W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





18 czerwca 2010

Stówa

Nie rozdaję, nie, nie:)
Pamiętacie czerwoną, papierkową stówę, z roku nie pomnę którego?
Moja siostra cioteczna ma syna (dorosły już, przystojny, facet) który jako dziecko był jak ta stówa:) Ślicznie ryży:))
Napatrzeć się na to złoto nie mogłam. Złoto dosłownie i w przenośni, żywy dzieciak, błyskotliwy i... ryży:)))
Och, jak ja chciałam posiadać w domu własnym rude dziecię!:) Takie marzenie miałam, i na marzeniu się skończyło. Jedno czarne, drugie ciemne blondi. Też piękne, i moje! Nie zamienię na żadne ryże, ale uwielbiam złoto na głowie pasjami, i charakterek przy tym:DDD
No to teraz mam wiewiórę w domu!!!
Tadadam!!!! Przedstawiam wszem i wobec, nowego członka rodziny.
Przepraszam wszystkich rozczarowanych -  niestety, żywe stworzenie przez naturę stworzone, nie przez moją starawą maszynę :DDD
Członka przedstawiam, tudzież członkinię, albowiem chyba się deczko machnęłam w ocenie płci stworzenia. Nic to, jest jak jest, i pozostanie co wzięte:))). Jeszcze są trzy, śliczne, mruczące i słodkie. Zaznaczam: odbiór osobisty. Ach, rudych już niet;)
Proszę bardzo, odsłona pierwsza:


Teraz dylemat, jakie "imię" wybrać. Toś życzy sobie Zuzę, Jaś wymiata Maćkiem (ulubiony przedszkolny kolega). Ja tam wolę coś Mietkowatego, ale Osobisty się sprzeciwia. No i dylemat powstaje, szczególnie jeśli nie wyjaśnimy w najbliższym czasie płci kocięcia miłego;P
Tymczasem odsłona druga:)


Może podpowiecie jakieś imionka???
Przyznam się że przemyśliwuję też nad Atą tudzież Atkiem, o ile obecna właścicielka tego pięknego nicku się zbytnio nie zbiesi lub co gorsza obrazi.:DDD. Od zadniej strony sprawy, czyż to nie byłoby miłe "uczczenie" obecności, bo nie pamięci przecież, na to jeszcze dużo za wcześnie :DD???
No to odsłona trzecia, bo plotę głupotę:

Sama słodycz przyznacie same:D
I te oczęta błękitne, niewinne jeszcze, i pyszczek słodziutki, sama puchata radość:)))
I myszy może będzie łowił...
W przeciwieństwie do leniwego czarnego pobratymca - Bazylego...
No to odsłona czwarta i ostatnia dzisiaj:


Piękna ryża stówa, normalnie piękna:DDDD

Pozdrawiam złociście:)

17 czerwca 2010

CD

czyli ciąg dalszy i na razie PAS:)))

truskawki wczoraj "wykończyłam". A one moje palce. Na razie dam sobie luz:)
Pierwszy "czyn przetworowy" uważam za zakończony. Prawie.
Jeszcze chcę trochę zielska zdrowotnego do ususzenia nazbierać. Dużo dobrego naczytałam się o kwiatkach bzu czarnego. O sokach (jeszcze doprodukuję, bo uwielbiam, a skoro uwielbiam po co się ograniczać??:)), wiedziałam już wiele lat temu, tymczasem kwiecie też dobre, o ile nie lepsze, normalnie aspiryna w suszu:)))
Tymczasem chwalę się (bo czemu nie?:)) tym co zrobiłam, i na razie koniec z nękaniem przetworowym:)))
Swoja drogą, jak pięknie przetwory wyglądają w słoneczku, prawda:)

Syrop bzowy, przelany do buteleczek, wdzięcznie pozuje
na tle mojego niedopracowanego warzywniaka:))

Truskawy 2010

Syrop różany, chili róż do butelek przelany:)
Płatki z odzysku oczywiście utarte, nie pokazuję bo wcześniej prezentacja była:)

I na koniec coś czego jeszcze nie pokazywałam
Syropik sosnowy, malowniczo ukryty w upartych nasturcjach:)))

I już. Koniec. Przynajmniej do końca tygodnia. Teraz muszę się za swoje metry kwadratowe zabrać, ogarnąć trochę. A jutro zaprezentuję nowego członka naszej rodziny. W moim ulubionym kolorze:)))). Pewna osoba wpadająca do mnie regularnie może poczuć się nieco zagrożona:)))
Haaa, będzie tajemniczo, potrzymam Was troszkę w niepewności, za to jutro...

