Podczas ostatniej wizyty u lekarza Janek usłyszał (ponownie), o konieczności ograniczenia spożywanej ilości słodyczy. Bo ma z tym synu problem.
Lubi Jasio słodkości niezmiernie, szczęściem zagryza je także owocami. Nie je może ilości potwornych, bowiem rodzice jego jak cerbery jakie pilnują, wydzielają i chowają po kątach słodkie pokusy. Nie mniej nie stroni Janko od słodyczków, nic a nic, a wręcz jakby je przyciągał nawet.
Podczas całej wspomnianej wizyty Jaśko siedział niewzruszony i milczący, kiwając jedynie przecząco zgrabną łepetyną.
Po wyjściu z gabinetu usłyszałam, ironiczne acz spokojne i dobitne:
- Mama, i po co ty słuchasz takich GŁUPOT ?!
Szczerze mówiąc, już sama nie wiem ;P
Tosia jest inna. Słodycze nie są jej do szczęścia potrzebne. Nic a nic.
Potrafi zjeść cuksa, a dziesięć innych odłożyć i zapomnieć o nich.
NA ZAWSZE!
Dziwne.
Ja natomiast zdziwiłam się gdy córka oznajmiła, że na okres wielkiego postu podejmuje zobowiązanie.
I wcale nie zdziwił mnie fakt podjęcia przez Tosię samego zobowiązania, co to to nie. Bardziej zadziwiła mnie forma umartwienia się, bowiem umyśliło sobie dziewczę że zrezygnuje...
ze spożywania słodyczy...
Niby nic dziwnego, wręcz można by powiedzieć że chwalebnie dziecko poczyna sobie.
Ale co z tego, skoro żadne to dla niej wyrzeczenie ?!
I takie dylematy dosięgły mnie za sprawą dziatwy własnej.
Z jednej strony sprawy poważne, i wagi wielkiej.
Z drugiej... GŁUPOTY ;)))
Inne głupoty dzieją się w ręcach mych. Opornie tym razem i w spowolnieniu pewnym.
Chyba i mnie udzielił się spokój dni wielkiego postu, wszak trza się przygotować przede wszystkim duchowo ;)
Pozdrawiam ciepło wszystkich zaglądających, wyciszenia życząc ;)
17 lutego 2013
Niedzielnie
Dzisiejsza dziecięca Msza Święta. Temat niezwykle aktualny: postanowienia wielkopostne.
Dzieci zostały zapytane z czego mogłyby zrezygnować na czas postu, jakie postanowienia podjęły, by godnie przygotować się na przyjście Pana.
Padały różne propozycje.
Wreszcie odpowiedział Janek: można przestać grać na komputerze w "zabijanki" (sic!), albo w "nawożenie ziemniaków" ;)... i można nie jeść słodyczy i jeszcze nie oglądać bajek...
Ciekawe, bowiem mój Janek nie grywa w zabijanki, a ziemniaki wirtualnie "nawozi" owszem, w ściśle określonych dniach i godzinach. Przyciśnięty obiecał, że na kompie przestanie grać, i bajek nie będzie oglądał. Ze słodyczy nie zrezygnuje. Bo zwyczajnie nie da rady.
Po powrocie do domu usłyszałam: ale babcia mówiła że postu nie ma od 12.00 w sobotę do 17.00 w niedzielę, możesz włączyć bajki....
Ot, co czyni prawdziwe uzależnienie ;)))
Chwilę później.
Dzieci ponownie zapytane z czego tym razem, ich zdaniem, mogą zrezygnować dorośli na czas postu...
Oczywiście zgłasza się Janek.
jak zwykle gorliwie i ochoczo :P
- RODZICE mogą zrezygnować z picia ALKOHOLU, piwa i kawy!!!
...
Cóż... Ja się popłakałam. Ze śmiechu rzecz jasna :)
Choć konkluzja przychodzi do głowy wcale nie śmieszna: patologia normalnie ;)))
Inna msza, gdzieś w październiku. Dzieci długo usiłowały "odgadnąć" w którym to roku Ojciec Święty Jan Paweł II został ogłoszony błogosławionym.
Padały różnorodne propozycje, naprawdę wiele dat i mnóstwo odpowiedzi. Janek zabił wszystkich, bowiem usłyszeliśmy wypowiedziane zachrypniętym, donośnym głosem Janka: W 2026!!!
Płakało pół kościoła, z księdzem na czele ;)))
Innym razem, w okresie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia, ksiądz opowiadał o ludziach którzy obecnie są traktowani przez Kościół jako osoby Święte.
Tuż przed rozpoczęciem mszy słyszę: mama, kto to jest TO białe, papież?!
Przyjrzałam się plakatowi: Nie synku, to Matka Teresa z Kalkuty.
-Acha...
Po chwili słyszę; mama, kto to był? Czyja matka?
