedawny (czerwcowy) pobyt w Kadzidłowie, gdzie dzieciaki podczas karmienia na wybiegu zwierząt wszelakich, nie mogły sie opędzić od kóz, wskakujących z łakomstwa na ich barki, wyrywających karmę z rąk, biegnących za "karmą" w rękach dzieciaków do końca wybiegu...! Szaleństwo:) Nachalne w dodatku.
Wczoraj było na odwrót, i chyba właśnie to najbardziej się podobało naszym dzieciom, wychowywanym poniekąd również na ... wsi:) Zwierzęta które zachowują się normalnie, to one uciekają przed człowiekiem, a nie na odwrót:) A ja durnowata aparatu nie zabrałam w plenery!
Potem dzieci grzebały:)
Grzebały w trawie, żeby nie było. Grzebałam i ja. I Osobisty pogrzebał, a jakże. Grzebaliśmy wszyscy, by wygrzebać takie o:

Wie ktoś co to jest??? Wygrzebane spośród trw i liści...

Wróciliśmy do domu abym mogła legnąć w pościeli, bo coś mnie zaczęło łamać w trakcie powrotu, jakby silniej. A tak się dzielnie trzymałam!
I tyle z moich planów na wieczór.
Chciałam koniecznie dzis już pokazać, moje rodzące się z desperacji próby "naprawienia" pewnych błędów.
I nici na razie jeszcze. Po pierwsze bo jestem słabowita, a po drugie, jeszcze mam brak pewien, i desperacko teraz próbuje się podleczyć, aby go usunąć, bo póki co, to ledwo na klawiaturkę naciskam...
Choć prawie tego nie widać, sądząc po długości postu...
Zaraz znowu idę w pościele, tymczasem na otarcie łez wszystkim mającym nadzieję na pełniejszą relację, przedstawiam takie oto zajawki, TEGO co z desperacji sie narodziło).
Pozdrawiam cieplutko, zdrowia życząc :)






6 października 2010

DESPERACJA

Desperacja mnie ogarnęła!
Ogromna!
Tak ogromna że nie byłam w stanie zapobiec jej skutkom...
W akcie tej desperacji uczyniłam OGROM rzeczy za które nie wiem kto mnie teraz rozliczy, ale niewątpliwie KTOŚ tego dokona ...
Rzeczy to małe, jednakowoż zmieniające WIELE.
NAPRAWDĘ OGROMNĄ MAM DESPERACJĘ!
Dziś niewielkie tylko jej zajawki, skutki zamierzone i uboczne przedstawię wkrótce, w szerszym zakresie.
Wpadłam na moment, na chwilkę, bo zaraz biegnę dalej, natomiast chciałam tylko zaznaczyć iż jestem, choć duchem jeno, ale wkrótce znów zaistnieję.
No to pokazuję, ten mój maleńki wycinek desperacji - to naprawdę drobiażdżki, z większej całości:)






Ściskam cieplutko:))))

29 września 2010

Oj!!!

Worek z prezentami się rozpruł u mnie!!!
I znowu stałam się właścicielka cudeniek nad cudeńkami:))) Co tam będę gadać, spójrzcie proszę:)))

Takie śliczne broszki dostałam:)))) Przepięknej urody, doskonałego wykonania:)) No i się chwalę, bo czemu nie? :)) Kwietnie będzie na mojej garderobie, kwietnie i pięknie:)
Tosia już zauważyła te wszystkie wspaniałe błyskotki i zażyczyła podobnych dla siebie:) Cóż, może i mnie się uda coś podobnego chociaż uczynić?
Na koniec dodam iż  wszystko zapakowane zostało w taki o to gustowny woreczek:

Wszystkie te skarby zawdzięczam niezwykle zdolnej Kobiecie Ivonnie . Bardzo, bardzo dziękuję, gębusia śmieje mi się dziś od samego rana, mimo zgniłej pogody za oknem:))))
Przyznajcie same, CUDA PRAWDZIWE Iwonka tworzy!!!

