W szafie zmieści się prawie wszystko. Pojemna jest i pękata.
W mej szafie stoi kufer pełen wspomnień.

Szafę mogę zamknąć na klucz i zapomnieć. A potem znów otworzyć i uśmiechnąć się.
Jeśli czasem zapłaczę, to z szafy wyciągnę błękitne chusteczki, wytrę łzy i w końcu przebaczę.

W mojej szafie mogę się schować, zniknąć.
Szafę mogę przemalować i zapełnić miłością, nadzieją i szczęściem.
W szafie zawsze mogę wszystko od nowa poukładać.
Zatem zapraszam - właśnie otwieram swoją ciągle jeszcze niepoukładaną:
Szafę malowaną





8 grudnia 2010

Krótko

dziś będzie:)
Święta idą, mnóstwo pracy, przygotowań. Zanudzać zatem nie będę.
Nie tylko ja się przecież przygotowuję:)
Dzis broszki pokażę. Wspominałam że zapałałam miłością nagłą, i silną niemozliwie do filcowania na sucho.
Niedorzeczna to miłość, wiem.
Nie mniej uzależniająca niebywale :)
Oto efekty mego zakochania:





 Te dwie brochy to inspiracja zaczerpnięta u Matki co się wiecznie nudzi :))





I tyle, zmykam do dalszych prac przygotowawczo - porządkowych.
Uprzedzałam że krótko będzie.
Ale treściwie jak sądzę :)))

Niezmiennie, cieplutko pozdrawiam :D

6 grudnia 2010

Ściana

mam ściany, jak każdy ;)
Tylko że, ja mam klika ścian z którymi nie wiem co mam zrobić.
Niby to takie oczywiste. Ściany są od stania, dachu trzymania i stropu też...
Ale ściany dla mnie to nie tylko FUNKCJA, albo nie, inaczej, to PRZEDE WSZYSTKIM funkcja!
I to nie byle jaka bo funkcja OKAZAŁA :)
Ściana o której dziś piszę potrzebna jest, bo to ściana kominowa, więc bez niej nie da rady, nie wyburzę przecież ;D
Nie mniej jest to takie miejsce z którym nie wiadomo było co zrobić...
Dobra, od dawna wiedziałam że coś sobie tam zawiśnie, bo inna opcja w grę nie wchodziła, tylko ta wisząca, no wisi sobie... nareszcie...
Zbieram janioły. Mówiłam, wiem... to tylko dla przypomnienia.
Zbieram te janioły od lat, przybywa mi ich stale, wiele z nich jeszcze w kartonach... Cóż, urządzam się wciąż i niezmiennie od lat 6 :P Też mówiłam, wiem.
ANIOŁY - niektóre z nich znalazły sobie swoje miejsce na stałe, niektóre miały miejsca przejściowe, jeszcze inne mocno przypadkowe.
I właśnie tymi przypadkowymi zajęłam się dokładniej w ostatnich dniach.
Są to anioły przeważnie "dostane", małych gabarytów, ale do zawieszenia. No i wiszą sobie dalej, ale w nieco innej konfiguracji, bowiem ZYSKAŁY!
Zyskały oprawę, i teraz WYGLĄDAJĄ :)

Zacznę może od tego anioła. Wykonany z gipsu, zwykły, jakich miliony wszędzie... Ale anioł, dostany, a jakże. I po przejściach straszliwych, bowiem wziął się uparł na fruwanie :P Tak sobie pofrunął, lotem błyskawicy i niezwykłą  siłą grawitacji ku ziemi, że właściwie lot ów mógł stać się jego ostatnim. Ale ulitowałam się nad biedakiem, i teraz taki właśnie pokancerowany wisi sobie w OPRAWIE :)

I nawet, nawet WYGLĄDA :)
Sa też i inne anioły, nawet i takie, wygrzebane gdzieś w necie :
I też WYGLĄDAJĄ :)
I jeszcze jeden, ten "samosobiekupiony" :) Bo z trąbką, i taki jakiś uroczy mi się wydał.
Czy ktoś pamięta jeszcze TĘ ramkę ?
Taki, aniołek mini, w maksi rameczce.
A całość prezentuje się tak, skromnie i nie przesadnie moim zdaniem.
I tak ma być:)


Tu z aniołem "dojrzałym" bo jakieś 12 lat już ma:)
Jeden z pierwszych "moich własnych, osobistych" wyrzynanych anielisk:)
Ten nawet jakby łowicki w wyrazie...