Na moją propozycję wyjaśnienia po mszy, usłyszałam:
- ale co ja powiem jak mnie ksiądz zapyta kto to?! Mów teraz, ja SZYBKO zapamiętam ;)))
Fakt, zapamiętał, zapytał tylko trzy razy... ;))
Janek zawsze bardzo czeka na co niedzielną mszę dziecięcą, pilnie słucha Ewangelii, pilnie słucha pytań zadawanych przez księdza, po czym niezwykle elokwentnie się wypowiada.
Czasem aż nazbyt jak widać :))
Tosia nie lubi się wypowiadać publicznie. Ostatnio zwierzyła mi się:
- Bo wiesz mama, jak wiem że Janek zawsze i tak odpowie to ja nie muszę nic mówić, przecież wiadomo że to MÓJ brat :)))
Od jakiegoś czasu zastanawiam się czy nie zacząć regularnie chodzić na msze dla dorosłych.
Dzieci zostały zapytane z czego mogłyby zrezygnować na czas postu, jakie postanowienia podjęły, by godnie przygotować się na przyjście Pana.
Padały różne propozycje.
Wreszcie odpowiedział Janek: można przestać grać na komputerze w "zabijanki" (sic!), albo w "nawożenie ziemniaków" ;)... i można nie jeść słodyczy i jeszcze nie oglądać bajek...
Ciekawe, bowiem mój Janek nie grywa w zabijanki, a ziemniaki wirtualnie "nawozi" owszem, w ściśle określonych dniach i godzinach. Przyciśnięty obiecał, że na kompie przestanie grać, i bajek nie będzie oglądał. Ze słodyczy nie zrezygnuje. Bo zwyczajnie nie da rady.
Po powrocie do domu usłyszałam: ale babcia mówiła że postu nie ma od 12.00 w sobotę do 17.00 w niedzielę, możesz włączyć bajki....
Ot, co czyni prawdziwe uzależnienie ;)))
Chwilę później.
Dzieci ponownie zapytane z czego tym razem, ich zdaniem, mogą zrezygnować dorośli na czas postu...
Oczywiście zgłasza się Janek.
jak zwykle gorliwie i ochoczo :P
- RODZICE mogą zrezygnować z picia ALKOHOLU, piwa i kawy!!!
...
Cóż... Ja się popłakałam. Ze śmiechu rzecz jasna :)
Choć konkluzja przychodzi do głowy wcale nie śmieszna: patologia normalnie ;)))
Inna msza, gdzieś w październiku. Dzieci długo usiłowały "odgadnąć" w którym to roku Ojciec Święty Jan Paweł II został ogłoszony błogosławionym.
Padały różnorodne propozycje, naprawdę wiele dat i mnóstwo odpowiedzi. Janek zabił wszystkich, bowiem usłyszeliśmy wypowiedziane zachrypniętym, donośnym głosem Janka: W 2026!!!
Płakało pół kościoła, z księdzem na czele ;)))
Innym razem, w okresie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia, ksiądz opowiadał o ludziach którzy obecnie są traktowani przez Kościół jako osoby Święte.
Tuż przed rozpoczęciem mszy słyszę: mama, kto to jest TO białe, papież?!
Przyjrzałam się plakatowi: Nie synku, to Matka Teresa z Kalkuty.
-Acha...
Po chwili słyszę; mama, kto to był? Czyja matka?
Na moją propozycję wyjaśnienia po mszy, usłyszałam:
- ale co ja powiem jak mnie ksiądz zapyta kto to?! Mów teraz, ja SZYBKO zapamiętam ;)))
Fakt, zapamiętał, zapytał tylko trzy razy... ;))
Janek zawsze bardzo czeka na co niedzielną mszę dziecięcą, pilnie słucha Ewangelii, pilnie słucha pytań zadawanych przez księdza, po czym niezwykle elokwentnie się wypowiada.
Czasem aż nazbyt jak widać :))
Tosia nie lubi się wypowiadać publicznie. Ostatnio zwierzyła mi się:
- Bo wiesz mama, jak wiem że Janek zawsze i tak odpowie to ja nie muszę nic mówić, przecież wiadomo że to MÓJ brat :)))
Od jakiegoś czasu zastanawiam się czy nie zacząć regularnie chodzić na msze dla dorosłych.
11 lutego 2013
Szybciorem
Dziś szybko i krótko.
Kolejne koraliki w wydaniu naszyjnym. Bardzo spodobał mi się splot skrętny, naprawdę wygląda ciekawie i jakby nieco dodaje smaczku ;P
To już chyba prawdziwe uzależnienie...
Ocean, wcale niespokojny ;)
Lawenda:
Rajskie jabłuszko:
Mięta przez rumianek ;)
Fioletowości:
I jeszcze bransoleta, bardzo subtelna:
Śmietanka dla złotka :)
Zdjęć dużo, ale to tylko z powodu światła, i chęci oddania prawdziwych kolorów naszyjników.