Tymczasem pozdrawiam serdecznie:))))

16 czerwca 2010

Ojejku:)

Jak w tytule, ojejku, się zaróżowiłam i zaróżowałam:)

W poniedziałek od świtu niemalże wzięłam się za przetworzenie:) Przetworzyłam otóż płatki róż, i to co już siedziało sobie w słoju od kilku dni. Siedziało, mocy nabierało.
Mowa o... płatkach róż:).  Również, też:). Monotematycznie dziś będzie, ostrzegam lojalnie.
Płatki, pisałam o nich we wcześniejszym poście, mocy nabierały od kilku dni. Kolor wytrącił się z nich nieprzyzwoicie babski:). Nie powiem żebym się przy tym specjalnie spracowała. Co to to nie.
Zerwać płatki to, za przeproszeniem, każdy głupi potrafi. Syropkiem słodziutkim zalać też. Żadna to filozofia przecież. Przelać po naciągnięciu do buteleczek też żadna sztuka, ważne by celować dobrze coby się nie rozlały skarby różowe. Ewentualne dolanie procentów tez nie nastręcza większych problemów, no chyba że wieku się nie ma po temu odpowiedniego... ale to mnie nie dotyczy, więc lałam:)
Ale potem... . Potem to już się dzieje.


Dzieje się za sprawą skąpstwa. Mojego rzecz jasna, albowiem płateczki po naciągnięciu aromatu sporo jeszcze posiadają, można zatem, wręcz należy je wykorzystać, i basta! Nie wyrzucę, skoro ranną rosą zbierałam, pająki z twarzy swej ściągałam, żuczki i inne stwory różolubne z płatków eksmitowałam. I ma sie to marnować??? Nie, nie i jeszcze raz nie!
Uczyniłam to co w tej sytuacji uczynić winnam, przetworzyłam! Ba, więcej nawet, dorobiłam przetworzenia sobie jeszcze. To co w słoju to przysłowiowy już i modny szalenie pikuś, Pan Pikuś. Ja, romantyczka od siedmiu boleści, poszłam w poniedziałkowy poranek po kolejną partię płateczków. Po co spytacie??? Bom zachłanna, już nie tylko skąpa, zachłanna zachłannością skąpca!
Wymyśliłam sobie że z płatków konfiturek przetworzę. Nazbierałam płatków 3,5 litra. Bo przepis mam na litry, nie na kilogramy - NA SZCZĘŚCIE! I zaczęłam ucieranie. Początkowo z zapałem i swadą ułańską, po półgodzinie zgubiłam swadę, został jeszcze zapał, po kolejnej półgodzinie zapał też zaczął mnie opuszczać...
Dotrwałam jednak bo w międzyczasie upór wkroczył, po ułańsku:). Po 2 godzinach UTARŁAM!!! Ułan zwiał. Zachłanność zaspokojona.


Teraz już rozumiecie skąd tytułowe OJEJKU!:)))
Żeby to był koniec. Wspominałam jeszcze o siedzącym we mnie o skąpcu. Spojrzał on moimi oczyma na te płatki odcedzone z syropku, takie jeszcze aromatyczne, rozsiewające woń perfumerii wokoło. Westchnął ten ułan głuptasek, bo zajrzał właśnie do kuchni, i zapłakał bo wiedział już co go czeka.  Przesypał te płatki ponownie do odstawionej już makutry, cukru dosypnął, i... ucierać zaczął, ojejku, westchnął, ała, zakwilił...
Tym razem jednak szybciorem poszło. Tylko godzina i dwadzieścia minut! Ułan nieodwołalnie zwiał. Skąpiec zadowolony usiadł na zadzie. Kawkę wypił, mlasnął i po chwili wstał i zaczął te skarby upychać do słoiczków.
Sześć sztuk mu wyszło. Skąpiec i ten drugi, Zachłanny rozczarowany troszkę był, nie powiem. TYLKO sześć słoiczków? Tyle kręcenia, chlipania i zawodzenia i tylko sześć??? Ojejku...
na to odezwał się Rozum - inni nawet sześciu nie mają! O! I to prawda najprawdziwsza! Niektórzy nawet tego nie mają i nie rozpaczają a ty człecze masz tyle i jeszcze ci mało!
Jeden słoiczek się nie zamknął. Nie chciało mi się już szukać lepszej pokrywki. Wymyśliłam sobie że wykorzystam ów niedomknięty słoiczek i bułeczek jakichś upiekę. W tygodniu, żeby tak pracowicie dnia nie kończyć. Przelałam jeszcze różane procenty do butelek (3 półlitrowe i jedna ćwierćlitrowa - niezły zbiór!:)), i poszłam do pracy.