Dzisiejszy dzień jest w ogóle wyjątkowy.
Otóż dzieci swe miałam w domku o nieprzyzwoicie wczesnej porze, bo już o godz. 14:))) Zawdzięczam to temu że przebywam aktualnie na urlopie, i nadganiam prace domowo -  porządkowe i kuchenne. I tak się fajnie dziś złożyło że dzieciaki wylądowały w domu niezwykle wcześnie.
Wreszcie mogłam spełnić swoją obietnicę, złożoną nieopatrznie w minioną sobotę. A prosiły mnie dziatki o hot-dogi:) Mama zróbmy, zróbmy, plizzzz:wołał Jan:))) Niestety w sobotę się nam nie udało wspólne kucharzenie, toteż niewiele się namyślając zabraliśmy się do pracy dziś. Oto jej efekty:
1. najpierw należy wszystkie składniki na ciasto dokładnie zamieszać:



2. następnie należy ciasto dokładnie zagnieść:


3. żeby na koniec móc zajadać się...

...pysznymi hot-dogami:)))

Zazwyczaj staram się ich zrobić więcej. Nadwyżkę mrożę w kilku pojemnikach, i gdy chcę rozmrażam w mikrofalówce, i mam, świeżutkie pachnące i pyszne na przekąskę... a właściwie moje dzieci mają, ja nie zdążam zazwyczaj nawet ich powąchać:)))
Martwi mnie tylko troszkę jedno... Mianowicie  córa moja zupełnie nie garnie się do pomocy. Wręcz notorycznie jej unika! Dzisiejsze kucharzenie od początku odbywało się przy czynnym udziale i zainteresowaniu w ogóle, wyłącznie Janka. Stwierdziliśmy kiedyś w desperacji prawie że nasza Tosia musi znaleźć sobie wielce posażnego małżona, księcia jakiegoś albo co, z zastępem służb wszelakich do oporządzania księstwa i jej samej, Księżniczki Wielkiej Koronnej:)))  Toś czasem w rozmarzeniu sama nawet dochodzi do powyższych wniosków, twierdząc bezczelnie nieco: księżniczki to mają słodkie życie... Staram się jako ta matka, momentami nawet odpowiedzialna, naprowadzić nieszczęsne dziecko na  tory realizmu, ale jak na razie bez efektów... Oby się dziecku powiodły te plany, bowiem na dzień dzisiejszy kiepsko widzę jej przyszłość:) No chyba że brat będzie jej dogadzał, przynajmniej kulinarnie:)))
Potrzebuje KTOŚ przepisu???

HOT DOGI

ok 1 kg kilograma parówek, ze zdjętą skórką, pokrojonych (każda) na cztery równe części.

Ciasto: 0,5 kg mąki, 2/3 kostki margaryny, 1 szklanka kwaśnej śmietany, 1 łyżka cukru, 4 żółtka, 5 dkg drożdży, szczypta soli. Przepis na ciasto jest uniwersalny ponieważ jeśli dodamy 2 łyżki cukru mamy ciasto na słodkie rogaliki. Można z tego rodzaju ciasta zrobić również paszteciki:)

Piekarnik rozgrzać do 180 stopni C.
Margarynę roztopić, wymieszać z żółtkami, cukrem i solą i rozrobionymi (tradycyjnie) drożdżami oraz śmietaną. Dodać mąkę. Wyrobić ciasto rękoma. Wałkować porcje, wykrawać paski i przecinać je na małe prostokąty, na każdym układać kawałek parówki i zawijać. Można też położyć pod parówkę cienki plasterek sera żółtego i zawinąć. Przed pieczeniem mozna posmarować białkiem.
Układać na blasze w odstępach 2 cm, piec w piekarniku przez ok. 20 min.
Smacznego:)
Proste prawda? I świetne jako przekąska na jesienno-zimowe wieczory:)