Chyba się wreszcie udało ;)))
Pozdrawiam ciepło ;)
Kolejne koraliki w wydaniu naszyjnym. Bardzo spodobał mi się splot skrętny, naprawdę wygląda ciekawie i jakby nieco dodaje smaczku ;P
To już chyba prawdziwe uzależnienie...
Ocean, wcale niespokojny ;)
Lawenda:
Rajskie jabłuszko:
Mięta przez rumianek ;)
Fioletowości:
I jeszcze bransoleta, bardzo subtelna:
Śmietanka dla złotka :)
Zdjęć dużo, ale to tylko z powodu światła, i chęci oddania prawdziwych kolorów naszyjników.
Chyba się wreszcie udało ;)))
Pozdrawiam ciepło ;)
6 lutego 2013
marPACANY
Dzieci dostały marpacany ;)
Radości końca nie było :)
Wy nie znacie?
Cóż, i mnie zajęło chwilkę odcyfrowanie o co chodzi, gdy rozradowane przybiegły do mnie po powrocie z pracy. Pokazały zdobycze, dostane jako zapłatę asystencką.
A asystowały tacie podczas usuwania pewnej usterki u pewnej pani :)
Otóż marPACAN to nic innego jak CYNAMON by wreszcie mógł zamienić się w przesłodki MARCEPAN ;)
Janek miał trudności z prawidłowym zapamiętaniem nazwy marcepana, i tak tworzył najróżniejsze słowotwory, aż dotarł do rzeczonego marPACANA ;)))
I tak już pewnie zostanie marcepan - MARPACANEM, podobnie jak majonez MAJOZENEM, czy kapeć KAPJEJCIEM, a syrenka SERENĄ ;))) Jest jeszcze siostrzenicowe WISIAĆ, zamiast wisieć... i wiele, wiele innych przezabawnych określeń.
Ten ostatni twór słowny - marPACAN, powalił nas na łopatki.
W dodatku określać może wiele... na przykład coś co się nie udało, albo udało INACZEJ; ot, taki marpacan. Może być również określeniem czegoś bliżej nieokreślonego, na przykład zjawiska przyrodniczego nie do ogarnięcia jeszcze przez rozumek, jak ZORZA polarna; ot, takie dziwadło marpacańskie :)))
Może też stanowić krótkie acz konkretne podsumowanie kogoś niezbyt miłego na ten moment, szczególnie podczas prowadzenia auta... zawsze lepiej burknąć pod nosem : "marpacan jeden"... niźli: "...lera jedna" ;)))
Tym sposobem, wzbogacamy rodzinny słownik słówek INNYCH :)
Można też powiedzieć jak należy- MARCEPAN i upiec niezwykle smaczne muffiny z marcepanem :)
Polecam, przepisów na necie wiela, każdy znajdzie coś dla siebie. Ja wkrótce wypróbuję jeszcze przepis na ciacho z marpacanem i czymś jeszcze, a czego nie pomne na ten moment, lecz gdy zrobię nie omieszkam się podzielić przepisem.
Tymczasem żegnam ciepło :)
Radości końca nie było :)
Wy nie znacie?
Cóż, i mnie zajęło chwilkę odcyfrowanie o co chodzi, gdy rozradowane przybiegły do mnie po powrocie z pracy. Pokazały zdobycze, dostane jako zapłatę asystencką.
A asystowały tacie podczas usuwania pewnej usterki u pewnej pani :)
Otóż marPACAN to nic innego jak CYNAMON by wreszcie mógł zamienić się w przesłodki MARCEPAN ;)
Janek miał trudności z prawidłowym zapamiętaniem nazwy marcepana, i tak tworzył najróżniejsze słowotwory, aż dotarł do rzeczonego marPACANA ;)))
I tak już pewnie zostanie marcepan - MARPACANEM, podobnie jak majonez MAJOZENEM, czy kapeć KAPJEJCIEM, a syrenka SERENĄ ;))) Jest jeszcze siostrzenicowe WISIAĆ, zamiast wisieć... i wiele, wiele innych przezabawnych określeń.
Ten ostatni twór słowny - marPACAN, powalił nas na łopatki.