W pracy jak to w pracy, z dziećmi pracuję to i wymyślam. Pogoda fajna to na spacer wyciągnęłam towarzystwo. Patrzę, a tu bez czarny nareszcie rozkwitł! I już się cieszę na te syropki które naprodukuję.
Jutro, postanowiłam twardo! I wróciłam do pracy.
Ale coś nie dawało mi spokoju,wiecie, ten bez. No bo on teraz tak kwitnie sobie ładnie, a jakby przyszły burze??? Albo wiatry ogromne??? Może nawet sztorm jakiś! Nigdy nic nie wiadomo przecież, mamy takie zmiany klimatyczne! Ojejku! Takie straty!
I co zrobił Zachłanny, ciągle jak się okazało, towarzyszący mi w ów poniedziałek. No co??
Poszedł po pracy bzu narwać. Siatę wielką, ogromną przytachał. I co zrobił???
Rogaliki z konfiturą płatkową co to się nie zawekowała, żeby się nie zmarnowała!!!
Fotki już człek zmarnowany nie zrobił. Pary nie starczyło, ale pięknie w chałupie mu pachniało, ojejku jak pięknie:))).
Ok. godziny 22.00, począł Zachłanny syropu bzowego warzenie. Płukał kwiaty, odliczał do trzydziestu i przekładał do kadzi kamionkowej. 120 kwiatów narwał, wcześniej wodą zagotowaną, ostudzoną i ocukrzoną z kwasem cytrynowym zalał. Brakło mu jednak tej wody słodzonej, to siedział i gotował kolejne dwa litry, i tak godzina duchów go zastała. I przyszedł duch jakiś, pochylił się nad Zachłannym i rzekł jowialnie: GŁUPEK, postukał się w czoło i zniknął...
I rację miał.


Dziś wieczór przelewam syrop bzowy do butelek.
Zaraz zacznę je myć.
Jutro przetwarzam kolejne płatki róż, właściwie to co zostało z nastawu :P. Tym razem było 50dkg płatków:P. Płatki też utrę, żeby się nie zmarnowały (zachłanny jeszcze nie odpuszcza), a syrop przeleję do buteleczek, będzie smacznie i zdrowo zimą.
Wczoraj nadgarstki i dłonie odpoczywały. Skąpiec i Zachłanny gdzieś poszli w diabły. I świetnie!
Pewnie kogoś innego nękały.
Dziś sprzątam. Wieczorem przelewam. Jutro przetwarzam i kręcę:P
Postaram się skończyć przed godziną duchów, jakoś nie lubię gdy mi ubliżają:D

P.S. No i chyba zaczynam rozumieć wielbicieli koloru PINK, serio:) Piękne są te przetworzone przetwory, apetyczne i  niezwykłe:))

P.S.II - syrop bzowy rozlałam do butelek godzinę przed pracą - 22 butelki mam:))))
Po pracy za truskawki się biorę, pozazdrościłam tej Matce co się nudzi i konfiturki tudzież dżemy przetworzę:)))

Różane buziaki Wam ślę:)))