I to by było na tyle.
Tak na razie, pewnie na czas JAKIŚ tylko wygląda moja "trudna" do zagospodarowania ściana. Kąt zyska jeszcze więcej na WYGLĄDZIE , gdy dojdą dekoracje świąteczne, ale o tym inną razą :)
Bo tą razą zmykam do pracy, pozdrawiam cieplutko:)

5 grudnia 2010

Przestroga?

Dziś Osobisty znalazł taki oto filmik.
Opowiada on o doświadczeniu przeprowadzonym przez pewnego znanego angielskiego kucharza Jamiego Oliviera, znane nazwisko? Większości zapewne tak.
Obejrzałam, i osobiście mam bardzo mieszane uczucia.
Co ciekawe, niby wiedziałam że tak właśnie się dzieje, ale...
Zresztą, obejrzyjcie sami :P

http://www.youtube.com/watch?v=S9B7im8aQjo&feature=related

Ciekawa jestem co o tym sądzicie?
Warto się zastanowić przed następną wizytą w restauracjach typu fast food, nawet jeśli serwują "jedzonko" z fajowymi zabawkami.

1 grudnia 2010

A jak...

ANIOŁY:)

Sobotni wieczór upłynął mi na przemiłej konwersacji:)
Konwersowałam sobie bowiem z IVONNĄ z Niecodziennego Zakątka :)
Właśnie Iwonka winna jest powstaniu dzisiejszego posta. Rozmowa jak to rozmowa, miła, przyjacielska tak naprawdę rozkręciła się dopiero gdy poruszyłyśmy pewien bliski nam obu temat:)
Bo, jak to zwykle bywa między osobami o zainteresowaniach typowo "rękoczynowych", nasza rozmowa zeszła na temat najbardziej ostatnio pożądany, czyli, jakie robisz aktualnie ozdoby, może anioły jakieś...?
Uświadomiłam sobie wówczas że tak naprawdę, prócz pokazywanych już "pierniczkowych" serduszek i choinek tak naprawdę zrobiłam dotąd niewiele... A święta tuż tuż...
Zasiadłam zatem w niedzielę do maszyny. I "stworzyłam" ;) - SILNĄ GRUPĘ SIŁ ANIELSKICH :)





Te anieliska mają swój pierwowzór. Kilka lat temu, będzie już chyba osiem wiosen, ulepiłam sobie Anioła masosolnego - jedyny był w swoim rodzaju. Pięknie zdobił kolejne choinki w moim domu, jednak nie przetrwał przeprowadzki :P Od kilku lat obiecuję sobie że ulepię sobie nowego, i nie znajduję czasu :>
Może w tym roku?
Ale! Wciąż pamiętając o tamtym aniołku USZYŁAM sobie na jego wzór to co właśnie obejrzeliście.
A przypomniałam sobie o nim dzieki rozmowie z IVONNĄ :))) I tak dzięki Niej możecie zobaczyć na czym to upłynęła mi niedziela oraz kawałek poniedziałku:)

Nie skończyło się tylko na tych:>
Powstały kolejne. Te również dzięki sobotniej rozmowie :)
Ale inspiracją dla powstania TYCH aniołów był blog polecony przez IVONNĘ.
Blog Dominiki "Galeria na poddaszu":) Sama gorąco polecam zajrzenie TAM ponieważ niezwykle zdolna i wszechstronna z Dominiki dziewczyna:)))  Przekonacie się sami:)
I właśnie dzięki odwiedzinom  w "Galerii" powstały kolejne moje anioły.
Podobne nieco do moich demonstrowanych już wcześniej. Podobne ale inne,  trochę odchudzone ale wypchane.
Nieco przewrotnie to brzmi :)
Jednak tak właśnie jest, ponieważ forma jest praktycznie taka sama jak ta używana przeze mnie dotąd -czyli długa suknia, płaski "brzuch" ;-D. Jednak tym razem "brzuchy" anielskie zyskały wypełnienie, i choć szczupłe niemożliwie, mimo wszystko są "najedzone" " :))