W dodatku określać może wiele... na przykład coś co się nie udało, albo udało INACZEJ; ot, taki marpacan. Może być również określeniem czegoś bliżej nieokreślonego, na przykład zjawiska przyrodniczego nie do ogarnięcia jeszcze przez rozumek, jak ZORZA polarna; ot, takie dziwadło marpacańskie :)))
Może też stanowić krótkie acz konkretne podsumowanie kogoś niezbyt miłego na ten moment, szczególnie podczas prowadzenia auta... zawsze lepiej burknąć pod nosem : "marpacan jeden"... niźli: "...lera jedna" ;)))
Tym sposobem, wzbogacamy rodzinny słownik słówek INNYCH :)
Można też powiedzieć jak należy- MARCEPAN i upiec niezwykle smaczne muffiny z marcepanem :)
Polecam, przepisów na necie wiela, każdy znajdzie coś dla siebie. Ja wkrótce wypróbuję jeszcze przepis na ciacho z marpacanem i czymś jeszcze, a czego nie pomne na ten moment, lecz gdy zrobię nie omieszkam się podzielić przepisem.
Tymczasem żegnam ciepło :)
3 lutego 2013
Różne takie,
choć właściwie wciąż takie same...
Nowe biżuty, technika ta sama, splot nieco bardziej urozmaicony, bo skręcony. Nawet bardziej mi się podoba, ale jak wiadomo, uroda wszelkiego rodzaju rzeczą gustu jest, zatem oceńcie sami ;)
Same naszyjniki, jedynie niebieskości stanowią bransoletkę:
Bardzo trudno oddać ich rzeczywiste kolory, stąd tyyyle fot.
Jeden z naszyjników - ten jakby ciemnoszary na zdjęciu, w rzeczywistości jest głęboko fioletowy, przetykany Toho06 w odcieniu hematytowym, fajny, elegancki efekt :)
Z kolei w niebieskiej bransolecie ta zieleń wcale nie jest zielona, tylko bardziej niebieska, złamana zielenią ;> Ot, taki fotograf ze mnie:P
Na tapecie już kolejne bizuty, wkrótce dotrą nowe zamówione koraliczki.
Kolejny fiś mnie ogarnął, Osobisty chyba wkrótce z domu mnie wyrzuci, bo jeszcze jeden fiś, i chałupa niechybnie się zawali, tyle tego najpotrzebniejszego już nazbierałam :P
Na koniec coś, co robiłam z prawdziwą przyjemnością, aczkolwiek bywało że obłęd w oczach miałam w poszukiwaniu "odpowiednich surowców" do ich wykonania. Tak mi zależało :)))
Już dojechały na miejsce, to mogę pokazać:)
Ostrzegam, teraz zrobi się ciepło, i latem zapachnie - nieprzygotowanych na takie doznania upraszam o zamknięcie ócz, żeby potem nie było gadania i jęczenia że nadzieję daję czy coś... ;)))
Kolorowo, nieprawdaż ?!
Ostatnia dziergnięta już po wysyłce, ot, taki pomysł i potrzeba bieli - dostosowując się do tego co za oknem, choć ciało piska za gorącem letnich nocy :P
W sumie nie myślałam o tych dziergankach jako o broszach, jednak muszę przyznać że fajnie zdobią, nie tylko zimowe swetrzyska :)
I tyle. Trzymajcie kciuk za wtorkową wizytę u dochtorów chirurgii - jedziemy z Tosią na oględziny połamanej rączyny. Dziewczę znosi wszystkie niedogodności dzielnie, i bardzo samodzielna jest, jednak jakby nie patrzeć, łapka swędzi i ciąży już nieco :P No i obiecane atrakcje na zakończenie ferii odwlec się musiały, a tu żal już spory.
Żegnam ciepło, do następnego razu :)))
Papapapa
Nowe biżuty, technika ta sama, splot nieco bardziej urozmaicony, bo skręcony. Nawet bardziej mi się podoba, ale jak wiadomo, uroda wszelkiego rodzaju rzeczą gustu jest, zatem oceńcie sami ;)
Same naszyjniki, jedynie niebieskości stanowią bransoletkę:
Bardzo trudno oddać ich rzeczywiste kolory, stąd tyyyle fot.
Jeden z naszyjników - ten jakby ciemnoszary na zdjęciu, w rzeczywistości jest głęboko fioletowy, przetykany Toho06 w odcieniu hematytowym, fajny, elegancki efekt :)
Z kolei w niebieskiej bransolecie ta zieleń wcale nie jest zielona, tylko bardziej niebieska, złamana zielenią ;> Ot, taki fotograf ze mnie:P
Na tapecie już kolejne bizuty, wkrótce dotrą nowe zamówione koraliczki.
Kolejny fiś mnie ogarnął, Osobisty chyba wkrótce z domu mnie wyrzuci, bo jeszcze jeden fiś, i chałupa niechybnie się zawali, tyle tego najpotrzebniejszego już nazbierałam :P
Na koniec coś, co robiłam z prawdziwą przyjemnością, aczkolwiek bywało że obłęd w oczach miałam w poszukiwaniu "odpowiednich surowców" do ich wykonania. Tak mi zależało :)))
Już dojechały na miejsce, to mogę pokazać:)
Ostrzegam, teraz zrobi się ciepło, i latem zapachnie - nieprzygotowanych na takie doznania upraszam o zamknięcie ócz, żeby potem nie było gadania i jęczenia że nadzieję daję czy coś... ;)))
Kolorowo, nieprawdaż ?!