12 czerwca 2010

Jelenie i kowboje

Działo się dziś wiele:)))
Upał nieznośny panuje, więc coby zająć dziatwę pojechali my na wycieczkę.
W taki gorąc ciężko cokolwiek wokół obejścia robić, człowiek sapie jak nie przymierzając lokomotywa na prerii:)
Mimo mieszkania na wsi i nam upał daje się we mocno znaki, wszyscy mokrzy, umęczeni i... rozzłoszczeni:>
Po naradzie , w celu uniknięcia awantur tudzież przykrych w konsekwencjach słowo-czynów, postanowiliśmy wyruszyć na wyprawę krajoznawczą:)
Najsampierw Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie.
Spacer wśród zwierząt widywanych z rzadka podczas spacerów po lesie, różnych gatunków jeleniowatych, psowatych, skrzydlatych i kotowatych - mnogość gatunków, różnorodność barw. Jednym słowem ARKA - prawie:))) Co będę gadać, obejrzyjcie z nami (zaznaczam że nie umęczę, kilka zdjątek najfajniejszych:))





Orzeł biały

Pani Rysiowa z przychówkiem. Jakaś taka zamyślona:)
Macierzyństwo to poważna sprawa, nie tylko w ludzkim wymiarze:)

Prawda że piękny kotecek?:) Próżno go szukać w lesie,
są bardzo skryte i tajemnicze. Pozwólcie przedstawić sobie, to żbik we własnej osobie:))

Główna przewodniczka wycieczki, i jej wierni towarzysze:)
Przepraszam że tak od zadka, ale ujęcie mi się podoba:)

Wilk - wcale nie groźny:>



Zarówno zwierzęta które mogliśmy podejrzeć jak i spacer po ogromnym terenie długo zostanie w pamięci.
Polecam gorąco, jeśli znajdziecie chwilkę czasu i będziecie w okolicy. Warto, szczególnie na bliskość zwierząt której można doświadczyć na całej trasie (ok. półtorej godziny). dzieciaki przeszczęśliwe, Janko zamienił się w ogromny znak zapytania, buzia mu się nie zamykała, ciągle "nękał" przewodniczkę prośbami o kolejne opowieści.
Zaniemówił i zwątpił na chwilkę dopiero gdy doszliśmy do wolier z ptakami. w jednej z nich siedziało to:

dla niezorientowanych (ze względu na jakość zdjęcia, oczywiście:)) jest bocian czarny.
Janek nie uwierzył, twierdząc że pani to chyba bociana nie widziała: "pseciez bocian jest biały nie carny!"
Jakoś nie chciało dotrzeć do małej łepetynki że są jeszcze inne gatunki, a czarny w lesie lubi mieszkać bo święty spokój sobie niezmiernie ceni:))).

Kolejnym etapem wyprawy było Mrągowo.
Tu zatrzymaliśmy się w miasteczku Mrongoville -w  miasteczku rodem z dzikiego zachodu, gdzie Indianie i kowboje żyją w prawdziwej przyjaźni:)))

Mogliśmy podziwiać pokazy woltyżerki konnej, pełnej prawdziwie kaskaderskich popisów, pojawił się również sam Wielki Wódz Geronimo, miotający nożami, tomahawkami i celnie strzelający z łuku.





można zasiąść w prawdziwym wozie pierwszych zdobywców dzikiego zachodu:)...


nauczyć się niełatwej sztuki zarzucania lassa na wierzgającego mustanga:))...



lub na chwilę zamienić się w prawdziwych poszukiwaczy złota!:)))
I co ciekawsze wyłowić je z odmętów piachu i zmąconej wody!
Moje dzieci są prawdziwie bogatymi zdobywcami dzikiego zachodu!!!


I na koniec wioska indiańska.
Świetnie było posiedzieć w tipi na "bizonich" skórach i posłuchać opowieści o życiu i historii Indian:)

Kolejny weekend bogaty w wydarzenia.Świetnie spędzony dzień, uniknęliśmy gorąca (niezrównane auto z klimą:)), poznaliśmy ciekawe miejsca, i najważniejsze: BYLIŚMY RAZEM!
Polecam wszystkim lubiącym turystykę, a szczególnie  rodzinom z dziećmi:)))
Jutro szalona niedziela, najpierw turniej tańca Tosi, następnie urodziny siostrzeńca męża. Znowu będzie się działo:)))

Pozdrawiam miło



10 czerwca 2010

Lecytyna

bo chyba właśnie lecytynkę zażyć trzeba na powrót pamięci:P

Kiepsko z nią u mnie, bardzo kiepsko...
W lutym bodajże zaczęłam szyć swoją torbę na laptopa.
Brakowało mi jej, do sklepu jakoś nie po drodze, a materiałków wówczas trochę przybyło, to i ropoczęłam swoje szycie.
Rozpoczęłam, torbę prawie skończyłam i... odłożyłam i... zapomniałam o niej!
Wczoraj przy okazji porządków w tkaninach znalazłam:P I wreszcie wzięłam się za jej wykończenie.
Wygląda o tak:


Brązowa, ze sztucznej niewyprawionej, skóry:) Nie jest idealna, mnóstwo błędów popełniłam, np. naszycie aplikacji po wszyciu podszewki. Błąd podstawowy i banalny, efekt tego taki że po otwarciu torby widać miejsce szycia aplikacji - czyli tak sobie:P. drobna poprawka na przyszłość i ... lecytynka... na pamięć i przemyślenie szycia. Poza tym miejsce wszycia uchwytów na pasek musiałam również zamaskować aplikacją. Miałam problem z przeszyciem tylu warstw tkanin, więc nie wyszło to zbyt pięknie, toteż maskowałam, bo co zrobić miałam... I znowu kłania się...lecytynka:P

Tu komplet, czyli torba plus worek na akumulator i przewody.

Worek raz jeszcze:)


Wnętrze, właściwie jego fragment wraz z zawartością.
Widać troszkę pikowania, celowo szyłam brązową nitką.


I jeszcze raz komplet, wśród moich upartych nasturcji i na małej architekturze:)))
Zdjęcia takie sobie, słońce zagłusza kolorki aplikacji, listki są jasno zielone.
Swoją drogą mam problem z zakupieniem materiału w odcieniach zieleni, wykupiłyście wszystkie, czy co?:)))

Prawdę mówiąc to moje odkładanie i brak pamięci ma swoje źródło również w braku jednego konkretnego miejsca do prac ręcznych.
Tak jak z malowaniem mogę sobie wyjść teraz przed dom, grabie i łopaty też do użytku zewnętrznego raczej. Tak łucznika starego z szafką nie wyniosę, kółek nie ma, i taki jakiś nieporęczny jest w przenoszeniu.
Wiadomo bowiem że jak już zaczyna się coś działać, to bałagan się wokół robi wcale nie mały, dodatkowo w związku z ograniczeniami czasowymi które można poświęcić na ręką działanie, nie chce się wszystkiego bez ustanku układać i przekładać. Efekt: BAŁAGAN, BAŁAGAN i... LECYTYNKA:P
I tyle.Skończyłam, wygląda mój twór torbowy jak wygląda. Fajnie że chociaż mój laptop doczekał się swojego miejsca na ziemi:))). 
Powiedzcie mi tylko jeszcze jak zamontować magnesy na zapięcia, coś nie umiem, palce zaczynają mnie boleć, młotek czy płaskoszczypy (fachowo, nie?:) mam zastosować?

Pozdrawiam miło i słonecznie.

9 czerwca 2010

Magia

Od kilku dni obchodzę rosnące w pobliżu krzaki róż.


Obchodziłam, podglądałam i przymierzałam się do małych czarów.
Maleńkich i niegroźnych zupełnie:))) Ale za to aromatycznych niezwykle.
Dziś, po przeczytaniu pachnącego ziołem wszelakim wpisie Agi z Oazy, ranną rosą niemalże pobiegłam w krzaczki różane i narwałam całe 250 g płatków. Zalałam wrzącym syropem cukrowym i odstawiłam. Czekam.



I mam dwie opcje czekania na ową MAGIĘ, która dzieje się w słoju:)))
Kusi mnie naleweczka, ten aromacik, kolorek nieprzyzwoity, ta słodycz...
Jednocześnie odzywa się praktyczna strona mej natury: zrób syropik, zrób syropik...
Syrop robiłam kilka lat temu, smaczny i aromatyczny był niezwykle. I mało go było:P
Nalewki też będzie niewiele... Hmmm... I jakby tu wybrnąć???
Po zastanowieniu zdecydowałam.
Syrop zrobię:))). Pozostałe po odcedzeniu płatki (są jeszcze bardzo aromatyczne) przetrę ponownie z niewielką ilością cukru, dodam trochę świeżych płatków i będę miała słoiczek konfiturki:))) . W sam raz na bułeczki:))))
Nalewka następną razą:) Gdy tylko rozkwitną następne róże. Potem może jeszcze troszkę konfiturek i już.
Chyba nieźle wybrnęłam, prawda?:)))