Troszkę przegoniłam moje anielskie towarzystwo po plenerach:) Zmarzły w buźki tylko troszeczkę, nadal jednak wyglądają na zadowolone:)

A ja? Cóż, wciąż miło się uśmiecham na wspomnienie sobotniej rozmowy.
I zastanawiam jak się zmobilizować do porządków, bo dziwny jakiś chaos i bałagan zrobił się w domu moim.
I nie wiadomo kogo za to winić...
Normalnie krasnoludki jakieś...

Ciepełko ślę, mimo zimna za drzwiami:)

28 listopada 2010

Tabun

mój własny zaczynam zakładać:)

Od dawien dawna podziwiam konie:)
Lubię je obserwować podczas wypasu na łące - a mam częstą możliwość bowiem nieopodal nas jest stadnina.
Podczas rodzinnych spacerów częstą trasą jest właśnie TO miejsce, "nasza" stadnina. Konie są tam zadbane, piękne, majestatyczne.
Zawsze też podchodzą do ogrodzenia aby nas przywitać, dzieciaki mają wiele radości z dotykania miękkich chrap, zaglądania im w wielgachne, mokre oczy.
Czasem konie budzą zdziwienie: Mama, popats, one bawią się! Tak jak my :)))
Moja miłośc do tych stworzeń jest niejako platoniczna i opiera się w głównej mierze na zachwycie i podziwie:)
Nie umiem jeździć, niby utrzymam się w siodle, ale czy można nazwać to jazdą ? ;)
I tak, będzie trwać jeszcze ten stan miłości platonicznej czas jakiś.
Na razie, na pociechę stworzyłam sobie własny TABUN, i mam go w domu własnym :)))
Najpierw ten "sklepowy":





Teraz "własnoręczny" :



Zostałam już zapytana czyżby moja anielska miłość miała się skończyć:)
Oczywiście że nie! Anioły uwielbiam od lat co najmniej 18, miłość ma jest trwała i wieczna jak sądzę. Ale serce mam wielkie, wiec czemu by nie wygospodarować w nim  miejsca na inne "drobiażdżki' ? ;D
Cos mnie wzięło na tkaniny pastelowe... Może przez to co widać za oknem?



Na koniec, ruszyła wreszcie i u mnie manufaktura świąteczna, oto efekty ostatnio-nocnych prac ręcznych:)








Zdjęcia wykonywane przy braku słońca, toteż blado wypadają, osobiście jestem zadowolona z efektu.
Serduszka maja spełniać rolę "pierniczków" na niby :) Mam pieska i koteczki które uwielbiają choinkowe łakocie...Zresztą nie tylko słodkości, ale mam NADZIEJĘ, być może nieco głupią i złudną, jednak może TE pierniczki się ostaną na chojaczku... Hmmmm... się zobaczy:>
I jeszcze takie dekoracje poczyniłam. Skromniutkie, ale podobnie jak przy serduszkach, wykorzystałam WRESZCIE swoje stemple silikonowe, które doskonale na tkaninie imitują "lukier", w dodatku mocno arabeskowy:)  Ręcznie TAK bym nie dała rady:)))



I znowu brak słońca nie oddaje ich uroku. Choinki są bardzo proste, delikatnie zdobione, ze złotym wzorkiem, plus półperełki. Skromność i prostota.
I wszystko razem. Jest juz troszkę "tego"...