Ostatnia dziergnięta już po wysyłce, ot, taki pomysł i potrzeba bieli - dostosowując się do tego co za oknem, choć ciało piska za gorącem letnich nocy :P
W sumie nie myślałam o tych dziergankach jako o broszach, jednak muszę przyznać że fajnie zdobią, nie tylko zimowe swetrzyska :)
I tyle. Trzymajcie kciuk za wtorkową wizytę u dochtorów chirurgii - jedziemy z Tosią na oględziny połamanej rączyny. Dziewczę znosi wszystkie niedogodności dzielnie, i bardzo samodzielna jest, jednak jakby nie patrzeć, łapka swędzi i ciąży już nieco :P No i obiecane atrakcje na zakończenie ferii odwlec się musiały, a tu żal już spory.
Żegnam ciepło, do następnego razu :)))
Papapapa
30 stycznia 2013
Urozmaicanie...
Jak można sobie urozmaicić życie?
Wystarczy mieć dziecko - ONO bardzo sumiennie postara się by nasze życie - czyli życie TYCH starych i nudnych dorosłych, było głęboko urozmaicone.
Jak wiadomo, bo nigdy tego nie ukrywałam, dzieci mam dwoje. Niezwykle rezolutnych i pomysłowych.
Ich pomysłowość nie raz, i nie dwa mnie zaskakiwała, choć nie ma co ukrywać, bardziej bywały zaskakujące same efekty owej pomysłowości, nieraz przez nieznających się na rzeczy, nazywanymi RADOŚCIĄ ŻYCIA.
Hehehe, kto tak mówi nie zna chyba dzieci. Moich w szczególności :)))
Bo moje dzieci mają POMYSŁY. Kto zna ten wie. Gadane też mają. A czasem...
Cóż, zdarza się że czasem ulegają drobnym, aczkolwiek w konsekwencjach niekoniecznie, wypadkom/wpadkom.
Taaaa, właśnie takie sytuacje, jakie zamierzam dziś streścić możemy swobodnie nazywać wpadkami/wypadkami - kolejność w tym przypadku naprawdę nie ma żadnego znaczenia :P
Otóż Tosia, bo o niej dziś głównie będzie mowa, takich wpadek miała ostatnio kilka, z tego dwie najpoważniejsze, i obie wydarzyły się na lodowisku... fatum jakieś chyba :>
Bowiem Tosia najsampierw, a dokładniej w przeddzień Wigilii potknęła się, i mając do wyboru miękką zaspę lub metalową bramkę, wybrała to drugie - całkowicie świadomie!.
Przy czym, jak się łatwo domyślić, zderzenie wcale nie było dla dziecka miłe :P
Szczęście mej córki w tej sytuacji polegało gównie na tym że było dość mroźno, więc upadek nie został zarejestrowany w świadomości jako bolesny. Jednakowoż dostrzeżona w domu KROPELKA krwi wzbudziła już powstanie pewnych emocji, zduszonych szybko w zarodku, wszak wiadomo że Toś dziewczynką dzielną jest... Szczególnie jak się brat gapi, a rodziciele podkpiwają z gapy, co by się zupełnie nie rozkleiła :> Uff, blizna będzie mała. Blizenka nawet :P Aaaaa, no i wcale nie mieściła się w rance rurka do napoju, jak sugerował zabawowy tata, bo skóra wcale nie była przebita na wylot :>
Druga poważniejsza wpadka, zdarzyła się w miniony poniedziałek.
Oczywiście na lodowisku.
Tosia upadła, a podczas wstawania stanęła łyżwą na rękę - naprawdę, wciąż jeszcze się zastanawiam jak ona to zrobiła?!
Efekt ? Pierwszy - dolegliwości bólowe zgłoszone sumiennie, zarówno dziadkom obecnym przy wpadce, jak i mła, po powrocie do domu.
Efekt drugi? Proszę uprzejmie - stwierdzone we wtorek złamanie kości promieniowej.
Pozytywy sytuacji? Owszem są. Po pierwsze ręka lewa, więc funkcjonowanie Tosi jest niejako w pewnym stopniu jedynie ograniczone.
Po drugie, jako że złamanie jest bez przemieszczenia, dziewczę posiada rękę tylko (?) w szynie, we wtorek jedziemy sprawdzić jak się rączka miewa :P.