Dla zainteresowanych pokazuję kwiat (niestety przekwitły już prawie) wraz z liśćmi czeremchy.
Pomyliłam termin jej owocowania, naprawiam błąd i donoszę iż czeremcha owocuje na przełomie sierpnia i września (nabyta świeżo wiedza to wynik konsultacji z teściową, kuchenną czarownicą w stopniu wysoce zaawansowanym:)). Owocki czeremcha posiada niewielkie, czarno-granatowe, z małą ilością miąższu za to z dużą jak na owoc o tych gabarytach pestką (wielkość jednego owocu porzeczki).



Same owoce zawierają sporo garbników, nie wiem czy mają jakieś szczególne zastosowanie kulinarne. Choć wierzę że znaleźli by się uparci którzy z tych maleńtasów robią cuda, smakowite w dodatku:)
Cóż ja ograniczę się do nalewki:))) Bo lubię:)
(przepis na nalewkę dodany do pozostałych przepisów nalewkowych)

Z aromatycznym pozdrowieniem:)))

8 czerwca 2010

Było

i minęło...
Czas wolny i długi, miało być pracowicie, a wyszło... leniwie. Czas spędzony z rodziną i dla rodziny.
Też dobrze, trzeba nam było tego po tej ciągłej gonitwie:)))
Boże Ciało - procesja wokół naszej wsi, piekna uroczystość, "uświetniona" dodatkowo przez uczestnictwo w niej mojej Tosi - kwiecie dziewczę sypało, aż miło było patrzeć. Janek też ukradkiem kilka płatków upuścił, niby to przypadkowym przypadkiem:) i niechcący zupełnie. Parcie miał synu na sypanie kwiatków nieziemskie wręcz, to się babcia złamali kilka razów i "upuścił" synu zielę na drogę i chwałę Pana:)) No nie dało sie inaczej, a dziewczynki z niego nie zrobię:P, na noszenie chorągwi za mały, choć muskuły posiada że hoho, co ostatnio wszystkim naocznie chce udowadniać i pokazywać:D,  wstęgi od chorągwi pozajmowane były, i nikt zamienić się jakoś z dzieckiem nie chciał...Może nie dostrzegli muskułów??:D


Piątek porządki, wreszcie!. Dom zaniedbany, jakiś taki nieogarnięty, niedosprzątany ostatnio:> Wstyd i hańba dla gospodyni - marnej jak stwierdzam wielce:> Nadrobiłam, troszkę tylko, chatka ogarnięta na tyle że pozwoliłam sobie na sobotnią labę:)))
Przy okazji, anegdotkę wspomnę:)
Otóż w piątek wpadła do nas na pobyt weekendowy moja mama. Sprzątam sobie domostwo, a po chwili słyszę od Janka obserwującego moje poczynania: Mama po co spsątas?
Ja: no, żeby czysto było i babcia przyjeżdża... Jaś: mama, daj spokój, babcia pospsąta, pseciez lubi:D
Mądra dziecina :D.
Ach, i najważniejsze! "Krzesny" Janka przyjechał ze świata:) Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, krótko, zbyt krótko niestety. Od kilku lat zbyt rzadko się widujemy, zbyt krótkie te nasze "widzenia", a tyle rzeczy do opowiedzenia, pokazania...Szkoda i żal wielki, choć i radość, że parę tych chwil wyrwanych z tego czasu ograniczonego znalazło się i dla nas. Janek przeszczęśliwy, jeszcze przez dwie godziny po położeniu się do łóżka przychodził do salonu bo przypomniał sobie że jeszcze chce coś powiedzieć wujkowi, a może wierszyk jakiś powie, a to piosenkę zaśpiewa. Syna nie poznawałam, on raczej nie z tych popisujących się, a wtedy...zupełnie nie do opanowania:))))
"Krzesnego" z małżonką (śliczną ciocią Olą - jak zauważyła Tonia uwrażliwiona na piękno:D) pozdrawiamy serdecznie, odezwijcie się czasem:)))
A w sobotę pojechaliśmy nad zatokę:))