Szybkie w robocie naprawdę, dlatego polecam wszystkim zapracowanym mamusiom.
Żeby nie było, wyjaśnię czemu nie robiłam w sobotę skoro takie szybkie jak twierdzę:P
Nie leniłam się, co to to nie:) Przetworzyłam nieszczęsne kabaczki co to mi w warzywniaku zalegały. Przetworzyłam bo znalazłam na nie wielce apetyczny przepis na garkotłukowym blogu Aty. W między czasie nastawialiśmy z mężem wina, wspominane już wcześniej. Miało być tylko z winogron, a jest jeszcze smakowite i ulubione przez nas ryżowe oraz rodzynkowe:) Rozumiecie, zima idzie...
I tak się zajęliśmy tymi pracami winno-przetwórczymi że nie stało juz czasu na te  błagalne hot - dogi:P
Wiem, złą matka jestem, mało że dzieciom odmówiłam, to jeszcze tłumaczę się idiotycznie... wina pędzeniem w dodatku...

No to ja już zmykam jednak do dalszych porządków, godzina jeszcze młoda, należy ją wykorzystać:)))

Oj! Nie, jeszcze jeden prezent dziś dostałam, toż mówię że gębusia śmieje mi się od rana (a za oknem nadal plucha i zimnica...). Nagrodę dostałam od uzdolnionej aż do zazdrości MaJu:



Wyróżnienie mam kolejne.Choć nie wiem czy do końca na nie zasłużyłam, aczkolwiek dumna sie czuję bowiem znalazłam się pośród niezwykle uzdolnionych dziewcząt, a wytypowanych przez przemiłą MaJu:) Dziekuję, czuję sie niezwykle wyróżniona:)
Jednak nie będę nikogo nominować, po prostu zapraszam do odebrania tego wyróżnienia wszystkie dziewczyny których jestem wierną podglądaczką:)))
Jak wspominałam kiedyś, wdzięczna jestem za wszelkie przejawy wyróżnienia, ale dla mnie NAJWAŻNIEJSZYM wyróżnieniem jest sam fakt iż zaglądacie do mnie tak tłumnie:))) Tak więc, bardzo dziękuję  jeszcze raz, i uprzejmie dopraszam się w przyszłości o KOMENTARZE jeno. Za wyróżnienia bardzo dziękuję:)

Cieplutko pozdrawiam i jeszcze raz serdecznie dziękuję Iwonce - wspaniałą niespodziankę mi przygotowałaś.


27 września 2010

Historia

pewnej znajomości :-D

Zaczęło się niewinnie. Od "listu".
Któregoś upalnego, sierpniowego bodajże dnia podczas przeglądania swojej poczty e-majlowej, patrzę, a tu "list" zaczynający się od słów: "Malowana ścina"...
W pierwszej chwili pomyślałam sobie że ktoś chce mnie z błockiem zamieszać, wytargać po  podłodze i patrzeć czy jeszcze dycham :>
Za co? - myślę w popłochu. Krzywdy nikomu nie zrobiłam, na blogu poprawnie sie wypowiadam - no chyba że błędy potworne (co ma sens!) sadzę i jakaś Pani Nauczycielka chce mnie do porządku przywołać, takie jej prawo... no, rozumiem, ale mimo wszystko, zamarłam nad klawiaturą na dłuższą chwilę, zanim wcisnęłam ikonkę: OTWÓRZ... I czytam z duszą na ramieniu, a tam czarno na białym: droga... miła..., przepraszam..., proszę... No Wersal normalnie i pełna kultura:)
Musiałam zacząć czytać jeszcze raz, albowiem literki deczko rozmywały mi się na ekranie (chyba z emocji i strachu...), i doczytałam że pewna przemiła Dama, po przejrzeniu Werandy Country zapoznała sie z zamieszczonym w niej, między innymi moim, przepisem na chutney. Po czym ścigana ciekawością zajrzała na mojego bloga, i tam ujrzała fragment mojej boazerii:))))
I tak się zaczęła nasza znajomość. Znajomość moja i przesympatycznej Joli :-)))

Za Jej sprawą poznałam kilka ciekawych przepisów na fajne potrawy. Między innymi na TO:

Przepraszam za jakość zdjęcia, ale robione mocno wieczorową porą:)

To chlebek bananowy, który Jola, jako fanka dobrej i prostej kuchni wynalazła na necie na stronie kucharzenia pełną... buzią :). Ja, jako kolejna fanka kuchni nieskomplikowanej i szybkiej nie omieszkałam go wykorzystać, jak widać. Szkoda że nie wiecie jak smakuje! I TEN zapach! Nie ma łatwiejszego sposobu nad samodzielne wykonanie tej potrawy - mnie pomagali moi mali pomocnicy:))) Już w trakcie prac orzekli iż chlebek smakuje "wyśpienicie" :DDD. I tak właśnie jest. Polecam.
Od Joli mam też przepis na zupę, ciepłą i egzotyczną, ale jeszcze jej nie robiłam, ponieważ nie mogę dokopać sie przepisu na nią w moich z Jolą majlach :>
Już widzę komentarz, już słyszę Jej głos pełen oburzenia:)))) 

Czemu dziś o tym piszę? Bo tak! :)))
Bo ciekawe znajomości bardzo często zaczynają się nietypowo.
Zakładając bloga nie przypuszczałam że tyle osób będzie chciało tu zajrzeć, że z tyloma osobami będę miała przyjemność konwersować wirtualnie, że tyle fajnych, pełnych ciepła osób przyjdzie mi "poznać". Niektóre nawet "głosowo", przez telefon:) Strasznie to miłe:) Fajnie jest tez wiedzieć że tak wielu osobom, zupełnie różnym, zarówno pod względem charakteru jak i poglądów, będzie podobało się to co robię, o czym piszę, co pokazuję. A jest to przecież fragment mojego życia. Mojego i mojej rodziny:).A przecież zaczęłam pisać z myślą o tych co "na morzu". Choć w tej sytuacji bardziej adekwatne będzie stwierdzenie  "za morzem"... Zaczęłam pisać również ze względu osobistego, nieistotnego dla tego posta, nie mniej tak się zaczęło.
I proszę. Minął rok, poznałam tak wiele wspaniałych osób, z tak wieloma wymieniam się mejlami, sms-ami, czy nawet rozmawiam przez telefon. Nigdy nie sądziłam że TEN świat tak mnie wciągnie!
Dlaczego? Bo dotąd jeśli ktoś opowiadał mi o blogowaniu, o znajomościach netowych ja tylko powątpiewająco stukałam się w czoło. Szybko zmieniałam temat, ponieważ nie wierzyłam że można nawiązać miłe "stosunki" wirtualnie, mimo wielu doświadczeń najbliższych mi osób - i w dodatku bez podtekstów! :)

Z Jolą mejlujemy nadal od pamiętnego sierpnia. Jej listy zawsze poprawiają mi nastrój. Czekam na nie z niecierpliwością. Dowiedziałam się o Joli wielu "rzeczy", mam nadzieję jeszcze Ją poznawać. Może w realu? Kto wie:)) Na razie jest ok, tak jak jest.
I jeszcze jedno, to kolejna rzecz która doprowadza Ją do złości:))))
Jeśli to czyta ( a wiem że czyta z pewnością !!!:)), już zaczyna się gotować, bowiem zamierzam powiedzieć magiczne, powtarzane od dawna zdanie: ZAKŁADAJ BLOGA KOBIETO!!!!
Jola buduje dom, tych kilka zdjęć ze swojej budowy, które mi podesłała, i miałam przyjemność obejrzeć świadczy o Jej niesamowitym guście:) Te kilka "listów" które napisała świadczy o Jej niesamowitym poczuciu humoru, dystansie do świata (choć są sprawy które podburzają jej krew - jak każdemu:)).
JOLU ZAKŁADAJ BLOGA - po takim poście który wysmarowałam na Twoją część, nie ma możliwości żebyś się wyłgała. Teraz nie tylko ja będę Twoją wierną czytelniczką, zresztą, sama zapewnisz sobie RZESZE wielbicieli i fanów. Załóż bloga, grzecznie proszę :))) Podziel się tym co Ci w duszy gra, a gra że hej, zapewniam Was Kochani Zaglądający w skromne progi mojej Szafy Malowanej:)
Tym postem dziekuję również za Waszą obecność, za Wasze uznanie, dobre słowo , ciepło i radość jakie stały się moim udziałem:) Dziekuję za miłe przyjęcie do świata blogowego:)