Po trzecie: szczęście - mimo wszystko, bowiem niekoniecznie wybieraliśmy się do lekarza... Powód? Prozaiczny, Tosia jest z natury panikarą, i każda najdrobniejsza, naprawdę, najdrobniusienieczka raneczka jest powodem licznych łez, westchnień i boleści, niemalże jak po amputacji części "ciała":> Stąd nasze podkpiwania, i nieraz bagatelizowanie... Inaczej zupełnie by się nam dziecko rozpadło emocjonalnie :>
Efekt końcowy? Jest, a jakże - następną razą, choć jej już NA PEWNO NIE BĘDZIE (tak uważa Tosia)!!!, następną razą od razu jadę na pogotowie. Niech się mędrcy wypowiadają czy z Tosinych boleści nie wypływa co poważniejszego :>
Ot, takie nasze urozmaicanie życia...
A na dowód że nasze dzieci WCIĄŻ funkcjonują i miewają się naprawdę DOBRZE, mimo okresowych wpadek, załączam foty z dzisiejszej wyprawy do "publicznej bawialni" :
Jaś po poniedziałkowych łyżwach ma "tylko" pięty starte do krwi, więc humor mimo wszystko ma przedni...
No chyba że musi zmienić plasterki... albo wejść do wanny... rozumiecie, WODA PIECZE!
Jednym słowem ponownie lazaret :>
Buziaki ślę, szczególnie wszystkim posiadającym własnych UROZMAICACZY :)))
Wystarczy mieć dziecko - ONO bardzo sumiennie postara się by nasze życie - czyli życie TYCH starych i nudnych dorosłych, było głęboko urozmaicone.
Jak wiadomo, bo nigdy tego nie ukrywałam, dzieci mam dwoje. Niezwykle rezolutnych i pomysłowych.
Ich pomysłowość nie raz, i nie dwa mnie zaskakiwała, choć nie ma co ukrywać, bardziej bywały zaskakujące same efekty owej pomysłowości, nieraz przez nieznających się na rzeczy, nazywanymi RADOŚCIĄ ŻYCIA.
Hehehe, kto tak mówi nie zna chyba dzieci. Moich w szczególności :)))
Bo moje dzieci mają POMYSŁY. Kto zna ten wie. Gadane też mają. A czasem...
Cóż, zdarza się że czasem ulegają drobnym, aczkolwiek w konsekwencjach niekoniecznie, wypadkom/wpadkom.
Taaaa, właśnie takie sytuacje, jakie zamierzam dziś streścić możemy swobodnie nazywać wpadkami/wypadkami - kolejność w tym przypadku naprawdę nie ma żadnego znaczenia :P
Otóż Tosia, bo o niej dziś głównie będzie mowa, takich wpadek miała ostatnio kilka, z tego dwie najpoważniejsze, i obie wydarzyły się na lodowisku... fatum jakieś chyba :>
Bowiem Tosia najsampierw, a dokładniej w przeddzień Wigilii potknęła się, i mając do wyboru miękką zaspę lub metalową bramkę, wybrała to drugie - całkowicie świadomie!.
Przy czym, jak się łatwo domyślić, zderzenie wcale nie było dla dziecka miłe :P
Szczęście mej córki w tej sytuacji polegało gównie na tym że było dość mroźno, więc upadek nie został zarejestrowany w świadomości jako bolesny. Jednakowoż dostrzeżona w domu KROPELKA krwi wzbudziła już powstanie pewnych emocji, zduszonych szybko w zarodku, wszak wiadomo że Toś dziewczynką dzielną jest... Szczególnie jak się brat gapi, a rodziciele podkpiwają z gapy, co by się zupełnie nie rozkleiła :> Uff, blizna będzie mała. Blizenka nawet :P Aaaaa, no i wcale nie mieściła się w rance rurka do napoju, jak sugerował zabawowy tata, bo skóra wcale nie była przebita na wylot :>
Druga poważniejsza wpadka, zdarzyła się w miniony poniedziałek.
Oczywiście na lodowisku.
Tosia upadła, a podczas wstawania stanęła łyżwą na rękę - naprawdę, wciąż jeszcze się zastanawiam jak ona to zrobiła?!
Efekt ? Pierwszy - dolegliwości bólowe zgłoszone sumiennie, zarówno dziadkom obecnym przy wpadce, jak i mła, po powrocie do domu.
Efekt drugi? Proszę uprzejmie - stwierdzone we wtorek złamanie kości promieniowej.
Pozytywy sytuacji? Owszem są. Po pierwsze ręka lewa, więc funkcjonowanie Tosi jest niejako w pewnym stopniu jedynie ograniczone.
Po drugie, jako że złamanie jest bez przemieszczenia, dziewczę posiada rękę tylko (?) w szynie, we wtorek jedziemy sprawdzić jak się rączka miewa :P.