Pozdrawiam cieplutko.
Wkrótce coś nowego. Chyba wróciła do mnie Panna Wena, więc jest nadzieja na stworzenie jeszcze wielu innych cudaków:)

Pozdrawiam cieplutko otulona w śniegową kołderkę:))

25 listopada 2010

Szpilki

Mam szpilki:)
Niby nic dziwnego.
Się maszynę szyciową posiada to się i szpilki ma.
Jak się lubi różne rzeczy robić, to wiadomo... różne rzeczy potrzebne są i się je też ma.
Normalnie.
No to mam te szpilki.
Ze szpilkami to u mnie jest dziwnie.
Właściwie szpilki nie są dziwne. Najbardziej dziwne są miejsca w których można je znaleźć.
Trochę za moją sprawą a trochę za sprawą mojego psa.
Nie żeby mój pies zaraz szył, bez przesady, geniuszem niestety nie jest :)
Ale pomysły ma. I to wcale nie genialne... niestety również :P
Mój pies otóż wtranżolił sobie mój igielnik! I to historyczny, francuskimi dłońmi działany! Nic rewelacyjnego, żadna francuska piękność, no ale pamiątkowy był, i się kojarzył miło.
Już przestał. Wszystko przestał :P
Czas jakiś temu przestał już nawet.
Bo wtranżolił ten pies igielnik zagraniczny. Igiełki kulturalnie POWYJMOWAŁ, wiem, bo z dywanu później je wyskubywałam!!! Ja! Osobista właścicielka pasa fakira!
Żyje ten mój pies, znaczy żadna igiełka mu nie zaległa czy się nie przebiła przez te zawiłości jelit i różnych tam elementów psich wewnętrznych. Żyje pies i żyć zamierza długo zapewne i oby:)
Cała ta historia zdarzyła się dawno temu, przed wakacjami jakoś, więc stąd moja pewność co do życia tego psa. Nie mniej stresa miałam, wiadomo.
To pierwsza dziwna historia szpilkowa. Pso-szpilkowa w tej sytuacji.
Inna jest taka że jedna taka, dajmy na to Franka jej było, na potrzeby tego posta.
Otóż owa Franka ma głupi zwyczaj wbijania szpilek w różne PRZEDZIWNE miejsca.
Na ten przykład, szyje sobie Franka na maszynie. Ma to szyje. Czemu nie przecież, od tego maszyna jest.
No, ale potem, jak już skończy to swoje szycie, zapomni Franka JEDNĄ szpilkę schować.
Albo nie, nie zapomni, bądźmy szczerzy. Nie zapomni, tylko lenia ma żeby maszynę otworzyć. Bo Franka szafkową ma po mamie swej. Więc nie chce się leniowi schylić i schować tej szpilki, to ją wpina w zasłonę - żeby nie zgubić i dzieciom w odnóża się na ten przykład nie wbiła. Niby Franka zapobiegliwa taka :P
A potem Franka, głupia,  zasłania te okna TYMI zasłonami przy pomocy rąk własnych! I dziwi się swojej głupocie po chwili, bo AŁA sssyczy :P
Dziwna trochę... Czemu ssyczy, skoro sama wbijała te szpilki w zasłony?!
Gorzej jak syczy ślubny Franki. O! Ten to syczy dosadnie nawet, głupotę Franki pod niebiosa "wychwalając"...
Innym razem wzmiankowana Franka siedzi sobie wygodnie i godnie na sofie w róże, TV se włącza i majstruje przy małym "czymś" w ręcach trzymanym, że niby coś tam rękodzielniczo sobie struga. Szyje znaczy.
Ręcznie w dodatku, bo czasem też się jej udaje. Szczególnie gdy film jakiś fajny zapowiadają, to czemu nie połączyć przyjemnego z pożytecznym?! To łączy Franka dwie przyjemnostki. Bo może, a co!
A igiełkę od szycia wbija czasem w podusię co to ma ją pod rąsią dla wygody. Bo wygodnicka Franka jest, szczególnie porą zmierzchową.  Czasem Franka, w przerwie filmowej leci do "carskiego sioła", i jak wraca to siada zadkiem na podusię wygodną, bo się głupia przewróciła...  Podusia znaczy. I kwiczy głupia po chwili, słów szeptem mocno lekceważących szycie używając. Franka kwiczy, nie podusia. Franka za to zadek masuje na tę nieszczęśliwą poniekąd okoliczność usiąścia na podusi wygodnej, acz niebezpiecznej :P
Franka taka...
Koniec Frankowych rządów ogłaszam!
Wywaliłam lenia na pysk lekko wytarmoszony. Ręcami i zadkiem pokłutym wymachując.
Albowiem sprawiłam sobie takie O!