Cudnie było! Słonecznie, upalnie i bezwietrznie prawie. Wybyczyliśmy się na zapas, na miesiąc z hakiem malutkim.
Taka się atmosfera wakacyjna niemalże zrobiła, że ze zdziwieniem dotarło do mnie późnym popołudniem że czas wracać w domowe pielesze...  Ciężko było, oj ciężko:>
Dzieciakom jeszcze gorzej, pożegnanie z największą piaskownicą na "całym świecie" było okropne:P
Pomogły dopiero obietnice ponownego przyjazdu, może nawet na dłużej, choć w tym roku nie planujemy jakiś specjalnych wakacyjnych wojaży, ale może namiot i krótki wypad weekendowy uda się nam zorganizować. Zobaczymy.
I tak minął weekend, miał być długi, z przeznaczeniem na podgonienie z niektórymi pracami ogrodniczymi.
I na tym froncie zupełnie poległam. Nie zdziałałam nic. Zupełnie!
Choć przy okazji sobotniej wycieczki materiału niezbędnego na dokończenie pewnego projektu przybyło:)
Ponadto zrobiłam rekonesans w pobliskim tartaku i niebawem zakupione zostaną pale na huśtawki dla dzieci. Najbardziej nie mogę się ich doczekać ja sama:D.
Bo to nieładnie trochę w stosunku do dziatwy naszej. Dzieci wszak mamy, ogród też, miejsce na piaskownicę wydzielone i... piachu w piaskownicy prawie nie ma, a ogród, mimo że duży to bez najważniejszych atrubutów dzieciństwa - w tym przypadku, nawet podstawy, czyli hustawki! Skandal normalnie i zaniedbanie! Ale niebawem zostanie to naprawione. Wszak dzieci huśtać się muszą! Ja to uwielbiałam! One też uwielbiają, Tochna godzinami może sie "kiwać" na bujawkach:)

A w warzywniaku pomidory kwiaty mają:) Szczypior sobie rośnie i mężnieje obok marchewki karotki, co to sobie grzecznie czeka (czyt. dorasta) na przerywanie. Pierwsza "tura" rukoli zakończona:> Druga wyrasta, trzecia posiana.
Uwielbiam rukolę! Część sałat ślimaki pożarły. Jakoś nie mogę zdobyć się na zastosowanie bardziej drastycznych metod walki z nimi, i tylko je przerzucam przez siatkę, więc nic dziwnego że cholery wracają jak bumerang - tyle smakowitości przecież im nasadziłam. I wcale nie wolno powracają, tempo sportowe wręcz wykazują! Groszek też mi wtryniły! Musiałam wsadzić nowy! Może ten się uchowa??? Jaś twierdzi że to on je trenuje w biegach... Chyba zaczynam mu wierzyć:P
No i czekam na ogórki. Posiane 16.05 - czyli jak nakazane po wszystkich zimnych świętych, i nic:P Zupełnie nic nie wschodzi. Może jeszcze coś wylezie, jeszcze daję im szansę w tym tygodniu, ale potem to się zdenerwuję i kupię wyrośnięte gotowce! O! Może groźby poskutkują, bo prośby i błagania nic nie dają, poszły ogórasy w zaparte i nie wychodzą!
I tyle, pogadałam sobie o warzywkach, pokazać jeszcze nie chcę co działam, ostatnio wolno niezwykle, w kwestii otoczenia mego warzywniaka leniwego. No ale teraz to się juz postaram i mam nadzieję że wreszcie uda mi się coś niebawem pokazać na forum publicznym.

Informacja dla pewnej mocno zainteresowanej jak mniemam- TO CO MIAŁO SIĘ UKORZENIĆ, TO SIĘ UKORZENIA. Na razie ładnie nawet, i nic nie więdnie, więc rokowania dobre są:DD .Więcej nie powiem żeby nie zapeszyć.

I tym, prawie optymistycznym akcentem kończę moje dzisiejsze blablanie:)
Bo tym blablaniem zaznaczyć chciałam tylko moją obecność na swoim i waszych blogach. Bywam, zaglądam, czuwam - choć ze względu na mój byle jaki net ostatnio nie bardzo mogłam komentować, przeciążenie jakieś czy co?
Właściwie to nic do pokazania nie mam, więc rozumiem jeśli ktoś czuje się rozczarowany, lecz mimo wszystko zapraszam, wpadajcie do mnie, z czasem znowu się rozkręcę:))))
Chyba...