Po trzecie: szczęście - mimo wszystko, bowiem niekoniecznie wybieraliśmy się do lekarza... Powód? Prozaiczny, Tosia jest z natury panikarą, i każda najdrobniejsza, naprawdę, najdrobniusienieczka raneczka jest powodem licznych łez, westchnień i boleści, niemalże jak po amputacji części "ciała":> Stąd nasze podkpiwania, i nieraz bagatelizowanie... Inaczej zupełnie by się nam dziecko rozpadło emocjonalnie :>
Efekt końcowy? Jest, a jakże - następną razą, choć jej już NA PEWNO NIE BĘDZIE (tak uważa Tosia)!!!, następną razą od razu jadę na pogotowie. Niech się mędrcy wypowiadają czy z Tosinych boleści nie wypływa co poważniejszego :>
Ot, takie nasze urozmaicanie życia...
A na dowód że nasze dzieci WCIĄŻ funkcjonują i miewają się naprawdę DOBRZE, mimo okresowych wpadek, załączam foty z dzisiejszej wyprawy do "publicznej bawialni" :
UŚMIECHY JAK NAJBARDZIEJ SZCZERE i PRAWDZIWE - mimo wszystko :)
Jaś po poniedziałkowych łyżwach ma "tylko" pięty starte do krwi, więc humor mimo wszystko ma przedni...
No chyba że musi zmienić plasterki... albo wejść do wanny... rozumiecie, WODA PIECZE!
Jednym słowem ponownie lazaret :>
Buziaki ślę, szczególnie wszystkim posiadającym własnych UROZMAICACZY :)))
28 stycznia 2013
Powrót
do żywych:)
Tiaaaa, żyję, choć prawie dwa tygodnie wyłączenia z życia dały się mocno we znaki :P
Dopiero ostatnie dni zwolnienia (własnego) pozwoliły mi na wykończenie porozpoczynanych KIEDYŚ TAM prac ręcznych. Efekt jest taki: cztery naszyjne ozdobniki stricte dziewiarskie, kilka całkowitych nowości, rozpracowywanych dzięki kilku konsultacjom mailowym z nieocenioną Sylwią - dzięki wielkie Kochana :)
Udało mi się również wywiązać z mocno zaległego zamówienia wymiankowego - ale o TYM innym razem ;)
Zacznę od najnowszej nowości ;)
Oto naszyjnik wężowy, mój ci on, i wielbiony przez mła jest wielce:)
Piękny, delikatnie mieni się i połyskuje, nareszcie rozumiem dziewczyny które na rzecz koralików dzierganych zarzuciły inne rodzaje rękodzielniczenia. Można się zakochać ;)
A to bransoletki, większość albo delikatnie opalizujących, albo zamrożonych :
Powiem tak, niezmiernie podoba mi się efekt dziergania koralikami. Jednak nie jest to najlepsza technika na zajęcie łapek i myśli w trakcie choróbsk różnistych... całkowicie się mieszały przed oczami te wszystkie szklane maleństwa... masakra. Jednak gdy tylko człek wydobrzeje, gęba sama się do koralicków śmieje, a rąsie pykają szydełkiem aż miło ;) Ciach mach, i bransoletka zrobiona :)
Koralików pewien zapas wciąż mam, więc trwające wciąż długie zimowe wieczory zyskają na atrakcyjności ;)))) A gdzie znaleźć koraliki Toho w pięknym, głębokim kolorze czerwieni, bądź koralowym???? Będę dźwięczna za podpowiedź - dzyń dzyń :)
Teraz wspomniane dzierganki naszyjne.
Na początek naszyjnik zamówiony. I mam nadzieję że taki miał być.
Kolory opiszę, ponieważ zdjęcia nie oddają prawdziwej barwy - słońca jak na lekarstwo, i foty oczywiście takie sobie :>
Czekoladowy brąz z ceglastymi różami - połączenie którego zupełnie nie "widziałam", jednakowoż ZMUSZONA wydziergałam, i chwalę sobie upór zamawiającej, naprawdę fajny efekt ;)))
I kolejne dzierganki:
Pierwsza wydziergana jeszcze w listopadzie, bardzo fajnie się prezentuje naszyjnie, taka delikatna koralikowa plecionka ;)))
i kolejna, pastelowo - wiosenna dzierganka.
Myślę że takie właśnie naszyjniki mogą doskonale pełnić jeszcze jedną rolę - ocieplacza zimowego. Czyli coś ładnego-zdobniczego i praktycznie-zdrowotnego ;) Ot, takie łosie z gołym :)
Teraz czas na całkowitą nowość, na którą pomysł zrodził się przy okazji dziergania ceglastych róż... Normalnie natchnęło mnie ;)))) I oto przedstawiam najprawdziwszą udzierganą różaną KOLIĘ:
Różana Carmen:
Powiem nieskromnie PIĘKNA jest :) W głębokim kolorze karminowej czerwieni.