I mam teraz dzięki piesowi i France taki igielnik. W wersji mini nawet bo słoiczek po naprawdę MINI dżemiku został wykorzystany w tym celu. I się sprawuje nader mądrze nawet ten igielniczek. A mało tego wygląda też niczego. Na łeb urodą bije ten historyczny, francuski. Pies na niego nie łypie. Znaczy zaakceptował  chyba, i może się nawet nie połakomi dziwnym swym zwyczajem fakira :P
Bo ja sobie właściwie nawet pomyślałam że ten mój pies to ma ogromne jakieś wyczucie estetyki chyba.
No bo kapcie na ten przykład miałam. Takie na szydełku robione. I dziury mi się na piętach zrobiły od lubienia nadmiernego owych kapci przeze mnie. Lubienie to spowodowało że je miałam sobie naprawić.
I pies się wnerwił na to moje naprawianie, bo wziął i kapcie też wtranżolił...
Tym razem już nie sprawdzałam czy na jelitkach zalegają psowi te kapcie, jego sprawa, skoro taka estetka z tego mojego psa, to niech ma, na zdrowie nawet. I się estetycznie wielce sprawa kapci na pobliskiej łące skończyła.
Z dywanem podobnie, rogi dywanu zeżarte i obmlaskane ze smakiem juz czas jakiś temu...
Więc albo tak bardzo brzydki jest, albo pies koloru nie lubi... Tylko że mądrzy prawią że psy kolorów nie odróżniają, więc tak naprawdę nie wiem w czym problem. Smaczny na pewno nie jest. Sprawdziłam. PRZYPADKIEM!!!
Dziwny pies.
Igielnik jednak, tak na wszelki wypadek dałam psowi do obniuchania. Niuchnął, a jakże. I tyle...
Jest nadzieja. Na przetrwanie igielniczka znaczy:)))
No to jak już popędziłam głupią Frankę, to se zasiadłam i uszyłam jeszcze takie tam różne.
Ale zanim skończyłam to się zadumałam na charakterem Franki...
Bo się okazało że Franka to mało że głupawa, to jeszcze pechowa :P
Otóż, jak sobie któregoś zmierzchu późnego Franka zasiadła do maszyny szyciowej to się wzięła machina i zepsuła :( Że niby przypadek i wypadek. Jasne, a ja niby przypadkiem w bajki uwierzyłam.
Ach, syczenia Frankowego dobrze że nikt nie słyszał - bo niby taka przejęta była:P. Inwektywy może to nie były, ale pary się jakieś dziwne wokół maszyny zebrały, takie jakby uduchowione nawet... zgrozą powiało... i chłodem. Brrrr...
Czekać trzeba było na mechanika osobistego, uzdolnionego w naprawie maszyn wszelakich.
A  Franka, na wszelki wypadek nosa przez dni kilka nie wychylała. Przemykała gdzieś chyłkiem strwożona wielce. Czuła pismo tym nosem. Pismo nieprzychylne France wielce :P
Jak już ów mechanik zdolny i osobisty wziął i usunął usterki spowodowane zapalczywością Frankową, to się wzięło i uszyło, ło, proszę:




Proste bardzo, ale skrzydlate. Na zbożny cel, to musiało być skrzydlato. Nawet Franka załapała :)
Ale los paskudny jej nie ominął, za te palce, za zadek i za maszyny usterki... Poszła Franka. I oby nie wróciła, durna taka, ech...
Uszyłam skrzydlate anioły i już pooooooszłyyy, do dobrych ludzi, w dobrym celu mam nadzieję służyć:)
I szczęście przynieść też.
Oby:)

A dziś za oknem, wieczorową porą, taki oto obrazek oczęta me zastały:




Koniec i bomba, kto przeczytał...
... temu gratuluję wytrwałości:))))

Pozdrawiam cieplutko:)