DZIĘKUJĘ SERDECZNIE :)))

Dziewczyny, to podziękowanie jest dla Was wszystkich, a Wy już wszystko wiecie...:)))

Miłej nocy życzę :)))

Papapa

22 września 2010

123...

tytuł dziwny, ale zanim o nim, chwalić będę.
I wcale nie siebie.
A nawet nie dzieci swoje.
Chwalić będę koleżankę która talent w paluszkach ma NIESAMOWITY!!!
Podziwiam od poniedziałku, JEJ DZIEŁO którego właśnie stałam się właścicielką :)
Dumną dodam, ot co :-D
Prezent dostałam, przecudnej urody, który to powalił mnie na kolana, ba! Co tam kolana, ja wstać nie mogłam po tym powaleniu. A dostałam... tamtaratam:

A nie mówiłam że piękności ?!?!

No to jeszcze zbliżenie, by doceniona została niesamowita precyzja wykonania. Dla mnie majstersztyk :)


I jeszcze COŚ, co miałam sobie zrobić daaawnoooo temu. Czytam mnóstwo, i jakoś zawsze brakuje mi zakładki. Teraz mam, tylko... szkoda mi używać...
Boję się że się zniszczy :>

I wisi sobie zakładeczka na półeczce nad nocnym stolikiem, i nie powiem miło się dla oka komponuje:)
A serduszkowa zawieszka znalazła sobie miejsce na okiennicy w sypialni, i dobrze jej tam, a jak wygląda, o, proszę:

A wielkie podziękowania za wspaniałą NIESPODZIEWANKĘ należą się KINI.
Kingo, jak mam wyrazić swą wdzięczność? Bardzo, bardzo Ci dziękuję za cudny prezent:)))
DZIĘKUJĘ SERDECZNIE

W sumie to jednak się pochwaliłam:) Wszak to JA zostałam właścicielką TAKIEGO fajnego prezenciku:)))

Tytułowe 123...

Tyle pierogów dzisiejszą, późno popołudniową porą ulepiłam. Z mięsem. Wkrótce z kapustą i grzybami i jeszcze z twarogiem musowo. Zazwyczaj poświęcam jeden wieczór, lub przedpołudnie na lepienie większej ilości. Surowe zamrażam na dużych blachach, po czym przekładam do mniejszych, zamykanych pojemniczków i znów do zamrażarki. W ten sposób mam obiady  na tzw. czarną i szybką godzinę :) Zresztą, podobnie robię z rogalikami na słodko. Jak przyjdzie ochota rozmrażam (rogaliki tylko,pierogi gotuję, żeby nie było..), w mikrofali i łala, słodycz w gębie jak znalazł:))

I wszystko na dziś. Poprzedni post przydługi był, więc dziś się nie rozpisuję.
Poza tym, to ja jednak nie przepadam za jesienią:> Ta zmienność pogody wpływa na zmienność moich nastrojów. Niekorzystnie dodam wpływa. Teraz na ten przykład melancholija mnię ogarnia, romansowa niemalże, ale nudna już straszliwie...
Do niczego jestem i tyle. Chciałabym wreszcie zabrać się za to co już od dawna planuję, i nijak mi nie wchodzi. Taka rozlazła baba teraz jestem, że bez kija nie podchodź... Dobrze że chociaż pierogów nalepiłam troszku, żeby nie było że rodzina głodna okresowo chodzi...
Choć doceniam jesienne widoki, nie powiem...
No,  ale mówię że romansową miewam naturę, to co mam nie doceniać:)








Dobrej nocy życzę :)))