Wbrew pozorom skromna i subtelna, jednak posiada to COŚ :)))
I tak sobie myślę że równie pięknie prezentowałaby się w kolorach białym i kremowym. Nie powiem, korci mnie jeszcze melanż soczystych, iście południowych kolorów, co sprawdzić zamierzam już wkrótce.
No, mają te róże w sobie COŚ ;)))
Tylko wciąż zastanawiam się czy nie dodać kolii nieco blasku i szyku glamoure... np. przez dodanie kilku koralicków, perełecków i tym podobnych błyskotek... Chyba wypróbuję to na kolejnej, ta jednak zostanie saute :)
I tyle na dziś.
Wkrótce kolejne wytwory rąk moich. Tymczasem pozdrawiam ciepło:)
Papapapapa :D
Tiaaaa, żyję, choć prawie dwa tygodnie wyłączenia z życia dały się mocno we znaki :P
Dopiero ostatnie dni zwolnienia (własnego) pozwoliły mi na wykończenie porozpoczynanych KIEDYŚ TAM prac ręcznych. Efekt jest taki: cztery naszyjne ozdobniki stricte dziewiarskie, kilka całkowitych nowości, rozpracowywanych dzięki kilku konsultacjom mailowym z nieocenioną Sylwią - dzięki wielkie Kochana :)
Udało mi się również wywiązać z mocno zaległego zamówienia wymiankowego - ale o TYM innym razem ;)
Zacznę od najnowszej nowości ;)
Oto naszyjnik wężowy, mój ci on, i wielbiony przez mła jest wielce:)
Piękny, delikatnie mieni się i połyskuje, nareszcie rozumiem dziewczyny które na rzecz koralików dzierganych zarzuciły inne rodzaje rękodzielniczenia. Można się zakochać ;)
A to bransoletki, większość albo delikatnie opalizujących, albo zamrożonych :
Powiem tak, niezmiernie podoba mi się efekt dziergania koralikami. Jednak nie jest to najlepsza technika na zajęcie łapek i myśli w trakcie choróbsk różnistych... całkowicie się mieszały przed oczami te wszystkie szklane maleństwa... masakra. Jednak gdy tylko człek wydobrzeje, gęba sama się do koralicków śmieje, a rąsie pykają szydełkiem aż miło ;) Ciach mach, i bransoletka zrobiona :)
Koralików pewien zapas wciąż mam, więc trwające wciąż długie zimowe wieczory zyskają na atrakcyjności ;)))) A gdzie znaleźć koraliki Toho w pięknym, głębokim kolorze czerwieni, bądź koralowym???? Będę dźwięczna za podpowiedź - dzyń dzyń :)
Teraz wspomniane dzierganki naszyjne.
Na początek naszyjnik zamówiony. I mam nadzieję że taki miał być.
Kolory opiszę, ponieważ zdjęcia nie oddają prawdziwej barwy - słońca jak na lekarstwo, i foty oczywiście takie sobie :>
Czekoladowy brąz z ceglastymi różami - połączenie którego zupełnie nie "widziałam", jednakowoż ZMUSZONA wydziergałam, i chwalę sobie upór zamawiającej, naprawdę fajny efekt ;)))
I kolejne dzierganki:
Pierwsza wydziergana jeszcze w listopadzie, bardzo fajnie się prezentuje naszyjnie, taka delikatna koralikowa plecionka ;)))
i kolejna, pastelowo - wiosenna dzierganka.
Myślę że takie właśnie naszyjniki mogą doskonale pełnić jeszcze jedną rolę - ocieplacza zimowego. Czyli coś ładnego-zdobniczego i praktycznie-zdrowotnego ;) Ot, takie łosie z gołym :)
Teraz czas na całkowitą nowość, na którą pomysł zrodził się przy okazji dziergania ceglastych róż... Normalnie natchnęło mnie ;)))) I oto przedstawiam najprawdziwszą udzierganą różaną KOLIĘ:
Różana Carmen:
Powiem nieskromnie PIĘKNA jest :) W głębokim kolorze karminowej czerwieni.
Wbrew pozorom skromna i subtelna, jednak posiada to COŚ :)))
I tak sobie myślę że równie pięknie prezentowałaby się w kolorach białym i kremowym. Nie powiem, korci mnie jeszcze melanż soczystych, iście południowych kolorów, co sprawdzić zamierzam już wkrótce.
No, mają te róże w sobie COŚ ;)))
Tylko wciąż zastanawiam się czy nie dodać kolii nieco blasku i szyku glamoure... np. przez dodanie kilku koralicków, perełecków i tym podobnych błyskotek... Chyba wypróbuję to na kolejnej, ta jednak zostanie saute :)
I tyle na dziś.
Wkrótce kolejne wytwory rąk moich. Tymczasem pozdrawiam ciepło:)
Papapapapa :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































